Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

KINGDOM COME - Hands Of Time [1991]
Wydawca: PolyGram / Polydor

  1. I've Been Trying
  2. Should I
  3. You'll Never Know
  4. Both Of Us
  5. Stay
  6. Blood On The Land
  7. Shot Down
  8. You're Not The Only... I Know
  9. Do I Belong
  10. Can't Deny
  11. Hands Of Time
Hands Of Time

Skład: Lenny Wolf - śpiew, gitara, gitara basowa; Bert Meulendijk - gitara; Marco Moir - gitara; Blues Saraceno - gitara; Steve Burke - perkusja; Jimmy Bralower - perkusja; Koen van Baal - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Lenny Wolf

Hands Of Time to trzeci album niemieckiej formacji dowodzonej przez Lenny'ego Wolfa. Tym razem lider wymienił dosłownie wszystkich muzyków (poza sobą rzecz jasna ;)) i samotnie zajął się produkcją (wcześniej pomagali mu Bob Rock oraz Keith Olsen). Efekt pracy nie powalił krytyków, ale być może dlatego, że płyta brzmi dość archaicznie jak na rok 1991 rok i nie ma na niej tylu potencjalnych kandydatów na przeboje co na jedynce.

I've Been Trying doskonale wprowadza nas w lekko eteryczny klimat albumu. Pięknie pobrzmiewają dźwięki gitary akustycznej, ale nie brak i rockowego pazura. Czuć tutaj wielką miłość Lenny'ego do Led Zeppelin, ale umówmy się, nie jest to jakaś nowość na płycie Kingdom Come. Malownicza okładka dobrze oddaje to, co grupa stara nam się przekazać. Nie ma rock and rollowego pędu, lecz rock to jednak jest. Trochę rozmarzony, ale nie psychodeliczny (żaden tam stoner). Prędzej przypadnie do gustu fanom AOR-u niż tym, którzy szukają rozwiązań typowych dla dekady lat '90, rozwiązań przecież serwowanych przez większość hard rockowych kapel w owym czasie. Should I dokładnie wpisuje się w schemat klasycznej kompozycji Kingdom Come. Bardzo charakterystyczny, wpadający w ucho motyw zahaczający o rock lat '70, powtarzany na tyle często, że niemal hipnotyzuje. Trwa to pięć minut z okładem i pokazuje, że ta okładka jak najbardziej pasuje do wydawnictwa. You'll Never Know to z kolei bardzo delikatny utworek kojący do snu. Czyli wszystko zgodnie z planem dążyło do uśpienia uwagi słuchacza i stworzenia wrażenia, że mamy do czynienia z dziełem iście introspektywnym, przeznaczonym do umilania czasu w długie, deszczowe wieczory. Ale tak nie jest. I całe szczęście, bo płyty rockowe nie są, by przy nich ciąć komara. Both Of Us wyrywa nas z tej zadumy. Oparte na dobrym, hard rockowym riffie sprawia, że krew zaczyna szybciej krążyć. Owszem, jest tutaj jeszcze nuta rozmażenia, ale podlana heavy rockową polewą daje pojęcie o sile przesterowanego riffu. No tak, bez tego ciężko sobie wyobrazić hard rock. Głównym atutem jest tutaj jednak głos Lenny'ego. Śpiewa z niesamowitą ekspresją, ale nie nadwyręża strun głosowych. Po prostu modeluje w sposób niezwykle dźwięczny i przekonywujący. A głos ma wysoki niczym Geddy Lee, z tym że używa go w inny sposób. Stay to być może najbardziej hiciarski kawałek na wydawnictwie. Jest to rytmiczny, żwawy hard rocker, gdzie Lenny pokazuje, że zadziorniej też może zaśpiewać. Bardzo podoba mi się ten numer od strony rytmicznej i ciężko przy tym usiedzieć w miejscu. Jeden z lepszych kawałków w zestawie i pewnie w innych okolicznościach wylądowałby na listach przebojów. Blood On The Land to połącznie klasyki rocka z rozwiązaniami rodem z lat '80. Momentami mam wrażenie, że gra Black Sabbath z okresu The Eternal Idol. Tyle, że riffy Kingdom Come mają o wiele bogatsze brzmienie. Udana to kompozycja. Shot Down zaczyna się zgrabnym motywem klawiszowym. Klawisze są obecne na całej płycie, z tym że bez specjalnej przesady. Tutaj też tylko uzupełniają właściwe nagranie. Wolny, hipnotyczny numer jakby powraca do koncepcji znanej z Should I. Zresztą jest nawet podobny. Nie ma się więc co rozpisywać. Mnie się podoba. Warto może odnotować, że na krążku tym udziela się utalentowany amerykański gitarzysta Blues Saraceno, co dla niektórych może być kluczowym powodem, dla którego warto zapoznać się z tym wydawnictwem. You're Not The Only... I Know potraktowano głównie na gitarę akustyczną i to taki relaksujący kawałek, aczkolwiek ma też spory potencjał na przebój. Szkoda, że w tamtym okresie rezygnowano z tego typu muzyki w rozgłośniach radiowych. Wtedy ten album z całą pewnością zyskałby większe uznanie. Do I Belong rozpoczyna ostry, hard rockowy riff, muzyka uspakają się poźniej na chwilę, ale riff powraca tym razem z wokalem Lenny'ego. Jeśli ktoś kocha styl Kingdom Come, będzie zachwycony. Udało się tutaj upchnąć wszystkie najbardziej charakterystyczne cechy zespołu. Co ciekawe, mimo takiego szablonowego potraktowania kawałka, wydawałoby się zrobionego na siłę, nie razi on ani trochę. Po prostu treść dostosowana do formy. A forma wyśmienita. W Can't Deny klawisze odgrywają większą rolę niż w innych kompozycjach, no i robi się bardzo przebojowo. Utwór spodoba się wszystkim, którzy kochają hard rock lat '80. Na koniec Hands Of Time, czyli numer tytułowy. Z lekka tajemniczo i przyznam szczerze, że czegoś takiego się spodziewałem. Za te tajemniczne smaczki odpowiedzialna jest gitara akustyczna. Wiem, że Led Zeppelin poszło na tapetę. Kawałek zresztą skonstruowany jest bardzo ciekawie. Czasami jego rytmika skręca w stronę Kashmiru brytyjskiej formacji, ale ponieważ nie ma tutaj przesteru, wszystko brzmi lekko. Nie zmienia to faktu, że napięcie jest tutaj niczym przy ostrych, przeszywających ciszę riffach, które nagle się urywają. Pamiętacie słynny utwór Get It On z jedynki? Hands Of Time brzmi jak jego akustyczna wersja. No, może trochę przesadziłem, ale dokładnie ten sam klimat się tu pojawia. I to już koniec tej krótkiej, ale jakże treściwej płyty.

I to właśnie na koniec zostawiłem sobie stwierdzenie może i oryginalne, ale bardzo prawdziwe. Otóż dla mnie to najlepsza płyta Kingdom Come, mimo że większość fanów formacji o wiele bardziej ceni sobie pierwszy album. Ja lubię też i pierwszy, z tym że tam obok killerskich kawałków znalazło się jednak parę fillerów, a Hands Of Time jest ich pozbawione. Po album mogą sięgnąć fani klasycznego hard rocka, ale myślę, że przede wszystkim spodoba się ona fanom brzmień z lat '80, bo w takiej poetyce utrzymana jest tutaj większość materiału. Ciężko dostępny, ale jakże cenny krążek. Polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.lennywolf.com

LSDisease
maj 2010