Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

KING DIAMOND - The Spider's Lullaby [1995]
Wydawca: Metal Blade / Massacre Records

  1. From The Other Side
  2. Killer
  3. The Poltergeist
  4. Dreams
  5. Moonlight
  6. Six Feet Under
  7. The Spider's Lullabye
  8. Eastmann's Cure
  9. Room 17
  10. To The Morgue
The Spider's Lullaby

Skład: King Diamond - śpiew, instrumenty klawiszowe; Andy LaRocque - gitary, instrumenty klawiszowe; Herb Simonsen - gitary; Chris Estes - gitara basowa; Darrin Anthony - perkusja

Produkcja: King Diamond i Tim Kimsey

Spider's Lullaby to pierwszy po długiej 5 letniej przerwie album i jako następca rewelacyjnego The Eye musiał zadowolić oczekiwania fanów. Pamiętam, że płyta ta pojawiła się w okresie mojej wielkiej fascynacji tym zespołem, która trwała już wówczas 2 lata. Wtedy byłem zachwycony. Jak jest teraz? Postaram się nakreślić w tej recenzji.

Koncept Pajęczej Kołysanki pojawił się w głowie Kinga jeszcze przed reaktywacją jego oryginalnego zespołu Mercyful Fate. Sukces pierwszego po latach krążka reaktywowanej grupy na tyle skutecznie odciągnął Diamonda od pracy na nowym albumem King Diamod, że postanowił nagrać, idąc za ciosem, kolejny album z Mercyfulem. Nie wiem, czy dlatego (choć to wielce prawdopodobne) Spider's Lullaby nie jest pełnym koceptem, gdyż tylko 4 kawałki opowiadają pewną historię, a pozostałe 6 to luźne kompozycje. Taki pomysł wcale nie był nowy, gdyż debiutancki album King Diamond też zawierał po części połączone ze sobą tematycznie formy, a po części zbiór nie wchodzących w skład konceptu utworów. Zmieniła nam się tylko kolejność, bo Spider's Lullaby zaczyna część nieoficjalną, że tak to ujmę. Mamy tutaj pewną niespodziankę, gdyż King postanowił nam przypomnieć w tych luźnych piosenkach swoje wcześniejsze dokonania, w subtelny sposób nawiązując do nich w tekstach. I tak w pierwszym utworze mamy nawiązanie do płyty The Eye. Muzycznie ten fragment też jest jakby żywcem wyjęty z tamtego krążka. To dynamiczny, melodyjny metal ze świetnym refrenem i solami. Dla mnie jeden z lepszych kawałków Duńczyka. Tekst opowiada tutaj o demonach, które atakują zmysły człowieka owładniętego jakąś obsesją, ale człowiek ten ma nadzieję, że powróci do świata 'żywych'. Kawałek mnie tak nakręcił, że chciałem więcej. Na pozycji 2 numer Killer. Klimat zmienia się nam na nieco bardziej posępny i groźny, ale dalej mamy do czynienia z melodyjnym graniem, zwłaszcza w refrenie. Riffy ciosają naprawdę konkrety i nie są to żadne ochłapy po poprzednich wydawnictwach. Utwór opowiada o egzekucji na krześle elektrycznym (popularny temat wśród wykonawców heavy metalowych, że Metallicę i Tankard wspomnę) i muzyka wyraźnie współgra tu z tekstem. Dalej dwa słabsze kawałki, The Poltergeist i Dreams. Ciężko mi coś o nich więcej powiedzieć jak to, że niby zapamiętywalne refreny połączono z taką mało ciekawą metalową papką, jakiej wówczas było wiele. Może nie są to totalne kluchy, ale słuchanie ich do przyjemności też nie należy. Co do tekstów, łatwo także sobie znaleźć odpowiedź, do których płyt King Diamond nawiązują, kolejno Them i Conspiracy, z tym że tam była świetna muzyka a tutaj.... no nic. Moonlight przywraca nadzieję, to być może najlepszy numer na płycie, a napewno za taki go uważałem 13 lat temu. Więcej klawisza jak z The Eye, więcej melodii, więcej dynamicznych przejść, rewelacyjna solówka, której mogę słuchać w nieskończoność... Tekst tym razem trochę naiwny jak na Kinga, ale wstydu mu raczej nie przynosi, opowiada o duchach, które chcą uwolnić się od mąk (taka diamondowa wersja Mickiewiczowych Dziadów 2 ;)). Część nieoficjalną albumu zamyka numer Six Feet Under. Bardziej posępny, szybki i całkiem niezły. Może refren niezbyt dopracowany, ale cała reszta bez zarzutu (świetne solówki). W tekście pojawia się znana z płyt Them i Conspiracy Missy, pojawiają się rodzice Kinga i wszyscy wspólnie stojąc nad jego grobem cieszą się ,że 'Spisek' wyszedł (jawne nawiązanie do Konspiracji, mojej ulubionej płyty grupy). Takie trochę to ponure, ale muszę dodać, że tekstowo cały album nie jest takim szokiem jak poprzednie i następne. No i przechodzimy do części oficjalnej, którą rozpoczyna utwór, od którego krążek wziął nazwę. Ciekawostką tutaj jest zastąpienie gitary basowej kontrabasem. Partie solowe wykonane na gitarze akustycznej dają wrażenie, jakby pająki tańcowały po strunach (cięzko to opisać, ale taki efekt, widać zamierzony, miał nas wprowadzić w ośmionożny świat przędników ;)). Sam numer nie jest niczym specjalnym, choć zdobył pewne uznanie. W tekście mamy zarysowany klucz do całego opowiadania. Gdzieś tam w pewnej wiosce żył facet o imieniu Harry, który cierpiał na arachnofobię i wszędzie widział pająki (w tekście nie ma powiedziane dosłownie, czy pająki były prawdziwe, czy nie, ale dalsza część sugeruje, że to były tylko majaki ;)). Eastmann's Cure to kawałek o tym jak to Harry dzwoni do doktora Eastmana, który proponuje mu pobyt w klinice. Muzycznie postarano się tutaj o wairacje rodem z Them, Conspiracy czy The Eye. Dialog Eastmana z Harrym jest zrobiony po mistrzowsku, muzycznie kawałek też mi pasuje, chociaż może nie tak jak utwóry z tamtych legendarnych płyt. Najdłuższym numerem na płycie jest Room 17, kulminacyjna część opowiadania o pająkach. Trwa ponad 8 minut, ale myślę, że można by to opędzić w 6 ;). Tak czy owak, Harry zostaje ulokowany w śnieżnobiałym pokoju nr 17 i rozpoczynają się sesje terapeutyczne. Doktor Eastmann przychodzi z pudełkiem pełnym pająków i oswaja Harryego z ich widokiem. Kładzie mu je na poduszcze itd. Niestety podczas jednej z takich sesji jeden z pająków gdzieś się zawierusza i wije sobie gniazdko na szyi Harryego. Ten orientuje się i wzywa doktora, jednak doktor ignoruje jego obawy i Harryego znajdują martwego po ukąszeniu przez tegoż pająka (pewnie czarna wdowa ;)). Muzycznie wiele tutaj popisów solowych, zwłaszcza podoba mi się zabieg w środku utworu, gdzie tekst przeplatany solami powoduje, że napięcie rośnie. Końcówka tego kawałka jednak ciut rozwleczona. Na koniec numer To The Morgue, gdzie mamy pewien fragment, który idealnie nadawałby się na płytę The Eye, chociaż to nie aż tak udany utwór. Pająki atakują całą klinikę lokując się w zachodnim jej skrzydle. Album kończy się słowami "Do kostnicy, wszyscy musimy udać się do kostnicy", co sugeruje po prostu, że i tak wszyscy wcześniej czy później umrzemy.

Albumu nie polecam osobom chorym na serce ani tym, ktorzy nie lubią falsetowego wokalu ;). Dla fanów Kinga to oczywiście rzecz obowiązkowa. Fani szeroko pojętego metalu też mogą się z tym wydawnictwem zapoznać.

Oficjalna strona zespołu: www.covenworldwide.org

LSDisease
sierpień 2008