|
Skład: King Diamond - śpiew, instrumenty klawiszowe; Andy La Rocque - gitara; Pete Blakk - gitary; Snowy Shaw - perkusja; Hal Patino - gitara basowa; Roberto Falcao - gościnnie instrumenty klawiszowe
Produkcja: Roberto Falcao, King Diamond i Andy La Rocque
Już na kilku poprzednich płytach King Diamond skutecznie wcielał w życie ideę albumu koncepcyjnego. Ciąg utworów tworzył tematyczną całość, opowiadaną zazwyczaj w porządku chronologicznym. Tak stało się i tym razem, a sama historia opiera się (niestety) na faktach autentycznych, mianowicie na wyjątkach z działalności francuskiej inkwizycji. Jedynym zmyślonym elementem jest tu pewien naszyjnik, który spaja ze sobą poszczególne opowieści. Nie trudno się domyślić, że "Król Karo" ozdobi to wszystko odpowiednią atmosferą grozy i słuchając tego wydawnictwa będziemy mogli się poczuć, jak byśmy byli w centrum wydarzeń. Pewną ciekawostką jest fakt, że perkusista Snowy Shaw wprawdzie figuruje w spisie personelu nagrywającego tę płytę, lecz w istocie nie zagrał on tam ani jednego dźwięku. Partie perkusji zostały stworzone przy użyciu automatów perkusyjnych, co ani trochę nie zaszkodziło temu krążkowi. Pod wieloma względami jest to album "naj" - charakteryzuje się najlepszą produkcją, jest najbardziej melodyjny spośród wszystkich wydawnictw Kinga, w mojej ocenie jest też albumem najlepszym.Podobają mi się tu dosłownie wszystkie kompozycje.
Ilekroć słucham tej płyty, czuję się, jakbym oglądał dobry film z podkładem muzycznym doskonale pasującym do opowiadanej fabuły. Właściwa opowieść zaczyna się od oskarżenia i spalenia na stosie wiedźmy Jeanne D'basson. Jakiś czas później w miejscu, gdzie spalono czarownicę, bawią się dwie małe dziewczynki, które podczas zabawy znajdują w prochach stosu naszyjnik należący wcześniej do Jeanne. Naszyjnik niesie ze sobą klątwę. Jedna z dziewczynek, Madelaine, zostaje później zgwałcona przez księdza. W wieku lat osiemnastu trafia do zakonu i jak się okazuje, tam również nic dobrego jej nie czeka... Od strony muzycznej album jest rewelacyjny. W zasadzie fani Kinga Diamonda zdążyli się już przyzwyczaić do tego, że ma on niesamowity głos i do tego, że na jego krążkach zawsze podziwiać można dobrą gitarową robotę. Gitarzyści nie popisują się tu może jakąś wielką znajomością ilości technik gitarowych, koncentrują się raczej na budowaniu przejmujących linii melodycznych i w tym wypadku jest to akurat zaleta. Płyta jest dzięki temu bardzo spójna, zwłaszcza że udało się tu zachować idealne proporcje pomiędzy poszczególnymi instrumentami. Same kawałki pełne są różnych ciekawych rozwiązań, jak np. złamanie podstawowego rytmu w głównym riffie otwierajacego płytę utworu Eye Of The Witch. Dużo jest na całym albumie zmian tempa, są momenty wolniejsze, nie brak też szalonych galopad. Wielokrotnie tempa te zmieniają się podczas tej samej kompozycji, jak to jest np. w Into The Convent. Niebagatelną rolę pełnią instrumenty klawiszowe, co usłyszeć można chociażby w Behind These Walls, gdzie nasze uszy pieszczone będą klawesynowymi aranżacjami. Miłośników pięknych ballad powinna z kolei ucieszyć instrumentalna miniatura oparta o gitary akustyczne - Insanity. Szkoda tylko, że pokolenie słuchaczy, które nastało w latach '90, odwróciło się od klasycznych struktur rocka i metalu kierując się ku muzie spod znaku brudnych flanelowych koszul, tudzież ku mało wyrafinowanym klimatom industrialnym...
Jak dla mnie The Eye jest jedną z najlepszych płyt wszechczasów i zarazem najlepszą płytą w dyskografii Kinga Diamonda. Doskonale zagrane i wyprodukowane kompozycje powinny trafić w gusta fanów muzyki melodyjnej i technicznej. Jest to też "musisz-mieć" dla sympatyków falsetu Diamonda.
Oficjalna strona zespołu: www.covenworldwide.org
Guitarrizer maj 2004
|