|
Skład: King Diamond - śpiew, instrumenty klawiszowe; Andy La Rocque - gitara; Pete Blakk - gitara; Mikkey Dee - perkusja; Hal Patino - gitara basowa
Gościnnie: Roberto Falcao - instrumenty klawiszowe
Produkcja: King Diamond, Roberto Falcao i Andy La Rocque
Pamiętam, jak pod koniec lat '80 zobaczyłem ten album w księgarni. Płyta winylowa z ciekawą okładką przedstawiającą "satanistę", a z tyłu zdjęcie zespołu w nietypowym jak na metal stylu. Żadnych skórzanych wojowników i tym podobnych fiutów ;). Trzech kolesi w garniturach z cylindrami na głowie, stojących przed trumną z napisem: King Diamond. Dla 12 latka takie rzeczy są cool, więc zakupiłem ten album, który niestety przeleżał na półce spory czas, bo nie miałem go na czym posłuchać. W tym okresie słuchałem dużo metalu (z kaset) i poznawałem coraz to nowe zespoły. Trochę zapomniałem o Konspiracji, ale kiedy odkopałem ten krążek parę lat później, okazał się dla mnie prawdziwą przygodą. Nie miałem wtedy rzecz jasna pojęci,a że to kontynuacja Them, bowiem ten album odkryłem parę tygodni później.
Tak, Conspiracy to druga część historii znanej z płyty poprzedniej, a rozpoczyna ją utwór At The Graves. Od razu słychać, że zespół postawił na nieco inne rozwiązania muzyczne, ale i na trochę inne brzmienie. Brzmienie twarde i takie jakby chore ;). Same utwory się wydłużyły, a pierwszy numer jest tego doskonałym przykładem, gdyż trwa aż 9 minut. Nie ma to w zasadzie większego znaczenia, bowiem podzielony jest na segmenty i słucha się tego wybornie. Pamiętam, jak czytałem tekst At The Graves. Płyta gra, smutne pogrzebowe organy i King delikatnie śpiewa: "Missy, tak tęsknię za tobą, moja mała siostrzyczko...". Siedziałem z rozdziawioną gębą podziwiając odwagę wokalisty nie chcącego najwyraźnej śpiewać o potędze metalu, czy o smokach. Sam kawałek rozwija się w taki sposób, że mamy już klasyczny metal, ale czy tylko metal? No właśnie. Dla mnie King Diamond na Conspiracy pokazał, skąd tak naprawdę czerpał pomysły. Lata '70 tutaj sprawdzają się świetnie. W At The Graves nie brak rock and rolla i jeśli ktoś się wsłucha, będzie wiedział, co mam na myśli. Tekst tego numeru opowiada o tym, jak siostra Kinga, Missy, odwiedza go z zaświatów, nocą na cmentarzu. Taka sobie bajeczka, chociaż podana w bardzo kontrowersyjnym stylu. Sleepless Nights jest drugi na płycie i ten utwór promował to wydawnictwo. Pokuszono się o teledysk z udziałem jakichś scenicznych magików (podobnie jak to miało miejsce w przypadku klipu do Family Ghost z płyty Abigail) i zrobiono go czarno-biało. Niestety, nie oddaje zawartości lirycznej kawałka jak w przypadku Welcome Home, a i też okrojono genialną solówkę Andy'ego, która jest dla mnie kluczowym momentem numeru. W tekście mamy cierpiącego na bezzsenność Kinga, który odwiedząjąc cmentarz zamiast Missy spotyka ICH, a ONI za widywanie się z siostrą żądają zwrotu Amona (nazwa domu). King podpisuje z nimi pakt na cmentarzu i od tego momentu sprawy przybierają dziwny obrót. Zmuszony do terapii ambulatoryjnej King odwiedza Dr. Landau, który prowadzi psychoterapię. O tym opowiada następny na płycie Lies. King opowiada mu kłamstwa, o tym że z NIMI nic go nie łączy i dobrze sypia. Przy okazji dowiaduje się, że doktorek ma ochotę na jego mamusię, co bardzo mu się nie podoba ;). Muzycznie utwór świetny jak i poprzednie. La Rocque powinien dostać nagrodę Nobla za wkład w rozwój technik gitarowych, bowiem robi on ciekawe miksy balansując na krawędzi malmsteenowskiej klasyki i doprawiając to szczyptą rozbujanych rock and rollowych zagrywek. Pierwszą część płyty kończy A Visit From The Dead. Tutaj Missy zgodnie z umową odwiedza Kinga...ale w domu. Ten numer ma trochę z kompozycji otwierającej album, tyle że jest ciut krótszy (mimo to ponad 6 minut sobie trwa). No i początek mimo że łagodny jak we wstępnym utworze, bardzo optymistycznie brzmi. Idealnie opisuje idyllę małej Missy i Kinga bawiących się w piaskownicy, choć niestety to tylko sen. Sen przerywa nagłe przybycie Missy z zaświatów, która stoi na krawędzi łóżka i mówi Kingowi, że coś złego się stanie. King nie dostaje odpowiedzi co, bowiem Melissa chce mu to wyjawić we śnie. I ten sen nadchodzi. Drugą część krążka rozpoczyna utwór The Wedding Dream. Rozpoczyna kościelnymi organami wygrywającymi melodię ślubną, ale co to? Dr. Landau idzie do ołtarza z matką Kinga. Tego już było za wiele, King łapie siekierę i matka we krwi na podłodze. Doktor odchodzi, King nic z tego snu nie rozumie. Muzycznie kawałek jest momentami bardzo, a to bardzo rock and rollowy, tyle że oczywiście z metalowym zacięciem. Uwielbiam takie motywy i krążek może rajcować nawet zajadłych wrogów wokalu Diamonda. Przyszedł czas na operetkę w postaci AMON Belongs To THEM. Osią numeru jest konwersacja Kinga z matką, której nie chce wpuścić do domu, gdyż ten należy już do NICH. Mama nie przyszła jednak sama, jest z człowiekiem, ktorego King najchętniej posłałby do wszystkich diabłów, czyli z Dr. Landau. Ten przygotowany ze strzykawką w ręku daje Kingowi usypiający zastrzyk (a może to zastrzyk z trucizną?). Od strony muzycznej mamy do czynienia z prawdziwie przebojowym i dosyć krótkim utworem. Taki odpowiednik Accusation Chair z płyty poprzedniej. Something Weird jest instrumentalną miniaturką i bez ogródek powiem, że moim ulubionym instrumentalem King Diamond. Co prawda gitara jest tylko tłem, bowiem główny temat przywodzi syntezator,
ale ten klimat i idylla przechodząca w tajemniczość, a w końcu w grozę przyprawia o dreszcze. Victimized to kulminacyjny moment albumu i właściwie zamyka podstawową część opowiadania. W tym to kawałku Dr. Landau i mama Kinga udają się po poradę do lokalnego księdza, co dalej począć z dzieciakiem. Rozmowa Landau z księdzem to mistrzostwo świata, ale nie będę w całości przytaczał, jako że recenzja rządzi się własnymi prawami i nie może przerodzić się w esej ;). Panowie rozmawiają o Kingu, o tym co zrobił babci i że napewno opętany jest przez demona. W konspiracji postanawiają go zgładzić, a szczątki spalić. "Nie możemy pozwolić, by demon nas opanował, musimy iść i zrobić, co należy". W tym momencie pojawia się cudne solo, w którym tym razem popisał się Pete Blakk. No więc trzeba było dokonać kremacji zwłok. Let It Be Done to krótki fragment na ten temat. Nie jest to typowy kawałek, a raczej muzyka filmowa z podkładem wokalnym, w którym King Diamond recytuje swoim niesamowitym głosem kolejne linijki tekstu. Skremowane szczątki lądują ostatecznie w grobie Missy i tutaj następuje instrumentalny zamykacz albumu, gdzie muzyka ma nam dać obraz tńczących płomieni. Na końcu jeszcze tylko pojawia się krótka wzmianka, co King zamierza robić pośmiertnie, ale z szacunku dla wszystkich matek nie napiszę tego ;).
Tak kończy się najdłuższe opowiadanie w historii metalu, podzielona na dwie płyty historia mrożąca krew w żyłach, rzecz jasna całkowicie nierealna, ale kto powiedział, że taka miała być? King Diamond nigdy nie ukrywał, że chciałby zrobić film na podstawie swoich tekstów i tak też odbieram jego twórczość. Maluję sobie w myślach obrazy adekwatne do tego, o czym śpiewa. Mam ogromny szacunek do tego artysty, który mimo sporej krytyki konsekwentnie robił swoje i zawsze stawiał na najwyższą jakość. Conspiracy to mój ulubiony album Króla i niebagatelny wpływ na to ma sentyment, ale myślę że płyta ta jest i tak jedną z kluczowych, jeśli chodzi o heavy metal. To też ostatni album, na którym zaprezentował się Mikkey Dee, bowiem tu już jako muzyk sesyjny
przygotowywał się do opuszczenia na dobre szeregów zespołu. Do dziś słucham tej płyty z niekłamaną przyjemnością. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.covenworldwide.org
LSDisease luty 2008
|