|
Skład: Dennis Ward - śpiew, chórki, gitara basowa, chórki; Tommy Ermolli - gitary; Daniele Liverani - instrumenty klawiszowe; Dario Ciccioni - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: Daniele Liverani
Do Khymery byłem uprzedzony od jakiegoś już czasu. Nie spodobał mi się debiut formacji, był po prostu nijaki i brakowało mu czegoś, dzięki czemu zapadałby w pamięć. I pewnie dlatego uparcie ignorowałem informacje dotyczące drugiej płyty i rodzącego się trzeciego wydawnictwa zespołu. Aż w końcu rewelacyjne recenzje The Greatest Wonder zmobilizowały mnie do bliższego zapoznania się z muzyką frontiersowej ekipy. Uznałem, że być może warto dać im drugą szansę.
Pierwszą poważną zmianą (która notabene nastąpiła przed wydaniem A New Promise i która była przeze mnie dość długo ignorowana wskutek wspomnianych wcześniej uprzedzeń) było pojawienie się nowego wokalisty. Dennis Ward był jednak ostatnią osobą, której spodziewałbym się na tym stanowisku. To, że basista Pink Cream 69 sprawdził się w swojej roli, udowadnia, jak wszechstronnym jest on muzykiem. Ostatnimi czasy zajmuje się on produkcją wydawnictw Frontiersa i ciężko byłoby znaleźć płytę, w której nie maczałby on palców. Ten człowiek nie ma chyba w ogóle wolnego czasu. Jego głos nadaje się do granej przez Khymerę muzyki. Wie jak się to powinno robić i aż dziw mnie bierze, że w swojej karierze dość rzadko chwytał za mikrofon. Niech David Readman zacznie bać się o swoją posadę. Ward, wbrew temu czego można było się spodziewać, nie zamienił Khymery w klon Pink Creamów. Nie jest to również AORowy odcień jego macierzystej ekipy. Zespół jest zakorzeniony w czystym, starym AORze i nie ma w nim zbyt wielu hard rockowych wstawek. Drugą poważną i jednocześnie ważniejszą od poprzedniej zmianą jest to, że tym razem komponowanie materiału przypadło w udziale tylko Tomowi i Jamesowi Martinom. Wcześniejsze wydawnictwa były wypełnione utworami skomponowanymi przez różnych muzyków. Płyta zaczyna się ciekawie, instrumentalnym Ablaze będącym czymś na kształt hymnu. Lubię takie brzmienia i intro jak najbardziej mi pasuje. Utwór zatytułowany Beautiful Life wstrząsnął mną dogłębnie. Jest to granie w stylu niesamowitego Greenhouze, ale z odrobinę większą drapieżnością a'la Ted Poley. Piękne partie klawiszy, świetne chórki i wokal Warda tworzą tak cudowne połączenie, że numer powala na kolana. Dzisiaj mało kto gra tak wspaniale. Borderline również zachwyca. Za inspirację mogło tutaj posłużyć Burns Blue, choć bardziej odpowiednim określeniem było tu to, że obie kapele grają do siebie dość podobnie. Kto powiedział, że europejski AOR nie może zachwycać? Podobnymi superlatywami możnaby obdarzyć Burn Out. Ponownie można doszukiwać się podobieństw do młodych europejskich formacji AORowych z Burns Blue na czele. Refreny nadają się do bujania, a chórki do tego, aby śpiewać je wraz z zespołem. Dużo więcej do szczęścia naprawdę nie potrzeba. Można się tylko zastanawiać, czy muzykom wystarczy amunicji, aby nadal posyłać w naszym kierunku cios za ciosem. Since You Went Away oraz No Sacrifice są dowodem na to, że kapela ma pojemne magazynki. Dobry AOR nie jest zły. Szczególnie przypadło mi do gustu drugi z tych utworów. śpiew Warda jest tak przekonywujący, że aż mnie to przeraża. Jest to ten rodzaj mocy, który posiadają AORowe kapele. Nie wiąże się on z ostrością brzmienia, lecz z melodyjnością. Khymera potrafi zaskoczyć, jeszcze parę dni temu nie podejrzewałbym Włochów o takie fajne kawałki. Wadą The Greatest Wonder jest jednak to, że nagrane utwory niezbyt się od siebie odróżniają. I choć wielu uzna to za zaletę, to jednak nie sposób zauważyć, że przydałaby się trochę większa różnorodność. Całkiem niezły numer tytułowy zyskałby pewnie, gdyby był otoczony przez kompozycje nagrane w innym stylu. A tak jak jest teraz, odnosi się wrażenie, że mogło być lepiej. Delikatne Fight For Yesterday ponownie uderza w znane nuty, lecz tym razem Włosi grają lżej niż zazwyczaj. Refren jak zawsze wypadł dobrze. If It Can't Be jest trochę podobne do utworu świątecznego. Melodia dobrze sprawdzałaby się podczas świąt lub też ewentualnie podczas nocnej jazdy samochodem po pustych miejskich ulicach. Czasami lubię wpadać w nostalgiczny nastrój. Kolejny kawałek jest ponownie stworzony do tego, aby gościć w stacjach radiowych. Szkoda, że w Polsce taka muzyka nie ma większych szans, aby przebić się do szerszego grona słuchaczy. Chociaż z drugiej strony jednym z uroków tej muzyki jest również to, że mało kto ją zna. Stay Forever i The Other Side są bardzo podobne do pierwszych kawałków, które mieliśmy okazję uświadczyć na The Greatest Wonder i jeżeli ktoś wytrwał już tak długo, aby odsłuchać końcówkę wydawnictwa, to te dwa numery przypadną mu do gustu.
The Greatest Wonder jest bardzo mocnym wydawnictwem. Przez cały czas trzyma wysoki poziom i jeżeli ktoś lubi tego rodzaju muzykę, to z pewnością trzecia płyta Khymery będzie mu się podobać. Jeżeli o mnie chodzi, to trójka Włochów zrobiła na mnie tak dobre wrażenie, że zbyt szybko nie odłożę jej na półkę, a oprócz tego czuję teraz wewnętrzą potrzebę, aby zapoznać się z pominiętym przeze mnie A New Promise oraz dać jeszcze jedną szansę debiutowi kapeli. Parę kawałków zasługuje na miano "pięknych" i jest to określenie, które ostatnim razem przyszło mi na myśl, gdy słuchałem Greenhouze. Jest całkiem spora szansa, że The Greatest Wonder wyląduje w zestawieniu najlepszych płyt 2008 roku.
Oficjalna strona Daniele LIveraniego: www.danieleliverani.com
Guciomir marzec 2008
|