Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

KEEL - Streets Of Rock & Roll [2010]
Wydawca: Frontiers Records

  1. Streets Of Rock & Roll
  2. Hit The Ground Running
  3. Come Hell Or High Water
  4. Push & Pull
  5. Does Anybody Believe
  6. No More Lonely Nights
  7. The Devil May Care (But I Don’t)
  8. Lookin' For A Good Time
  9. Gimme That
  10. Hold Steady
  11. Live
  12. Brothers In Blood
Streets Of Rock & Roll

Skład: Ron Keel - śpiew; Marc Ferrari - gitara; Bryan Jay - gitara; Geno Arce - gitara basowa; Dwain Miller - perkusja
Gościnnie: Jaime St. James - chórki; Paul Shortino - chórki

Produkcja: Pat Regan

Na fali modnych ostatnio powrotów wraca i Keel. Jakimś szczególnym fanem tej grupy nigdy nie byłem, owszem, kilka numerów z jego klasycznych płyt bardzo mi odpowiadało (choćby nieśmiertelne Cherry Lane czy Rock'n'Roll Outlaw), ale nie odczuwałem jakoś potrzeby śledzenia każdego ich kroku i wieszania plakatow na ścianach. Dlatego też niczego sobie po powrocie ekipy Rona nie obiecywałem.

I takie podejście okazało się w zasadzie słuszne, bo dzięki niemu Streets Of Rock & Roll zaskoczyło mnie pozytywnie, nawet mimo kilku wpadek, które nieszczęśliwie zostały zamieszczone na początku wydawnictwa (pozycje tytułowa i trzecia). Keel wraca w niemal oryginalnym składzie co w swych najlepszych czasach, z tą tylko różnicą, że za gitarą basową stoi teraz Geno Arce, no i formacja obiecuje grać jak 25 lat temu. Wszystko zdaje się być na miejscu, by temu wyzwaniu podołać - muzycy zatrudniają znanego producenta Pata Regana (wspópracował m. in. z KISS, Deep Purple i Warrant), do chórków jak za dawnych czasów wypożyczony został Jaime St. James z Black N' Blue, a ponadto pojawił się jeszcze w tej samej roli Paul Shortino. Przed wydaniem krążka było o nim głośno, marketingowa machina działała, ale po jego edycji, nie wiedzieć czemu, jakoś nagle o nim przycichło. Album rozpoczyna tytułowe Streets Of Rock & Roll i już wiadomo, o co chodzi. Niby faktycznie podobne klimaty co kiedyś, kawałek poprawnie zagrany, ale jakiś taki bezjajeczny, pozbawiony energii. Zresztą spora w tym zasługa Rona, który już młody nie jest i niestety ten brak pałera w jego głosie jest odczuwalny. Numer ratuje całkiem przyzwoita solówka, ale to trochę mało. Za to dużo lepszym nagraniem jest kolejne w zestawie Hit The Ground Running. Tutaj więcej się dzieje, kompozycja wydaje się być bardziej dynamiczna, a do tego jeszcze dochodzą bardziej przebojowe chórki. Po kilkukrotnym, głośnym odsłuchaniu dochodzę do wniosku, że to jest właśnie to, czuć tutaj rock'n'rolla. Szkoda, że grupa nie utrzymała tego poziomu w kolejnym Come Hell Or High Water, gdzie poza solówką niczego ciekawego uświadczyć się nie da. Tak w latach '80 grywały kapelki trzecioligowe i nawet jak na dzisiejsze czasy nie jest to żaden rarytas. Słychać, że zespołowi brakuje po prostu pomysłów. Szczęśliwie ekipie Rona udaje się jednak podnieść w Push & Pull i zapodać coś bardziej przebojowego. Kawałek pierwsza klasa, chociaż tym, co go ciągnie w dół są linie wokalne Keela, który tutaj śpiewa trochę na manierę Overlanda z FM, ale nie za bardzo pasuje to do muzyki. Niemniej jednak sama muzyka nawet bez wokali wystarczy, bu uznać ten numer za udany. Świetnie spisuje się w formacja w pozycji łagodniejszej, czyli balladowym Does Anybody Believe. Naprawdę porządnie zagrana pościelówka i gdyby wyszła dwadzieścia parę lat temu na singlu, pewnie niejedna panienka by na jej punkcie oszalala (może i nadal oszaleje). No More Lonely Nights już od samego początku dobrze się zapowiada i dalej też nie zawodzi. Tu mamy do czynienia z rockerem, gdzie i Ron stanął na wysokości zadania - jego głos brzmi agresywniej, niemal jak za starych, dobrych czasów, za to kompozycję łagodzą nieco delikatniej zaaranżowane chórki w refrenach. Zaczynam się pomału przekonywać do tego krążka. Dobre wrażenie nie znika wraz z The Devil May Care (But I Don’t), kolejnym hard rockowym kawałkiem w zestawie. Rock'n'rollowe riffy są tu całkiem przyzwoite (choć mało oryginalne, ale o to i tak już ciężko chcąc zachować stylistykę rock'n'rolla), mamy natomiast łatwo wpadające w ucho refreny, które po kilku odsłuchach mimowolnie zaczyna się śpiewać wraz z zespołem. Wraz z nadejściem Lookin' For A Good Time aż chce się powiedzieć "Alleluja". Kapela wreszcie się rozgrzała i załapała, że fani oczekują po płycie przebojów. Nagranie kontynuuje serię udanych kompozycji i z pewnością miłośnicy grupy nie będą nim zawiedzeni. Linie gitar prowadzone są poprawnie, pozytywne wrażenie zostawiają za sobą też wplecione partie akustyków, a i sekcja rytmiczna robi, co do niej należy. Parę gdzieś już słyszanych zagrywek przemyciła grupa w ścieżce Gimme That, ale jakoś szczególnie mi to nie przeszkadza. Podoba mi się też w zasadzie wszystko, co tu zrobiono z partiami wokalnymi. Ron próbuje podchodzić ze swoim śpiewem momentami pod Coverdale'a Whitesnake, a czasami pod Grimmetta z Lionsheart (i przy tej okazji wydało się, gdzie słyszałem te podobne zagrywki), rewelacyjnie wypadają też wstawki przypominające szepty. Po takiej serii hitów rozczarowało mnie początkowo nieco bluesujące Hold Steady, które wydało mi się zupełnie przeciętne i już byłem gotów przypisać mu rolę wypełniacza. Ale oddałem sprawiedliwość kawałkowi, po tym jak usłyszałem najlepszą na całym krążku solówkę i całą aranżację wokół niej, więc dobrze się stało, że nie potraktowałem go od razu skipem. Po kilku przesłuchaniach nagrania ostatecznie się do niego przekonałem. Parę uderzeń w paleczki i rusza Live, noszące znamiona AOR-owego przeboju. W sumie sprytne to posunięcie, bo tego typu muzyka może trafić w gusta bardzo szerokiego grona słuchaczy, zwłaszcza słuchaczy amerykańskich. Jest w tym i rock i AOR i coś ze stylistyki country. Z miejsca polecam ten numer chociażby fanom Tyketto. Kończące płytę Brothers In Blood mocno przypomina mi wczesne kompozycje z repertuaru niemieckiego Jaded Heart. Może to przez podobne brzmienie gitar i zbliżone aranżacje gitar akustycznych, także ciepło brzmiących solówek i sposobie, w jaki teraz śpiewa Ron. Magia ostatniego numeru zadziałała jak powinna - apetyt na ponowne przesłuchanie płyty został rozbudzony.

Mimo iż ponarzekałem trochę w recenzji, to ostatecznie muszę przyznać, że ostatni album Keela jest krążkiem udanym i fani formacji Rona powinni się z nim zapoznać, a i innym sympatykom melodyjnego hard rocka z lat '80 może przypaść on do gustu. Tytuł wydawnictwa jest adekwatny do jego zawartości, sporo na nim rockerów i gdyby nie kilka wpadek, byłaby to pozycja musowa w płytotece fana hair metalu.

Oficjalna strona Rona Keela: http://ronniekeel.tripod.com

Guitarrizer
luty 2010