|
Skład: Kane Roberts - śpiew, gitara prowadząca i rytmiczna; John McCurry - gitara; Steve Steele - gitara basowa; Myron Grombacher - perkusja; Chuck Kentis - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Andrea Robinson, Chris Post, Frank Linx, Gary Falcone, Kane Roberts, Myriam Valle, Stan Bush, Desmond Child - chórki; Arthur Funaro - gitara w [2], instrumenty klawiszowe w [5, 9]; Donny Nosoff - dodatkowe partie gitary basowej w [10]
Produkcja: Sir Arthur Payson i Desmond Child
1991 był to ze wszech miar szczególny rok dla hard rocka. Niby czuło się powiew Nirvany, szło już "nowe" (nie mylić z: "lepsze"), rock'n'rollowi giganci jednak wyraźnie dali znać, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Alice Cooper kontynuował flirt z nieco melodyjniejszą (i zarazem, bardziej komercyjną) stroną rocka - idąc za ciosem, Hey Stoopid stała się następczynią słynnej Trash. Umierający Freddie Mercury z Queen pożegnał się w piękny sposób z fanami - Innuendo, również wydana w 1991 r., to jedna z najambitniejszych i najlepszych płyt w dyskografii "Królowej". Na gruzach chwilowo rozwiązanego Bon Jovi wyżej niż macierzysty zespół wzniósł się jego gitarzysta, Richie Sambora wraz z bluesrockowym, klimatycznym Stranger In This Town. 1991 to także rok, w którym ukazuje się druga (i, jak pokazała przyszłość, ostatnia jak dotąd wydana pod własnym szyldem) porcja materiału sygnowana nazwiskiem Kane Roberts. Kiedyś gitarzysta w szeregach Alice'a Coopera, w 1987 roku dał się poznać także jako artysta solowy, wydając debiutancką płytę Kane Roberts. Saints And Sinners to poniekąd kontynuacja tradycji zapoczątkowanej na debiucie, ale zdecydowanie bardziej dopracowane brzmienie i kompozycje sprawiają, że "dwójka" mimo wszystko bije na głowę swą - skądinąd solidną - poprzedniczkę. Oczywiście, nie sposób odmówić tu zasług słynnemu songwriterowi Desmondowi Childowi, który materiał Kane'a na Saints And Sinners wyszlifował do perfekcji. Trochę zwierzęcości sleaze'u zmieszanej z wygładzonym AOR-em, do tego radiowa przebojowość i porządne gitarowo-wokalne zaplecze - wszystko to razem stanowi receptę na album doskonały.
Podobnie jak przy poprzedniej płycie i tu rockowy Rambo serwuje nam mocne uderzenie na początek. Wild Nights to jeden z najlepszych utworów na płycie i zarazem kwintesencja stylu, który Roberts obrał na swojej solowej ścieżce muzycznej. Jest dynamicznie, a jednocześnie zmysłowo; refreny brzmią mocno i zadziornie, a jednocześnie chwytliwie, a klawisze w znakomity sposób współbrzmią z ostrymi gitarowymi riffami i solówką zagraną w charakterystycznym dla Robertsa, jeszcze "constrictorowym" stylu. Podobnie jest z wokalem - stonowany i zmysłowy w zwrotkach, eksploduje w refrenach udowadniając, jak dobry "krzykacz" stanął tu za mikrofonem... Tak jest zarówno w Wild Nights, jak i jej następczyni - Twisted. Bardzo gitarowy, kipiący energią i seksualnością numer, w niczym znów nie odbiegający stylistyką od poziomu całego wydawnictwa. Tempo zwalnia nieco w Does Anybody Really Fall In Love Anymore - tym razem mamy tu do czynienia z typową pościelówą, stworzoną ewidentnie "pod radio", a mimo to zagraną z niesamowitym wdziękiem i emocjonalnym wkładem. Ultrachwytliwy, chwytający za serce refren, perfekcyjnie dopasowana do utworu solówka, i rockowy Rambo tu przywdziewający maskę niespełnionego kochanka - słowem, przepis na idealną power-balladę. Co jest jednak ciekawostką, piosenka ta, napisana przez Jona Bon Jovi, Richiego Samborę i Desmonda Childa, miała się znaleźć na New Jersey Bon Jovi... Odrzucona jako jedno z wielu (skądinąd znakomitych, niejednokrotnie przewyższających poziomem oficjalnie wydany materiał) dem z tamtych sesji, krąży dziś po necie w swojej pierwotnej wersji. (Co również jest ciekawostką - zarówno do Twisted, jak i Does Anybody Really Fall In Love Anymore zrealizowano swego czasu udane teledyski, a ten ostatni numer był największym w karierze Kane'a Robertsa sukcesem komercyjnym, docierając do 40. miejsca na singlowej liście Billboardu.). Wróćmy jednak do albumu. Dance Little Sister, zajmujące pozycję czwartą, muzycznie pokrewne jest Twisted - znów mamy tnący gitarowy riff, perfekcyjnie wkomponowane klawisze oraz zadziorny, acz bardzo melodyjny refren. Ot, typowy rocker, jakkolwiek bardzo przyjemny dla ucha. W Rebel Heart Kane zwraca się nieco w stronę AOR-u - tu wyeksponowane są klawisze, brzmienie jest nieco złagodzone, wręcz balladowe, kontrastujące z dynamizmem refrenu. "Typowy" Kane Roberts?... Szóste na płycie You Always Want It otwiera agresywny wokal i riff znów będący ukłonem w stronę typowego hard rocka; brzmienie gitary zdaje się wciąż być echem czasów Constrictora / Raise Your Fist And Yell w szeregach ekipy Alice'a Coopera. Cały zresztą utwór mógłby spokojnie znaleźć się na którymś z tych dwóch wydawnictw, jest tak właśnie, jak bywało podówczas na płytach Alicji - mocno, gitarowo, z wyważoną ciężkością brzmienia. Agresywność zdaje się nieco ustępować miejsca w melodyjnych refrenach, wspomaganych przez chórki - znać szlif Desmonda Childa... Dalej znów flirt z bardziej wygładzoną, klawiszowo-gitarową stroną rock'n'rolla - utrzymany w AOR-owej stylistyce Fighter, z rewelacyjnym tekstem i iście porywającą solówką oraz mocnym głosem Kane'a sięgającym tu wyjątkowo wysokich rejestrów. I'm Not Lookin' For An Angel, najsłabsza chyba (nie mylić z pojęciem "słaba", gdyż takich utworów tu po prostu brak) piosenka na Saints And Sinners, zaczyna się w sposób dość nietypowy. Ekstatyczne jęki bliżej niezidentyfikowanej panienki (ewentualnie panienek) pełniące rolę intra były w latach '80 wręcz do bólu już utartym schematem, po które sięgali m.in. Bon Jovi czy Danger Danger; co jednak mają z tym wspólnego niemal "kościelne", dostojne brzmienia organów? Wystarczy jednak, iż zazgrzytają gitary, a znów wracamy na właściwy trop. I'm Not Lookin' For An Angel to kolejny dość schematyczny rocker, z przewrotnym tekstem (korespondującym zresztą z If This Is Heaven z pierwszej płyty Kane'a). Podobnie zresztą Too Far Gone - znów mamy tu ciekawy, z lekka przypominający czasy Constrictora czy też Woman On The Edge Of Love z solowego debiutu riff, znów też mocny śpiew Kane'a, przechodzący z łatwością od szeptu do krzyku, gwarantuje wysoki poziom utworu. Melodia i czad - czegóż chcieć więcej?... Chyba tylko mocnego zakończenia, rolę którego na Saints And Sinners spełnia bez zarzutu wspaniała power ballada It's Only Over For You. Finisz wprost znakomity, klamrowo zamykający całość.
Jeśli po wysłuchaniu pierwszego solowego krążka Kane'a Robertsa ktoś czuł niedosyt, lub też nie dostrzegał w niegdysiejszym gitarzyście Alice'a Coopera niezaprzeczalnego potencjału - wydany w 1991 następca debiutu, Saints And Sinners, jest na to wszystko rewelacyjną odpowiedzią. Bardzo dobrej pierwszej płycie można zarzucić potknięcia, rozrzut muzycznej stylistyki, pewną niespójność... Saints And Sinners to wprost kwintesencja 80's hard rocka, jedna z największych pereł dekady. Jest wszystkim tym, czego mógłby oczekiwać fan klimatów z pogranicza Bon Jovi, KISS oraz całej reszty ówczesnych "desmondówek" wydawanych pod okiem słynnego songwritera; odpowiednie wyważenie melodii, gitarowy czad niepozbawiony tu i ówdzie technicznych "smaczków", pikantny klimat szybkich rockerów i niezapomniane ballady. Słowem, idealna płyta na schyłek wspaniałych muzycznych czasów, godna polecenia każdemu fanowi melodic hard rocka i pokrewnych mu gitarowych brzmień.
Oficjalna strona artysty: www.kaneroberts.com
Twisted wrzesień 2009
Gdyby niektóre albumy ukazały się kilka lat wcześniej, bez wątpienia zadziałałyby jak strzała Amora, wbijająca się w samo serce niczego nie spodziewającego się szołbiznesu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że mogłoby tak się stać z drugim wynurzeniem solowym Kane’a Robertsa, które - biorąc pod uwagę klasę kompozytorów (wśród autorów piosenek znaleźli się między innymi Desmond Child, Diane Warren, Jon Bon Jovi, Richie Sambora, czy Jack Ponti) i muzyków udzielających się na płycie - zaprogramowano na osiągnięcie sukcesu. Ponieważ jednak ten krążek ukazał się dopiero w 1991 roku, nie miał już większych szans na zawojowanie rynku. Szkoda, bo był niemal definicją doskonałej, rockowej muzyki rozrywkowej...
To co "rzuca się na uszy” już od pierwszych minut odsłuchiwania zawartego na wydawnictwie materiału, to jego niesamowita wręcz przebojowość. Właściwie każdy z tych dziesięciu numerów mógłby się stać sporym radiowym hitem. Święci i Grzesznicy w wydaniu naszego bohatera i skupionych wokół niego artystów są mieszanką zaraźliwych melodii, stosunkowo prostych, ale łatwo zapamiętywanych riffów, perfekcyjnie odegranych solówek i absolutnie mistrzowskich chórków. W warstwie muzycznej sporo tu oczywistych wpływów kompozytorów poszczególnych utworów, jak również takich wykonawców jak Bon Jovi, Cher, Def Leppard, czy Alice Cooper (i nic dziwnego, przecież Roberts grał w jego zespole). Wokalista nigdy nie należał do wielkich tuzów mikrofonu (chociaż pod tym względem i tak wypada o niebo lepiej od wspomnianego Coopera), jednak jego czysty głos sprawdza się w takim repertuarze, a tam gdzie trzeba jego niedociągnięcia pokrywają wielowarstwowe chórki. McCurry kilka razy pokazuje sporą klasę wykonawczą, a klawisze Kentisa (czasem ze wspomaganiem Funaro) świetnie uzupełniają pracę gitar, które są tu zdecydowanie na pierwszym planie, tworząc ścianę dźwięków. Wstęp Wild Nights kojarzy mi się z wejściem do Hot Cherie Hardline (chociaż ci wydali swoją płytę rok później), potem całość rozwija się w marszowy kawałek w typie starych przebojów Bon Jovi; trzeba przyznać, że refren i bardzo ładna solówka rzeczywiście nie powinny pozwolić zasnąć nikomu. Twisted wpisuje się w tę samą stylistykę, tym razem jednak piosence bliżej do dokonań Alice’a Coopera z czasów Trash (to wrażenie potęguje modulacja głosu Robertsa, tym razem lekko zachrypniętego), myślę nawet, że mistrz horroru z powodzeniem mógłby umieścić ten kawałek obok House Of Fire. Ciekawie wypadła tu solówka, zagrana techniką slide. No i dochodzimy do Does Anybody Really Fall In Love Anymore, jednaj z ballad wszechczasów, która mogłaby służyć dzisiejszym młodym wykonawcom za kompozycję modelową. Napisanej jeszcze w 1987 roku przez członków Bon Jovi (wydanej przez nich pierwotnie jako demo) w kooperacji z Diane Warren i Desmondem Childem, potem śpiewanej przez Cher, żeby uzyskać ostateczny, najpełniejszy kształt na płycie najbardziej muskularnego wokalisty, właśnie tutaj. Ileż razy mógłbym słuchać tej melodii, podkładu perfekcyjnie łączącego mocne gitary z melancholijnymi klawiszami, solo tworzącego jakby trzecią zwrotkę, idealnych chórków, przywodzących na myśl najlepsze dokonania Def Leppard! Po takiej dawce emocji następuje przyspieszenie w postaci Dance Little Sister autorstwa Jacka Pontiego, pod względem linii melodycznej i samej struktury będącego swego rodzaju spadkobiercą Livin’ On A Prayer Bon Jovi. Kawałek wydaje się banalny, można się też przyczepić do zbyt często powtarzanego refrenu, a jednak całość infekuje. Arcydziełem jest za to Rebel Heart, w którym po początkowym shredderskim popisie wkraczają rozmarzone klawisze, stanowiące oprawę dla melodii, tym razem pełnej wyczuwalnego dramatyzmu. Potem numer przyspiesza, dochodząc do wspaniałego refrenu. Naprzemienne zwolnienia i przyspieszenia rytmu, scalenie gitar i klawiszy, no i oczywiście chórki, tworzą razem fascynującą mozaikę, uzupełnianą przez atmosferyczne outro, którego styl przypomina mi solówki Gary’ego Moore'a (osobiście jednego z moich ulubionych włodarzy wiosła). W You Always Want It Kane eksploatuje właściwie te same muzyczne rejony, co dwa kawałki wcześniej. Nie znaczy to, że utwór jest zły, wręcz przeciwnie, jednak nieco blednie w blasku poprzednika. Poprzeczkę podnosi znowu Fighter, opatrzony zaraźliwym riffem, płynącą w powietrzu melodią (te chórki kojarzą się mocno z największymi hitami Cher), no i oczywiście miłą dla ucha gitarowo-klawiszową ścianą dźwięków. Ozdobą utworu jest idealna, lejąca się kaskadami solówka, łącząca techniki legato, staccato i glissando. W odbiegającym od reszty piosenek I’m Not Lookin’ For An Angel podobają mi się połamane riffy i funkujący rytm (z całą pewnością inspiracją dla niego był pierwszy album Winger). W połączeniu ze specyficznym frazowaniem wokalu, który podrabia tu wokal Kipa, wypadło to interesująco, jakkolwiek mało oryginalnie. Dziewiąty w zestawie Too Far Gone należy do moich ulubionych. Między innymi dlatego, że tak płynnie łączy stylistykę hair metalu i AOR-u, zawiera perfekcyjną solówkę, ale nie tylko. Rewelacyjnym trikiem są tu zmiany tonacji pomiędzy poszczególnymi elementami kompozycji, w ogóle nie zaburzające jej spójności. Na samym końcu Roberts serwuje nam jeszcze It’s Only Over For You, dziełko mocno AOR-owe, stylistycznie zahaczające o rejony eksplorowane wcześniej przez formację Chicago, pełne aranżacyjnego rozmachu, podniosłego nastroju i dobrze korespondujących z tym wszystkim partii poszczególnych instrumentalistów - tym razem brawa należą się zarówno gitarzyście jak i klawiszowcowi. Trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie...
Saints And Sinners brzmi po latach jak absolutna klasyka muzyki rozrywkowej, skomponowana i zagrana na poziomie niedostępnym dla większości epigonów, będąca mieszanką utworów dobrych i rewelacyjnych. Po wydaniu tego albumu pojawiały się zarzuty, że poszczególne utwory oparto tu na bardzo podobnych i ogranych pomysłach, ale cóż z tego, skoro wielu może tylko marzyć o takich pomysłach? Wysoką ocenę wydawnictwa podnosi jeszcze bardziej nienaganna produkcja, tak więc nie wyobrażam sobie, żeby nie polubili go fani hair metalu, a myślę, że może ono uzależnić od siebie także miłośników szeroko pojętego melodyjnego hard rocka. Podobnie jak mnie.
Hardlover wrzesień 2009
|