|
Będąc słuchaczem nieco obeznanym w gitarowych smaczkach i zakorzenionym w idealnie wyważonych melodiach trudno nie znać nazwiska Kane Roberts. Każdy fan melodic rocka odruchowo kojarzy je ze współpracą z Alicem Cooperem i Kipem Wingerem w połowie lat '80 (której owocem były świetne płyty Constrictor i Raise Your Fist And Yell), jak i różnorodną solową karierę (jego albumy Kane Roberts i Saints And Sinners to wszak hardrockowe perły). Specjalnie dla Hard Rock Service, niesamowity "rockowy Rambo" odpowiedział na garść pytań przybliżających nam jego sylwetkę zza sześciu strun...
HARD ROCK SERVICE: Kane, wielkie dzięki za możliwość rozmowy! Na dobry początek cofnijmy się trochę w czasie; wróćmy do lat Twojej wczesnej młodości. Zacznijmy od typowego w tym miejscu pytania - o moment, w którym sięgnąłeś po gitarę. Jakie były Twoje inspiracje, wpływy, kogo nazwałbyś swoim muzycznym mentorem w tamtym okresie?
KANE ROBERTS: Gdy rozpoczynałem, mogłem mieć koło 10 lat... Byłem bardzo młody, gdy zacząłem pobierać lekcje gry na gitarze. Kiedy już zacząłem grać, nie było wątpliwości, że nie porzucę instrumentu. Pomógł mi w tym, rzecz jasna, mój młodzieńczy entuzjazm i zamiłowanie do dziedzin, które zawierały w sobie pierwiastek kreatywnego myślenia oraz twórczych marzeń. Jimi Hendrix, Jimmy Page, Eric Clapton mieli na mnie ogromny wpływ w tamtym okresie. Także późniejsze moje dokonania, te bardziej abstrakcyjne solówki, przypisuję inspiracji Hrendiksem (jak choćby w Step On You Alice'a Coopera... Starałem się tam brzmieć jak gigantyczny, zardzewiały robot [śmiech]).
HARD ROCK SERVICE: Twoja edukacja miała także wiele wspólnego z muzyką.
KANE ROBERTS: Uczyłem się w The New England Conservatory of Music. Pamiętam, że już pierwszego dnia zajęć zrozumiałem, o ile bardziej zaawansowani byli moi koledzy ode mnie w typowo technicznych sprawach, jak choćby teoria muzyki czy kompozycja... Jeden z moich nauczycieli powiedział mi wtedy, że nie mam szans choćby skończyć szkoły. Jak zwykle, byłem jednak zbyt uparty, by się poddać; zaliczyłem wszystkie przedmioty... To dowód, że sukces często zależy od konkretnej postawy i zdecydowania. Będąc w konserwatorium, miałem okazję poznać nie tylko wielu znakomitych muzyków, ale i także dzieła Kenny'ego Burrella, Johna Coltrane'a, Sonny'ego Rollinsa, Shostakovicha, Berga, Andre Segovii, Juliana Breama i wielu innych. Zaczynam tu brzmieć trochę pompatycznie, co? I tak chodzi przecież o fakt, jak wiele powstało różnorodnej, znakomitej muzyki. W głowie się nie mieści, jak wiele tego jest! Chciałbym kiedyś mieć świadomość, że usłyszałem wszystko. W czasach konserwatorium opanowywałem na gitarze także bardzo nietypowe kompozycje, jak choćby Giant Steps Coltrane'a. Wciąż jednak zwracałem się ku rockowej gitarze; pasja pozostała.
HARD ROCK SERVICE: Kiedy miał miejsce Twój sceniczny debiut? Jak go wspominasz?
KANE ROBERTS: Graliśmy wtedy w zespole prezentującym głównie covery. Byłem straszliwie podekscytowany faktem, że mogłem wyjść na scenę, grać... Gdy miałem 14-15 lat, gitara była dla mnie jak narkotyk, dziewczyna i przejażdżka rollercoasterem w jednym. Już wtedy wiedziałem, że tym właśnie chcę się zajmować. Wcześniej interesowałem się także sportem, w końcu jednak to gitara zdominowała wszystko.
HARD ROCK SERVICE: Pierwszym Twoim zespołem, o którym cokolwiek wiadomo, jest Criminal Justice - poprzedzający etap w zespole Alice'a Coopera. Przybliż nam trochę okres grania w Criminal Justice; czy to prawda, że z tym właśnie zespołem supportowałeś Alice'a Coopera jeszcze przed poznaniem go osobiście i nawiązaniem współpracy?
KANE ROBERTS: Criminal Justice... Victor Ruzzo, Greg Jackson, Russ Brinnier. Graliśmy z chłopakami dla czystej radości grania. Występując w małych klubach, które traktowałem jak mini-wersje hal i stadionów, bardzo wiele się nauczyłem. Zdarzało się, że otwieraliśmy występy wielkich gwiazd - i tak, otwieraliśmy także koncert Alice'a. Było to bardzo ekscytujące przeżycie... a zarazem bardzo ważne doświadczenie, zwłaszcza, że byliśmy wtedy jeszcze bardzo młodzi. W tamtych czasach, by zarobić, rozdawałem karty do gry w kasynie. Pojawiały się tam prawdziwe typy spod ciemnej gwiazdy... [śmiech] Każdego wieczoru, nim rozpoczynała się gra, przypominano mi, gdzie - w razie kłopotów - szukać broni... Wiele się wtedy nauczyłem.
HARD ROCK SERVICE: Teraz czas na oczywiste pytania o erę występowania z Alicem Cooperem. Jak wspominasz współpracę z żywą legendą, królem shock-rocka? Jak ta współpraca się zaczęła?
KANE ROBERTS: Bywałem wtedy często w studiach nagraniowych, rejestrując na taśmach różne moje pomysły pod okiem rozmaitych inżynierów dźwięku. Jedna z moich piosenek szczęśliwym zbiegiem okoliczności wpadła w ręce Boba Ezrina, znanego z produkcji KISS czy Pink Floyd. Pojechałem do Nowego Jorku, by poznać Alice'a, jego ówczesnego menadżera, Shepa Gordona, i samego Ezrina. Szybko okazało się, że wspaniale dogadujemy się z Alicem; świetnie się razem bawiliśmy. Poczucie humoru Alice'a jest zresztą niesamowite, co odbija się w wielu udzielonych przez niego wywiadach. Ma on tak wiele doświadczenia i talentu... W tamtym momencie, od razu miałem świadomość nadarzającej się niezwykłej okazji. Po prostu, jak sądzę, pasowaliśmy do siebie. Gdy wychodził Constrictor, wspólnie dobraliśmy sobie resztę zespołu i rozpoczęliśmy próby; potem ruszyliśmy w trasę. Pamiętam pierwszą noc tournee... około 20 tysięcy ludzi pod sceną... gasną światła... przeszywający ciszę dźwięk klawiszy... ogłuszający ryk tłumu... zespół na scenie, podładowany adrenaliną i wychodzący na front Alice - prawdziwy mistrz, mający wszystko pod kontrolą. Wciąż pamiętam, jak dobry był to koncert... Dla mnie była to prawdziwa podróż.
HARD ROCK SERVICE: W zespole Coopera stałeś się niemal legendą przez swój wizerunek wzorowany na postaci Johna Rambo i gitary stylizowane na broń palną. Co jednak interesuje nas bardziej - wstępując w jego szeregi, wniosłeś ze sobą kreatywność i świeży powiew, które odmieniły muzykę Alice'a. Co zainspirowało Was obu do stworzenia nowej jakości na Constrictorze i Raise Your Fist And Yell? Jak, z obecnej perspektywy ponad 20 lat, oceniasz dziś ten materiał jako jego współtwórca?
KANE ROBERTS: Alice i ja chcieliśmy napisać jak najwięcej dobrej muzyki. Nie sugerowaliśmy się opiniami, co powinno lub nie powinno znaleźć się na tych wydawnictwach; wszystko szło własnym rytmem. Po prostu - zaczęliśmy pisać. Wymienialiśmy poglądy, pomysły, zawieraliśmy w procesie tworzenia swoje inspiracje i tak pomału piosenki zaczęły nabierać ostatecznego kształtu. Pamiętam, że zdarzały się chwile niesamowitej kreatywności ze strony Alice'a, gdy kawałki powstawały w niecałe pół godziny - jak choćby Prince of Darkness... Z mojej strony, traktowałem wszystko bardzo poważnie, taka już moja natura... Był to dla Alice'a okres odrodzenia się jako twórca, a jego energia bez wątpienia napędzała nas obu; równie ważne były dla mnie jednak także i moje standardy tworzenia. Do dziś lubię tamten materiał, Life And Death of The Party, Prince of Darkness, Gail, Roses On White Lace... Jestem jednak wobec siebie bardzo krytyczny, więc czasem ciężko przychodzi mi słuchanie tych wydawnictw w całości. Tak czy inaczej - przy ich tworzeniu bawiliśmy się świetnie ;)
HARD ROCK SERVICE: Który album, Constrictor czy Raise Your Fist And Yell, lubisz bardziej?
KANE ROBERTS: Poszczególne momenty wciąż ekscytują mnie na każdym z nich, myślę jednak, że "Raise Your Fist..." było bardziej rozbudowanym projektem. Napisaliśmy z Aliceem piosenki na tę płytę w czasie trasy promującej album Constrictor, używając bardzo niewielkiego zestawu do nagrywania. Po zakończeniu trasy od razu ruszyliśmy do studia, by nagrać "Raise Your Fist...". Do dziś słychać na płycie, jak agresywnie brzmiał wtedy zespół i nowy materiał, i jak znakomicie Alice radził sobie ze wszystkim.
HARD ROCK SERVICE: "Raise Your Fist..." skonstruowana jest według ciekawego konceptu; rozpoczyna się heavy metalowymi hymnami w rodzaju Freedom czy Lock Me Up, finiszuje zaś serią piosenek opowiadających historię bezimiennego seryjnego mordercy głównie z jego własnego punktu widzenia. Przez tę historię wiodą nas utwory od Prince of Darkness do Roses On White Lace, układające się w logiczny ciąg. Skąd taki koniec płyty?
KANE ROBERTS: Alice i ja przystąpiliśmy do prac nad płytą, mając zamysł stworzenia pewnego rodzaju "horror musicalu", fascynującego ciągu muzycznych opowieści, pozwalających nam na teatralne przedstawianie ich na scenie. Tworząc w atmosferze wymiany pomysłów i muzycznych wizji, byliśmy zadowoleni z rezultatów pracy. I choć z zespołu to głównie ja nadawałem pierwotny szlif piosenkom, reszta muzyków w późniejszych etapach tworzenia także włożyła w materiał sporo serca i energii.
HARD ROCK SERVICE: Mówiąc o reszcie muzyków występujących w tamtym okresie z Alicem, nie sposób pominąć faktu, że dzieliłeś wówczas scenę z inną ważną dla hard rocka lat 80-tych postacią - Kipem Wingerem, wówczas jeszcze nowicjuszem. Jak wspominasz Waszą współpracę?
KANE ROBERTS: Kip to wspaniały muzyk i jeden z najzabawniejszych facetów, z którymi można pojechać w trasę. Znakomicie radził sobie z chórkami na koncertach, w czym nie ma jednak niczego dziwnego - jest przecież świetnym wokalistą. Z drugiej jednak strony, zbyt mocno uwierzył w zasadę "wizerunek ponad wszystko", na czym ucierpiała zdecydowanie jego kariera... Wiem co prawda, że to raczej mnie można by oskarżać o nadmierne przywiązywanie wagi do image'u, ale zasadniczo mój wygląd stał wtedy w opozycji w stosunku do ówczesnych trendów. Poszedłem pod prąd, odwracając się od powszechnie akceptowanego wizuerunku, jaki wówczas miała większość muzyków. Chciałem przewyższyć wszystko i wszystkich, co odbijało się w każdym aspekcie mojego życia - wliczając w to moje ciało. Jeśli chodzi o anegdoty związane z Kipem - był taniec, który on praktykował, polegający na zaczepieniu kciukami o pasek jego spodni, przykucaniu i poruszaniu biordami w dół i w górę. Wyglądało to naprawdę zabawnie - nazywaliśmy ten taniec "dick dance" [śmiech]. Któregoś razu zatrzymaliśmy się w hotelu Four Seasons gdzieś w Ameryce i gdy akurat go opuszczaliśmy, hall pełen był elegancko ubranych ludzi biznesu, przybyłych na jakąś konferencję. Powiedziałem do Kipa -"...dam Ci 50 dolców, jeśli odtańczysz swój 'dick dance' publicznie, schodząc w ten sposób do schodów, przechodząc przez hall i tak aż do drzwi". On nie wahał się ani chwili, od razu powiedział "tak". Tańcząc, pokonał schody i zaprezentował się biznesmenom zgromadzonym w hallu na dole. Wszyscy się roześmieli, ja - rzecz jasna - śmiałem się tak, że brakowało mi powietrza. Kip bywa nieustraszonym facetem [śmiech]. Ale tak czy inaczej - wciąż pozostajemy przyjaciółmi, wciąż też bardzo szanuję muzyczny dorobek Kipa i jego talent. To nigdy się nie zmieni.
HARD ROCK SERVICE: Swego rodzaju podsumwoaniem okresu, jaki spędziłeś w szeregach zespołu Alice'a Coopera, jest oficjalnie wydany koncert The Nightmare Returns. Po ponad 20 latach od ukazania się tego wydawnictwa wciąż dosłownie zmiata ono z powierzchni ziemi. Jak wspominasz sfilmowany wtedy koncert, czy istnieją jakieś anegdoty warte podzielenia się nimi, a związane z tym właśnie występem?
KANE ROBERTS: Dawno nie oglądałem The Nightmare Returns, jeśli jednak obejrzysz ten koncert, zobaczysz, jak w pewnym momencie ja i Alice biegniemy prosto na siebie w trakcie show. Patrzę do góry w ostatniej sekundzie przed kolizją z nim... Wróciwszy na swoje podwyższenie, pomyślałem -"świetnie, omal nie zabiłem Alice'a, i to pierwszej nocy tego tournee". Poza tym wszystko, co człowiek jest w stanie wyobrazić sobie na temat grania podobnie wspaniałego koncertu, to szczera prawda!
HARD ROCK SERVICE: Dlaczego i dokładnie kiedy opuściłeś zespół Coopera?
KANE ROBERTS: Krótko przed nagraniem mojego drugiego solowego albumu dla Geffen nasze drogi zwyczajnie się rozeszły. To była naturalna kolej rzeczy; praktycznie nawet nad tym nie dyskutowaliśmy. Zawsze było jasne dla nas obu, dla mnie i Alice'a, że - choć klasyczna twórczość Alice'a Coopera była zawsze szczególna, wyjątkowa - naszym priorytetem na daną chwilę były albumy i trasy Constrictor i Raise Your Fist And Yell; to był nasz cel... Koniec końców, sądzę, że okres naszej współpracy stanowił wyjątkowy moment w historii muzyki, a na pewno - był takim w karierze Alice'a. Chcieliśmy pokazać ludziom coś nowego, fajnego, by dobrze bawili się na koncertach.
HARD ROCK SERVICE: Poza współpracą z Cooperem, nagrałeś dwa znakomite albumy solowe, z których pierwszy ukazał się jeszcze w 1987 roku. Który okres - czasy w zespole Alice'a czy karierę solową - postrzegasz, z perspektywy, jako bardziej satysfakcjonujący? Który dał Ci więcej możliwości i szans artystycznego rozwoju?
KANE ROBERTS: Oba te etapy przyniosły mi mnóstwo cennych doświadczeń. Wspomnienia i obrazy z tamtych czasów wciąż nocami tłuką się po mojej głowie... Nagrywanie ze wspaniałymi muzykami... tworzenie wspólnie z nimi... śpiewanie... Wszystko było kwestią kontaktów z innymi ludźmi i własnej otwartości. Pamiętam, jak grałem na festiwalu w Donington, patrząc ze sceny na ogromny tłum. Był już wieczór, dookoła pola płonęły baryłki ropy... płomienie... tłum... okrzyki... To cudowna wizja, jak z dziecięcych marzeń... Europejska publiczność jest zresztą rewelacyjna. Bardzo, bardzo żałuję, że nie udało mi się wtedy zagrać w Polsce. Może kiedyś... kto wie?
HARD ROCK SERVICE: My także żałujemy - i zapraszamy!... Tymczasem skupmy się na Twojej solowej karierze. Twój debiut solowy, Kane Roberts wydany został w 1987 roku. W tym momencie powinnam zapytać o niesławną "Rambo - okładkę"...
KANE ROBERTS: W zasadzie cała ta sprawa z Rambo zaczęła się, gdy niejaki Rick Johnson skontaktował się ze mną, z pytaniem, czy chciałbym używać jego gitar. Model, który mi zaproponował, był stylizowany na broń i wystrzeliwał płomienie - co jednak mnie zaskoczyło, grało się na tym instrumencie znakomicie i tak też brzmiał. Zdjęcia na okładkę pierwszej płyty dotarły do mnie, gdy byłem w trasie; oglądałem je, jadąc autokarem. Powiedziałem od razu "Co to jest, do cholery" i zacząłem się śmiać, podobnie Alice. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Zadzwoniłem więc do wytwórni, mówiąc, że ta okładka to absurd. Będąc debiutantem, nie masz jednak zbyt wiele do powiedzenia; moja opinia nie wpłynęła więc zbytnio na efekt końcowy. Gdy przysłali drugą wersję okładki, niewiele różniła się od pierwszej...
HARD ROCK SERVICE: Na Twoim drugim albumie, wydanym w 1991 roku Saints And Sinners, znalazła się piosenka Does Anybody Really Fall In Love Anymore, która - promowana teledyskiem - odniosła dość spory sukces. To demo pióra muzyków Bon Jovi z wczesnego 1988 roku, nagrane później także przez Cher (płyta Heart Of Stone). Jak powstała Twoja wersja Does Anybody Really Fall In Love Anymore?
KANE ROBERTS: Desmond Child i ja szukaliśmy czegoś, co byłoby murowanym hitem w radiu. Desmond napisał Does Anybody Really Fall In Love Anymore z Diane Warren, Richie'm [Samborą] i Jonem [Bon Jovi] kilka lat wcześniej; utwór bardzo mi się spodobał, więc z chęcią nagrałem jego własną wersję. Niedawno usłyszałem także pierwotną wersję tej piosenki - tę nagraną przez Bon Jovi; brzmiała ona w moim odczuciu znakomicie.
HARD ROCK SERVICE: Mówiąc o Desmondzie Childzie - współautorze wielu hitów i rewelacyjnym songwriterze - jak wspominasz współpracę z nim?
KANE ROBERTS: Desmond urodził się, by pisać muzykę... Cały czas pozostaje twórczy i kreatywny, więc współpracując z nim, na każdym etapie tworzenia musisz pozostawać przynajmniej przytomny [śmiech].
HARD ROCK SERVICE: Oba Twoje albumy są uważane za prawdziwe perły melodic rocka. Jak je oceniasz Ty sam, co ekscytuje Cię w nich do dziś? Co było bliższe Twojemu sercu i ważniejsze dla Twojego artystycznego rozwoju - Kane Roberts czy Saints And Sinners?
KANE ROBERTS: Oba projekty, o których mówisz, sprawiły mi dużo radości i przyniosły wiele cennych doświadczeń w zakresie muzycznego rozwoju. Każda z tych płyt zawiera w sobie elementy, które wciąż mi się podobają. Solówka w Fighter, niektóre partie wokalne, riffy zamykające Rebel Heart... W moim odczuciu to improwizacja, spontaniczność, technika i emocje decydują o kształcie i brzmieniu kompozycji, muszą jednak zawierać w sobie tę jej ogólną myśl, ogólny sens. Solo musi podtrzymywać zainteresowanie, budować napięcie i stanowić dla słuchacza przejście pomiędzy jedną a drugą partią piosenki. Myślę, że dla każdego muzyka podstawowym celem jest odnalezienie własnego, prawdziwego głosu (tak w śpiewie, jak i graniu) oraz zdolności do przekazywania go poprzez dobór dźwięków oraz sposób, w jaki je grasz lub artykulujesz. Gdy udaje mi się połączyć te elementy, czuję prawdziwą satysfakcję. Pamiętam wywiad, udzielany dla jakiegoś magazynu dla gitarzystów... Dziennikarz upierał się, że najpierw pisałem partie solowe, a dopiero potem je nagrywałem. W jakiś sposób był to dla mnie niezamierzony komplement - dowodziło to, że moje solówki brzmią, jak gdyby były odgórnie skomponowane.
HARD ROCK SERVICE: Poza nagrywaniem solo, grałeś także gościnnie na kilku innych wydawnictwach, jak choćby późniejsza płyta Alice'a Trash, albumy m.in. Desmonda Childa czy Steve'a Vaia. Udzielałeś się także na soundtracku do horroru Shocker (1989 r.), gdzie miałeś okazję współpracować m.in. z Paulem Stanleyem i Tommym Lee. Co więcej, napisałeś wspólnie z Paulem piosenkę Take It Off, która znalazła się na płycie KISS Revenge z 1992 r. Opowiedz co nieco o pobocznych projektach, w których brałeś udział.
KANE ROBERTS: Pisanie z Paulem Stanleyem i Bobem Ezrinem było, rzecz jasna, wspaniałe. Szanuję ich obu na bardzo wielu płaszczyznach. Bob Ezrin to szczególny człowiek, któremu zawdzięczam bardzo wiele ze swojej kariery. Przedstawił mnie między innymi Alice'owi, Rodowi Stewartowi, grupie Berlin... Biorąc pod uwagę jego znakomity wkład producencki w wiele wybitnych płyt (choćby The Wall Pink Floyd) byłem wobec niego wręcz pokorny w czasie współpracy. Paul to niesamowicie energiczny człowiek, jeśli chodzi o pisanie piosenek; wspaniale było także poznać Gene'a [Simmonsa]... I tak, współtworzenie piosenki nagranej potem przez KISS to naprawdę świetna sprawa!
HARD ROCK SERVICE: Jeśli już jesteśmy przy filmie Shocker - wystąpiłeś tam także jako aktor epizodyczny. Jak wspominasz przygodę z aktorstwem i samo kręcenie Shockera?
KANE ROBERTS: Postanowiłem po prostu wykorzystać nadarzającą się okazję i wziąć udział w przesłuchaniach. Gdy dostałem rolę, byłem w szoku (cóż za gra słów!), ale myślę, że po prostu potrzebowali dużego faceta do tej roli. Dobrze wspominam próbowanie swoich sił jako aktor; zresztą, odegranie roli i wykonanie piosenki na ścieżce dźwiękowej wymagało ode mnie podobnego wczucia się w rolę i zaangażowania.
HARD ROCK SERVICE: Po wydaniu Saints And Sinners zrobiłeś sobie przerwę, na dłuższy czas wycofując się z przemysłu muzycznego. Co było tego powodem - zmiana koniunktury, spowodowana inwazją grunge'u, czy po prostu zmęczenie i znużenie muzyczną karierą?
KANE ROBERTS: Zdecydowanie to drugie. Nie znudziło mnie oczywiście występowanie przed publicznością ani praca w studio; robienie tego to rzadki przywilej. Znużyły mnie układy, w które byłem wciągany, by móc grać na scenie; bycie tzw. osobą publiczną... Krótko mówiąc - zbyt wiele uśmiechów [śmiech] Nie sądzę, żeby wszystkie zmiany zachodzące w przemyśle na początku lat '90 były złe. Nirvana i kilka innych zespołów z tamtego okresu wciąż brzmi dla mnie świeżo.
HARD ROCK SERVICE: Teraz ogromną częścią Twojej pracy twórczej jest projektowanie i grafika. Skąd wziął się pomysł, by zająć się tym profesjonalnie? Czym jeszcze zajmujesz się obecnie?
KANE ROBERTS: Od zawsze rysowałem - od czasu, kiedy skończyłem 9 lat. Gdy usiadłem przed komputerem, od razu porwały mnie twórcze możliwości tego zajęcia, ale także coś, co lubimy wszyscy - natychmiastowa gratyfikacja moich wysiłków. Poza tym angażowałem się ostatnio w projekty filmowe, zajmowałem się także moją firmą komputerową - PFX Media.
HARD ROCK SERVICE: Nie odwróciłeś się jednak zupełnie od muzyki. Opowiedz o swoim - zainspirowanym grą komputerową Final Fantasy - projekcie Phoenix Down. Nagraliście tylko jedną płytę Under A Wild Sky (1999 r.); zawierała ona nową wersję Twojego wcześniejszego utworu Rebel Heart...
KANE ROBERTS: Bruce Mee z wytwórni Now And Then Records i magazynu Fireworks skontaktował się ze mną i ułatwił mi znacznie nagranie materiału. Jego wytwórnia wydaje trochę rockowych płyt. Miałem wtedy kilka konkretnych pomysłów na piosenki; zebraliśmy więc kilku przyjaciół i przystąpiliśmy do pracy w studio. Ten album wciąż oceniam bardzo pozytywnie; wkrótce (sierpień/wrzesień 2009) będzie on dostępny na mojej stronie internetowej. Jestem także w trakcie realizacji nowego projektu solowego, który wymaga jeszcze ostatecznych szlifów - 3 utwory z niego będą jednak dostępne już niedługo, jako część reedycji albumu Phoenix Down. Jeśli zaś chodzi o nową wersję Rebel Heart - był to pomysł Bruce'a, nie mój. Nie mogłem mu odmówić, wyżej jednak cenię oryginał.
HARD ROCK SERVICE: Co z Twoim nowym albumem solowym, Touched? Podobno nie jest jeszcze ukończony.
KANE ROBERTS: To właśnie projekt, o którym wspominałem poprzednio; tak jak mówiłem, wymaga on jeszcze ukończenia. Wkrótce jednak trzy utwory z nowego materiału zostaną udostępnione dla słuchaczy.
HARD ROCK SERVICE: Wielu muzyków, którzy rozpoczęli karierę w latach 80-tych, wspomina te czasy z zażenowaniem, bez nostalgii. Jak Ty się do tego odnosisz - czy status "gwiazdy lat 80-tych" i wspomnienie tamtych czasów są dla Ciebie w jakiś sposób wstydliwe? Jak wspominasz tamte dni, szczyt popularności, spotkania z fanami?
KANE ROBERTS: Wstydliwe? Nie... Czasem niemądre, owszem. Wiem jednak, gdy patrzę wstecz, że byłem ogromnym szczęściarzem, mogąc dokonać tego wszystkiego, spotkać wszystkich tych wspaniałych ludzi, a przede wszystkim - grać muzykę. Jeśli chodzi o spotkania z fanami - kontakt, rozmowa, to zawsze było dla mnie bardzo ważne. To co innego niż gra na scenie; w sytuacji jeden-na-jednego tak zwana "gwiazda" ma szansę sprawić, by fanowi pozostały po spotkaniu miłe wspomnienia... I z tej szansy powinno się korzystać.
HARD ROCK SERVICE: Jak postrzegasz współczesną scenę muzyczną, kondycję przemysłu muzycznego? Chodzi mi tu szczególnie o scenę rockową. Czy jest coś, co współcześnie uważasz za interesujące lub obiecujące?
KANE ROBERTS: Wytwórnie płytowe wciąż utrudniają życie artystom. Pod pewnymi względami nawet to rozumiem - czasem nawet najwspanialsza muzyka się nie sprzedaje, a w końcu biznes to biznes... Świetnie jednak, że coraz więcej zespołów znajduje drogę obejścia sieci zarzuconych przez wytwórnie. Jeśli zaś chodzi o to, czego słucham obecnie - są to między innymi Tool, Sevendust i kilka innych. I wciąż szaleję za Rage Against The Machine!
HARD ROCK SERVICE: Jakie są Twoje plany na przyszłość?
KANE ROBERTS: Filmy, ukończenie Touched, sumo wrestling, PS3, Japonia, praca i oczywiście... gitara.
HARD ROCK SERVICE: Dzięki wielkie za wywiad! Jako zagorzała wielbicielka Twojej muzyki od czasów Coopera po Phoenix Down, traktuję to jako ogromny przywilej. Czy jest coś, co chciałbyś dodać na koniec, może kilka słów dla czytelników Hard Rock Service?
KANE ROBERTS: Nie przestawajcie marzyć... wizualizujcie to, czego chcecie, w waszych sercach... Wszystko, co musicie zrobić, to po prostu zacząć działać; możecie zmienić wtedy wasze życie i ruszyć w podróż naprzeciw własnym pragnieniom. Wszyscy miewają w życiu swoje wzloty i upadki, czasem życie bywa niemożliwe do zniesienia... Wystarczy jednak jedna chwila, by zacząć od nowa... by uczynić życie niesamowitym. Oczywiście, cieszy mnie wszystko, co stworzyłem, czego udało mi się dokonać; to jednak ludzie, fani - gdziekolwiek są - są powodem, by grać. Jeśli poruszyłem kogoś w Polsce swoją muzyką - to wspaniale, to prawdziwa magia. Energia przekazana... energia odebrana. Moim polskim słuchaczom i wszystkim czytelnikom Hard Rock Service chciałbym powiedzieć jedno - słuchanie moich płyt jest dla mnie prawdziwym wyrazem miłości.
Oficjalna srona artysty: www.kaneroberts.com
Twisted 13.08.2009
(Wszystkie fotografie pochodzą z oficjalnej strony artysty i zostały użyte za jego pozwoleniem)
English version / wersja angielska
|