Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

JUDAS PRIEST - Nostradamus [2008]
Wydawca: Columbia Records / Epic Records

Dysk 1:
  1. Dawn Of Creation
  2. Prophecy
  3. Awakening
  4. Revelations
  5. The Four Horsemen
  6. War
  7. Sands Of Time
  8. Pestilence And Plague
  9. Death
  10. Peace
  11. Conquest
  12. Lost Love
  13. Persecution
Dysk 2:
  1. Solitude
  2. Exiled
  3. Alone
  4. Shadows In The Flame
  5. Visions
  6. Hope
  7. New Beginnings
  8. Calm Before The Storm
  9. Nostradamus
  10. Future Of Mankind
Nostradamus

Skład: Rob Halford - śpiew; Scott Travis - perkusja; Glenn Tipton - gitara, gitarowe syntezatory; K.K. Downing - gitara, gitarowe syntezatory; Ian Hill - gitara basowa
Gościnnie: Don Airey - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Glenn Tipton i K.K. Downing

"O nie, Judas Priest zaczął grać power metal", pomyślałem sobie, kiedy zobaczyłem tytuł i okładkę nowego dzieła tej legendy brytyjskiego heavy metalu. Tak źle na szczęście nie jest, okazuje się bowiem, że od galopad Nostradamus stroni, a jedynie ten album koncepcyjny porusza tematykę szesnastowiecznego proroka. I tutaj zespół zaskoczy słuchaczy, a szczególnie fanów, bo płyta jest bardzo wyważona, raczej wolna, wręcz mało metalowa, nawet Halford śpiewa inaczej niż dotychczas, unika używania najwyższych rejestrów ze swej cztero i pół oktawowej skali głosu, do tego jeszcze zaangażowano większą ilość klawiszy i zadbano o iście operową dramaturgię.

Na wstępie wspomnę, że krążek ukazał się w kilku wydaniach, w tym na podwójnym CD, potrójnym winylu i w edycji deluxe, gdzie dorzucono ponad 40 stronicową książeczkę. Uwagę zwraca bardzo dopracowana oprawa graficzna i chyba jest ona główną atrakcją całego wydawnictwa, muzycznie niestety płyta trochę nuży, bo jak na tak jednostajne granie mogłaby być po prostu krótsza. Dawn Of Creation jest w zasadzie takim dłuższym ilustracyjnym intrem, którego zadaniem jest wprowadzenie słuchacza w specyficzny nastrój. Jeśli słucha się tego wieczorem, a wokół jest cisza, to oczami wyobraźni możemy przenieść się w XVI wiek do Francji i wczuć się w klimat ówczesnych czasów. Płynne przejście i startuje Prophecy, jedna z lepszych pozycji w zestawie. Tu już są cięższe gitary, ale grają wolno, cieżkość bierze górę nad ostrością. Główny riff jest niczego sobie, na jego korzyśc świadczy podobieństwo do zagrywek z The Kiss Of Judas Stratovariusa, de facto z albumu, który też traktował o różnych "wizjach proroczych". Solówka także na poziomie, o ciągotach neoklasycznych, coś na kształt wolniej zagranego Malmsteena, zawodzą natomiast linie wokalne w refrenach. Rob po prostu dopasowuje się do partii gitar i szkoda, że nie postarał się lepiej. W efekcie zwrotki lepsze od refrenów. Odwoływałem się już przed chwilą do słynnej ekipy z Finlandii i muszę przywołać ją jeszcze raz, kiedy mowa jest o kolejnej pozycji, The Awakening. Znów pewne podobieństwa się nasuwają, zwłaszcza że struktury z wolniejszych utworów Finów są niemal identyczne z tym, co słychać tutaj. Tak więc swego rodzaju ballada, niezła zresztą, ale trzeba mieć specjalny humor, by tego słuchać nagminnie. Pozytywnie zaskakuje początek Revelations, gdyż ma w sobie coś z czasów Painkillera, szczególnie jak przypomnimy sobie A Touch Of Evil. Klimatycznie też jest tu pewna mieszanka czegoś, co brzmi jak AOR sprzed połowy lat '80, czy nawet ówczesny bliższy hard rockowi heavy metal. Podobają mi się tu aranżacje wokali Halforda, mimo iż nie wysila gardła, to współbrzmi to dobrze z gitarami i orkiestracją w tle. Dzieła zniszczenia dopełniają jeszcze akustyczne gitarki stylizowane na arabskie melodie, mało już oryginalne, ale pasujące do reszty oraz "painkillerowata" solówka, stanowiąca dla mnie nie lada atrakcję. Muzycy serwują nam najwyraźniej przeplatankę, bo dalej znów pozycja wolniejsza, czyli The Four Horsemen. Ponownie coś jak ilustracja do filmu o średniowieczu, co podkreślają jeszcze "kościelne" chóry, nadaloby się do "Imienia Rózy". W War na kolana powalają aranżacje symfoniczne i świetnie się tego słucha na wysokiej jakości sprzęcie Hi-Fi. Na myśl przychodzą scenerie rodem z filmu "Braveheart" i szczerze mówiąc, chętnie bym usłyszał tę ścieżkę na jakimś filmowym sountracku właśnie jako podkład pod nadciągające na pole bitwy wojska. Moja cierpliwość do tej płyty zostaje poważnie wystawiona na próbę wraz z kolejnym Sands Of Time. Króciutka miniaturka raz jeszcze w wolnym tempie, choć kompozycyjnie nie można jej nic zarzucić, to po prostu jeszcze jeden wolny kawałek na krążku zaczyna nużyć. Lepiej wypada Pestilence And Plague, utwór szybszy, w którym Halford wyśpiewuje refren po włosku, choć jego akcent przypomina raczej francuski. Muszę przyznać, że nieźle mnie tym ruchem wokalista zaskoczył, "Angole" niechętnie sięgają po języki obce, a tu proszę... Dodatkowy plus za dobrą solóweczkę, dobrze, że się jeszcze gdzieś takie gra. Niezła jest następna ścieżka, Death, pół na pół składająca się z ilustracyjnego intra utrzymanego w klimatach symfonicznego rocka/metalu progresywnego (mogłoby to nagrać np Royal Hunt, wplecione w numer dzwony robią wrażenie, z normalnym, acz niezbyt szybkim kawałkiem. Fajnie się tego słucha wieczorem. Wolno i mało ciekawie w Peace, Halford też się nie popisal tym razem, aż się prosi o skipa... W gusta starych fanów Judasa powinien trafić natomiast Conquets. Wprawdzie nia ma on tej specyficznej zadziorności co klasyki kapeli, to jednak stylistycznie nie odbiega on od nich jakoś szczególnie daleko. Nic dziwnego, muzycy zapewne starali się zachować pewną spójność wydawnictwa, więc i ten kawałek nie mógł dalece różnić się od reszty zestawu. Lost Love to ballada, a jakże, całkiem przyzwoita, chociaż "bożonarodzeniową" solówkę gitarzyści mogli sobie odpuścić, numer mógłby być także krótszy, rozwlekłość nie zawsze jest zaletą. Ciekawostką jest natomiast, jak dobrze zespół poradził sobie w tej jakże nie-metalowej stylistyce. Ponowny ukłon w stronę fanów i Persecution, czyli coś ostrzejszego, z wymiataną solówką. Zadziwiający jest fakt, że mimo iż jest to mniej ambitna kompozycja, to jest to też w moim mniemaniu jeden z najlepszych kawałków na płycie. Chyba najzwyczajniej w świecie właśnie albumu z takimi numerami oczekiwałem od Priesta. Solitude otwiera drugi krążek i znów jest to ilustracyjne intro, gdzie najbardziej podoba mi się ten mocniejszy akcent uderzenia w fortepian (zapewne "zemulowany" na klawiszach) za połową utworu. Ilustracyjnie, choć ostrzej, jest w Exiled. Ogólnie kompozycja przyzwoita, klimatyczna, razi trochę bardzo syntezatorowe brzmienie bębnów, ale całościowo numer się broni. Epicką balladą jest Alone i bardziej pasowało by to wszystko do jakiejś kompozycji o tematyce bitewnej. W sumie rzadko zwracam uwagę na teksty, muzyka jest dla mnie zawsze najważniejsze, więc zbytnio mi to nie przeszkadza. Shadows In The Flame wbrew tytułowi nie jest jakąś szaleńczo szybką ścieżką na płycie, wręcz przeciwnie, to jeszcze jedna ballada, nawet bardziej standardowa, bazująca na typowych podkładach z gitar akustycznych (świetnie brzmiących zresztą). Warto przysłuchać się, jak śpiewa tu Halford, bo gdybym nie wiedział, że to jego głos, pomyślałbym, że to jakaś hair metalowa formacja próbuje podbijać kobiece serca. Fani klasycznego Judasa "przebudzą się" wraz z Visions, kawałkiem, który chyba najbardziej przypomina stare krążki tej brytyjskiej grupy. Przynajmniej gitarowo, bo wokalnie Rob znów eksperymentuje, a jego eksperymenty przywodzą i na myśl dokonania kilku zespołów poruszających się w stylistyce rocka symfoniczno progresywnego. Nieco musicalowo brzmiące Hope zazwyczaj pomijam podczas odsłuchiwania krążka, jest dla mnie to za słodkie, aczkolwiek mam świadomość, że Halford pokazuje się tu znów od strony, od jakiej nikt go nie znał. Okazuje się, że to bardzo uniwersalny wokalista potrafiący zaśpiewać dużo więcej niż tylko heavy metal. New Beginnings trafia do mnie tylko gitarowo, linie wokalne są wprawdzie strawne, ale nie jestem pewien, czy wstawienie w tło chórów było dobrym pomysłem, nie jestem też przekonany tak do końca co do instrumentów klawiszowych. Zbyt kołysankowo, panowie, pewnych granic mimo wszystko nie powinno się przekraczać. Niesamowitym wyczuciem muzycy wykazali się natomiast w Calm Before The Storm, które brzmi tak, jakby za coverovanie ballad Rainbow wzięło się Royal Hunt. Z pewnością nie spodziewałem się, że tacy "rzeźnicy" jak Tipton i Downing wezmą się za coś takiego i że w dodatku tak dobrze im to wyjdzie. Po tytule poprzednika oczekiwać można sztormu i w zasadzie dostajemy "painkillerowatego" tytułowego Nostradamusa. Gitary bardzo satysfakcjonujące, szalejące solówki i całkiem zgrabna struktura samego utworu, jedyny minus to wokale w refrenie, miałbym co do nich tę samą uwagę, co do jednego z pierwszych numerów z tego krążka. Album zamyka mało zdecydowane Future Of Mankind, gdzie najlepszymi punktami są cytaty z przepowiedni wymawiane innym tonem głosu oraz orkiestracje z samej końcówki piosenki.

Płyta niby dobra, ma wiele mocnych stron, ale jestem niemal pewny, że jeszcze ze dwa lub trzy przesłuchania i odstawię ją na conajmniej kilka lat. Materiał przyzwoity, zaskakujący, dopracowany, ma jednak pewną wadę. Tą wadą jest strasznie duża rozwlekłość krążka, jego czas trwania jest po prostu za długi. O ileż lepiej słuchałoby się tego dzieła, gdyby było ono o połowę krótsze. Judas Priest ma się dobrze, spadku formy po tych wszystkich latach nie widać i pewnie jeszcze wynurzy się z jakimś konkretnym wydawnictwem. Mam nadzieję, że nie będzie to jednak album koncepcyjny i czekam na coś w klimatach Painkillera.

Oficjalna strona zespołu: www.judaspriest.com

Guitarrizer
wrzesień 2008