Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

JUDAS PRIEST - Angel Of Retribution [2005]
Wydawca: Sony / Phantom

  1. Judas Rising
  2. Deal With The Devil
  3. Revolution
  4. Worth Fighting For
  5. Demonizer
  6. Wheels Of Fire
  7. Angel
  8. Hellrider
  9. Eulogy
  10. Lochness
Bonusowy dysk DVD:
  1. Live Documentary from 'Reunited' Tour Summer 2004
  2. Breaking The Law
  3. Metal Gods
  4. A Touch Of Evil
  5. Hell Bent For Leather
  6. The Hellion / Electric Eye
  7. Diamonds & Rust
  8. Living After Midnight
Angel Of Retribution

Skład: Rob Halford - śpiew; Scott Travis - perkusja; Glenn Tipton - gitara; K.K. Downing - gitara; Ian Hill - gitara basowa

Produkcja: Roy Z

Recenzję tę najlepiej zacząć od słowa: WRESZCIE. Sam powrót Roba Halforda do swej macierzystej grupy, z którą zawojował świat, był nie lada świętem. Trasa koncertowa promująca to wydarzenie okazała się wielkim sukcesem, a wiadomość o nagrywaniu nowej płyty przez oryginalny skład Judas Priest rozpętała niejedną burzę na muzycznych forach. Wielkie nadzieje i barwne wizje snute przez fanów złaknionych nowego krążka Bogów Metalu musiały dopingować muzyków do tworzenia godnego materiału. Przecież heavy metal to grząski grunt, łatwo popaść w nim w śmieszność, stać się autoparodią, a im muzyk starszy tym bardziej mu to grozi. Angel Of Retribution wzleciał z wielką pompą. W mediach (w szczególności w internecie) zaroiło się od odzianych w zbroję aniołów, które podnosiły się z płomieni niczym mityczny Feniks. To rokowało nadzieje. W rezultacie otrzymaliśmy płytę, która z miejsca stała się obiektem sporów, bo to co dla jednych jest zaletą najnowszego wydawnictwa JP, dla drugich okazało się być wadą. Piątka metalowych weteranów zdecydowała się na posunięcie, które można by określić jako "dla każdego coś miłego". Postanowili pokazać tutaj różne oblicza Judas Priest, które przecież tak często ulegały zmianie. Już sama okładka śmiało nawiązuje do płyty Sad Wings Of Destiny (1975), tam anioł podnosił się nieśmiało, tutaj wznosi się z większą pewnoscią, gdyż świat (muzyki metalowej) zdaje się należeć do niego. Anioł jest odpowiednio odziany, co przywołuje skojarzenia z okładką płyty Painkiller (1990). No i mamy powrót starego logo. Kolejny zespół, który zrozumiał, że nie ma co kombinować, gdy ciągnie się za sobą brzemię własnej legendy. Judas Priest sięgnęli zatem pełną garścią do swojej własnej historii i stworzyli płytę inspirowaną wcześniejszymi swoimi dokonaniami. To podzieliło krytyków. Ja jednak pytam: Czego oczekiwaliście, szanowni koledzy po fachu? Ja chciałem świetnej muzyki i dostałem ją od uznanej firmy JP. A teraz po kolei, zobaczmy jak brzmią owoce tej swoistej autoinspiracji.

Judas Is Rising jest dobrym powitaniem, wyrasta z ciszy jak tytułowy (i okładkowy) anioł. Słychać, że zespół dwoi się i troi by udowodnić niedowiarkom, że wciąż są w formie i to najlepszej od lat. Gratuluję, bo te przeszło cztery minuty heavy metalowego hymnu potwierdza klasę Judas Priest. Majestatyczny śpiew Halforda, świetny refren plus niestrudzona spółka Tipton / Downing to gwarancja prawdziwego killera. A jesteśmy gdzieś w czasach płyty Painkiller... Deal With The Devil to jedna z tych "pieśni drogi" charakterystycznych dla Halforda i w pewnym sensie kojarząca się z jego solową twórczością. Przebojowy utwór okraszony doskonałym refrenem i tnącymi solówkami. Koncertowy pewniak. Dopiero trzeci utwór przynosi zaskoczenie. Ciężki i dość nowoczesny riff jest reminiscencją czasów Rippera. Urywane frazy w zwrotce są oczkiem w stronę tych, którzy oczekiwali "czegoś nowego", a posępny refren pierwszą kością niezgody wśród słuchaczy płyty. Dla mnie Revolution to absolutna bomba i pierwszy numer, którzy zwrócił moją uwagę. Po pierwsze, jest świeży, nie słychać w nim tego anachronizmu będącego dokuczliwą przypadłością większości heavy metalowych kompozycji. Murowany hit i jeden z najmocniejszych punktów albumu wraz z... Worth Fighting For. A Worth Fighting For to już klasycznie hard rockowy utwór. Panowie pozwolili sobie na odrobinę delikatności śmiało nawiązując do Desert Plains z Point Of Entry (1981). Również w warstwie tekstowej. Halford śpiewa z niezwykłą szlachetnością, gitarzyści wiedzą gdzie zamilknąć, a gdzie uderzyć mocniej. Znów mamy doskonały refren z powtarzanym zdaniem "Some Things Are Worth Fighting For". Piękne słowa i piękny, pełen przestrzeni, utwór. Byłby hit, gdyby muzycy zdecydowali się wypuścić "Worth"... jako singiel. Na każdej płycie Judas Priest jest jakiś szczególny komiksowy bohater. Invader, Steeler, Turbo Lover. Tutaj mamy aż dwóch, pierwszym z nich jest Demonizer. Złowrogi tytuł i takiż utwór. Znów kartki albumu Judasowskiego zatrzymują się na erze Painkillera. Gitary tną z niesamowitą pasją, Rob wykrzykuje kolejne frazy z piekielną zawziętością, Scott Travis nie oszczędza perkusji. Potęga. "Out Demons Out", ten okrzyk nie wypadnie wam z głowy już nigdy... Wheels Of Fire posiada kilka ciekawych momentów, takich jak świetny "zjazd" pod koniec refrenu. Sam refren także nie pozostawia wiele do życzenia, jednak całości brakuje tego czegoś. Utwór w założeniu miał płynąć jak Worth Fighting For, jest jednak zbyt grubo ciosany, brak tu tej ulotności, atmosfery przejażdżki. O ile Rob Halford stworzył dobrą ścieżkę wokalną, o tyle gitarzyści nie dali z siebie tyle na ile ich stać, co dało dość toporną całość. No i ballada, tego nie mogło zabraknąć na płycie Judas Priest. Tak dobry wokalista nie zaprzepaści okazji by naprawdę pośpiewać. Anioł jest piękny, tyle można rzec. Miłe nawiązanie do Before The Dawn z płyty Killing Machine (1978). Głos Roba Halforda jest wciąż czysty, wciąż imponuje a jego zdolność komponowania chwytliwych linii wokalnych, godna pozazdroszczenia. Takie cztery i pół minuty to prawdziwa uczta dla wytrawnego ucha. Niestety już Hellrider rozczarowuje i tym samym jest najgorszym utworem zamieszczonym na płycie. O ile w przypadku Wheels Of Fire można przyjąć, że się czepiałem, o tyle w tym przypadku nie toczę żadnych wewnętrznych bojów. Hellrider jest bardzo przeciętną kompozycją. Do bólu przewidywalny, pozbawiony jakiegoś pomysłu. Nawet wspaniałe sola gitarowe duetu Tipton / Downing nie są w stanie uratować tego utworu. Do negatywnej oceny utworu przyczynia się jeszcze Scott Travis bez wstydu i umiaru naparzający w dwie centrale, choć do samego utworu niezbyt to pasuje... Wybacz Scott, ale nie masz szesnastu lat, a to nie Twoja pierwsza perkusja i takie numery są już zupełnie zbędne. Gdyby Hellridera nagrał na przykład zespół Primal Fear (który sam w sobie jest dość marną kopią JP) nie kręciłbym nosem, ale jak na klasę Judas Priest to stanowczo za mało... Eulogy przypomina nam, że Judas Priest nagrali kiedyś takie płyty jak Rocka Rolla (1974) czy Sad Wings Of Destiny (1975). Prawdziwie mroczne trzy minuty, za pomocą sennego głosu wokalisty i tajemniczego brzmienia klawiszy wprowadzają nas wprost w toń jeziora Loch Ness... Tym samym dobrnęliśmy do ostatniego utworu na płycie i ostatniego punktu spornego między fanami i krytykami. Niektórzy powiadają, że Lochness się dłuży, drudzy mówią, że tak ma być, gdyż chodzi o budowanie klimatu, dobrnięcie do samego dna szkockiego jeziora, spotkanie z czającą się tam bestią. Ja przez całe trzynaście i pół minuty tego monumentu ani razu nie poczułem znużenia. Riff toczy się leniwie jak za dawnych dobrych czasów, gdy światem ciężkiej muzyki władał Tony Iommi, Halford wyśpiewuje niespiesznie wers po wersie by dotrzeć do zachwycającego refrenu, który raz zapamiętany nijak nie chce wypaść z głowy. Prawdziwy majestat muzyki metalowej przyprawionej odrobiną progresji w starym dobrym stylu (nie tej nowej, przesadzonej, gdzie liczy się popis i pościg wzdłuż i wszerz gryfu). Od początku do końca panuje podniosły klimat, nawet gdy pojawia się kilka chwil lirycznego wytchnienia. Szczerze? Dla mnie Lochness mogłoby trwać nawet 20 minut...

Jak to zwykle bywa przy końcu recenzji, przyszedł czas na podsumowanie. Nie wymaga ono zbyt wielu słów, bo tych nie skąpiłem sobie w głównej części tekstu. Zapytajcie mnie czy ta płyta Judasom się udała, ja odpowiem "Tak, udała się". Zapytajcie mnie czy na to właśnie czekałem, ja odpowiem "Na nic innego nie czekałem". Powiedzcie mi, że mam małe wymagania, a rzucę wam rękawice. Śmiało można rzec, że Angel Of Retribution to album ostatnich kilku lat, a jeśli o metal chodzi, to całego cholernego piętnastolecia.

P.S. Warto zaopatrzyć się w limitowaną, pięknie wydaną, wersję Angel Of Retribution. Na dodatkowej płycie znajdziemy czterdziestominutowy wywiad z muzykami połączony z ujęciami z trasy i siedem utworów Judas Priest w wersji live, które pokazują nam w jak doskonałej formie jest teraz zespół.

Oficjalna strona zespołu: www.judaspriest.com

BlackHeart
kwiecień 2004