|
Skład: Łukasz "Snake" Szemraj - śpiew; Kamil Kondracki - gitara; Jan "Jachu" Nawrocki - gitara basowa; "Misiek" Ślusarski - perkusja
Produkcja: Daniel "Schroder" Szreder
Jedna z nadziei polskiego hard rocka pochodzi z Warszawy i przybrała sobie jako nazwę Joy Machine. Grupę targają zmiany personalne (nawet w chwili obecnej muzycy szukają wokalisty), ale najważniejsze, że wciąż istnieje i właśnie wydała debiutancki krążek, choć wtajemniczeni wiedzą, że trwają prace nad jego następcą. Zespół sam reklamuje siebie jako polską odpowiedź na Skid Row i Guns N' Roses, trzeba przyznać, że coś w tym jest.
Joy Machine powstało w kwietniu 2006 roku pod wpływem inspiracji sceną hard rockową i heavy metalową lat '80 i wczesnych '90. Grupa stawia na żywiołowość, stąd też jest bardzo aktywna koncertowo; chłopaki zagrali na żywo już kilkadziesiąt razy, m. in. u boku Black River i Kruka, które to kapele także zdobywają w kraju coraz większe uznanie. Latem 2006 r. muzycy zarejestrowali trzyutworowe demo (wszystkie 3 piosenki znajdą się później na debiutanckim krążku formacji), torując sobie tym samym drogę do szerszej publicznej prezentacji, czego efektem był nawet udział w programie "N-Style" w MTV. Rok 2007 to znów koncerty i praca nad materiałem na pierwszy krążek, w międzyczasie na jednym z przeglądów w Gdańsku gitarzysta grupy zdobywa nagrodę dla najlepszego wioślarza. Ważnym rokiem w historii grupy jest 2009, bowiem w styczniu ekipa zajmuje trzecie miejsce w konkursie Hard Rockin' Battle 2009, mającym na celu wyłonienie najlepszych zespołów polskiej sceny rockowej, no i finalnie album ... To Be Rock And Not To Roll... ukazuje się w grudniu 2009 r. Z braku wydawcy zespół decyduje się na jego umieszczenie w Internecie, skąd wszyscy zainteresowani mogą materiał pobrać i się z nim zapoznać. Pierwszy utwór z zestawu, B.O.F., to solidna dawka czystego rock'n'rolla, podanego w amerykańskim stylu. Nieuchronne wydają się tu porównania do Skid Row, bo kawałek nosi wiele cech z Sweet Little Sister i Livin' On A Chain Gang, a spora w tym zasługa wokalisty, który upodobał sobie niegrzecznego Sebę za wzór do naśladowania. Da się też wychwycić pewne inklinacje ku sleaze rockowi, może nawet punkowi (w partiach gitar gdzieniegdzie). Uff, chociaż jedna polska kapela, w której graniu nie słychać Lady Pank ;). W Joy Machine gitarzysta postawił sobie za cel "powykręcanie" riffów i tym ruchem zaskarbił sobie zresztą moje uznanie. Reszta muzyków gra poprawnie, przyczepiłbym się tylko do brzmienia całości, które do poprzedniej kompozycji pasowalo dobrze, a tutaj aż prosi sie o podkręcenie basów i sopranów, a zabranie środka. Rock'N'Roll Freak to kolejny numer na światowym poziomie, w dodatku z rewelacyjnym refrenem. Jak dla mnie, to chłopaki tutaj załatwili na amen takie kapele jak Velvet Revolver, bo grają w podobnym stylu, a mają... lepszego wokalistę! Czuć przy tym żywioł i rozładowanie dużych pokładów energii. Jednym z nagrań pochodzących jeszcze z czasów demówki jest Confession Of Obsession. Typ zagrywek i brzmienie sugerują, że jest to produkcja na podobnym poziomie, co wiele kapel zachodnich, które nie zdążyły wydać krążków na początku lat dziewięćdziesiątych, a które teraz z powodzeniem wypuszczają wytwórnie Suncity czy Retrospect. Nie wiem czemu, ale tytuł Efficient Death Order od razu skojarzył mi się z filmem "Final Destination", gdzie bezosobowa i niewidzialna śmierć na różne sposoby zabierała bohaterów na tamten świat. Sam numer oczywiście z filmem owym nic wspólnego nie ma. Podoba mi się tu ta wstawka w środku z partiami delikatnie przesterowanej gitary, ot, taka balladowa dygresja wewnątrz ostrego kawałka, której tu kompletnie bym się nie spodziewał. Rolę ballady pełni na płycie Living Dreams, choć muszę uprzedzić fanów typowych pościelowek z lat '80, że to nie jest do końca ten typ utworu. Sporo tu elementów ostrych, nie brakuje chociażby sztucznych flażoletów (mnie to odpowiada, nie wiem, co na to płeć piękna). Najeżone jest nimi także Lost Night Butterfly, ale to nie jedyna atrakcja, zespół przemycił tu jeszcze kilka ciekawych riffów. Nagranie ostre jak brzytwa, przy tym dość ciężkie, nawiązujące do klasycznego hard rocka, muzycy nie zamierzają najwyraźniej ani trochę zbliżać się ku muzyce pop i w tym przypadku idzie to na plus. Wstęp do Dance Of Senses jest wręcz rewelacyjny, pojawia się ballada zagrana na brzmieniu podobnym do Pantery i Megadeth i trochę szkoda, że zespół nie przeciągnął tego motywu o kilka taktów dłużej. Reszta utworu też jest wysokich lotów, chociaż utrzymana w zupełnie innym klimacie. Podoba mi się m. in. pomysł z wykorzystaniem centralek przez Miśka, rzecz wprawdzie w hard rocku rzadka, ale na "starych metalach" robiąca wrażenie. Wraz z Unspoken grupa powraca w stylistykę bardziej typowego rock'n'rolla, choć rytmicznych zakrętów nie brakuje. Chłopaki nie idą na łatwiznę i kombinują, co wcześniej czy później musi zaowocować. Głowy nie dam, ale wydaje mi się, że wioślarz należy do fanów gry Nuno Bettencourta, bo to ten pan chętnie ciosał takie hard rockowe łamańce... One Night to jedna z moich ulubionych kompozycji z setu, głównie z racji występowania interesujących linii melodycznych w partiach wokalnych, aczkolwiek gitary chodzą tu na światowym poziomie i zdziwiłbym się, gdyby mając w składzie tak sprawnego technicznie gitarzystę zespół nie zrobił kariery. Znów dominuje granie ostre, raczej szybkie i pełne energii, czyli firmowe danie od szefa kuchni. U podstaw Game leży garść killerskich riffów, szkoda tylko, że niektóre partie wokalne, choć same w sobie niezłe, nie za bardzo pasują do tego numeru. Piosenkę wybrano do promowania krążka i nakręcono do niej teledysk, który można obejrzeć w serwisie YouTube. Więcej panienek, wybuchów, pościgów, plus Brad Pitt i byłby kinowy hit ;). Z balladowym początkiem startuje ostatnie w zestawie My Way..., lecz sytuacja ta długo się nie utrzyma. Dalej mamy numer balansujący gdzieś pomiędzy sleaze rockiem a Van Halenem, z pewnymi momentami podchodzącymi pod Bad English czy White Lion. Amatorzy wysokich dźwięków wydobywanych z gitary powinni byc usatysfakcjonowani.
Debiut Joy Machine to przede wszystkim porządna dawka hard rockowych gitar. Niby wiosło w składzie tylko jedno, ale jego obsługa dwoi się i troi, by sprawić wrażenie, jakby wioślarzy było dwóch. Materiał jest dość różnorodny, rockowy i bardzo dobrze, bo chłopaki nie serwują ani popowej papki, ani nie tworzą nu-metalowego hałasu. Kto lubi mieszankę Skid Row, Extreme i Van Halen, niech po krążek sięga śmiało.Kiedy traficie na ich koncert, nie zapomnijcie muzykom postawić browara.
Oficjalna strona zespołu: www.joymachine.net
Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/joymachineband
Guitarrizer grudzień 2009
|