|
Skład: Neal Schon - gitary, chórki; Deen Castronovo - perkusja, chórki; Arnel Pineda - śpiew; Jonathan Cain - instrumenty klawiszowe, gitary, chórki; Ross Valory - gitara basowa, chórki
Produkcja: Kevin Shirley
Recenzenci łatwego życia nie mają, mówię Wam! Z ton nowych płyt, które co roku lawinami wypływają z wydawnictw muzycznych musimy bardzo drobnym sitem odsiać najpierw to, co rockiem się zwie, zweryfikować, czy oby na pewno nazwę tego znamienitego gatunku nosić jest godne, a później posłuchać i zdecydować czy "to jest właśnie to". Tutaj jeszcze nie koniec, bo po odrzuceniu plew z tego ziarna chleb trzeba upiec, choć bardziej podoba mi się porównanie z cyklu "uwarzyć piwa z tego chmielu", ale chmielu się chyba nie plewi... Nie wiem, ja konsumuje już w ostatecznej formie. Wracając do tematu, łatwiej mają takie lenie jak ja, które wyszukują tylko to co lubią, od reszty odgradzając się wysokim murem, choćby takim chmielowym. Skoro już o starym dobrym mowa, to niechaj poświęci drogi czytelnik czasu chwilę, by zapoznać się z najnowszym dziełem starych, dobrych klasyków z Journey.
Samo wydawnictwo robi wrażenie, bo oprócz wydania dwupłytowego istnieje również takie z płytą DVD Live in Las Vegas March 2008, ale nas to nie dotyczy, bo panowie taką niespodziankę zafundowali tylko rodakom. Ponieważ druga płyta została potraktowana jako kompilacja "The best of" remakeów, skupię się na opisaniu nowego materiału, bo to przecież jest najistotniejsze. Revelation zawiera 11 nowych numerów i jak to na Journey przystało, jest coś dla każdego, ale po kolei. Zaczyna się mocno i wesoło, czyli żadnego zaskoczenia, takich kawałków jak Never Walk Away oczekiwał po nowym albumie każdy zatwardziały fan. Neal Schon, przyznaje, że szukając nowego wokalisty, miał nie lada problem. Chciał znaleźć kogoś, kto dawałby sobie radę z klasycznym materiałem w podobnej barwie głosu, ale jednocześnie umiałby dodać do Journey coś od siebie. Arnel spełnił wszystkie oczekiwania i oto jest. Nie trudno się dziwić liderowi, który nie chce zmienić utartego profilu klasyka gatunku, ale wielkie brawa za to, że mu się to udało. Arnel Pineda ma głos doskonale komponujący się z twórczością Journey, przez co ktoś nawet obyty z hitami zespołu może mieć trudność w skojarzeniu zmiany wokalisty. No i chyba o to chodziło. Żeby kupić nowego człowieka w składzie klasyków potrzebowałam jeszcze, oprócz hitowego wstępu, delikatnej, sympatycznej kompozycji. Like A Sunshower dopełnia przekonania o trafności wyboru frontmana. To jeden z tych kawałków, przy którym trudno nie zakołysać ramionami w takt zniewalających chórków i przygrywek fortepianowych. Dalej znowu na wesoło, czyli to, w czym panowie zawsze byli najlepsi. Numer jakich w dorobku grupy jest na kopy, miły uchu, łatwy i przyjemny do słuchania. Wildest Dream to już inna bajka. Zaczyna się ostro i zdecydowanie. Urywana linia wokalna dodaje nowoczesności temu i tak u trzymanego w klasycznej konwencji utworowi. Gitara na orientalnym przesterze w tle czyni refren najciekawszym fragmentem Wildest Dream, a popisówka pod koniec zapiera po prostu dech. Faith In The Heartland otwiera zagrywka w stylu Noruma, która powtarza się kilkakrotnie w czasie trwania kawłka. Tonowana, wręcz oszczędna linia wokalna sprawia wrażenie, jakby wokalista postawił sobie za zadanie nie przekraczać wysokości pewnego dźwięku, aż do czasu solówki. Momentami, zwłaszcza w refrenie, kiedy spodziewać mogłoby się jakiegoś popisu, to oczekiwanie staje się po prostu denerwujące, ale to tylko na początku, bo później Arnel daje upust pełni swoich możliwości, po prostu niesamowite. Grunt to potrafić wzbudzić w słuchaczu emocje... jakie by nie były, ale emocje. Tutaj jest gdzie poszaleć, bo Faith In The Heartland trwa prawie 10 minut! Chyba najpiękniejszym momentem jest ten w okolicach siódmej minuty, kiedy akcja nagle spowalnia, wydawać mogłoby się, że to już koniec, ale nie... świetne chórki zabawiające się skalami z popisem perkusyjnym w tle - dopiero kiedy ten punkt dojdzie do końca, kończy się i cały utwór - mistrzostwo! Teraz na ostudzenie emocji, kolejna ballada, tym razem już rasowa pierzynówka. After All These Years to nie tylko wspaniałe tło do scen łóżkowych, ale i niesamowicie poetyckie spojrzenie z perspektywy czasu na miłość, ukraszone pięknymi motywami klawiszowymi i równie zachwycająca solówką. Gdyby mnie pod balkonem ktoś zaśpiewał ten numer, musiałoby mi skamienieć serce, żeby nie wpaść natychmiast w jego ramiona. Łza się w oku kręci, ale wystarczy. Wracamy do hitów z nieco mocniejszej półki. Riff rozpoczynający Where Did I Lose Your Love zapowiada już jeden z najlepszych kawałków na Revelation. Temat niby ten sam, bo znów do czynienia mamy z miłością, ale jakże z innego punktu widzenia rozpatrywaną. Słuchając wokalu, uznaję, że ten kto wymyślił YouTube, zasługuje na nagrodę Nobla w dziedzinie muzyki rockowej. To właśnie na tym serwisie Neal Schon znalazł swojego nowego piejcę. Tego, co młody muzyk wypracował w refrenie Where Did I Lose Your Love nie da się opisać słowami. Pomysł swoją drogą, ale wykonanie powala na nogi. Jeśli zestawić to z narastającym napięciem stworzonym w przedrefrenie i genialnym tłem zarówno instrumentalnym jak i głosów ludzkich, mamy do czynienia z prawdziwym hitem! Tak, to zdecydowanie mój faworyt i choćby dla tych 5 minut warto zapoznać się z Revelation. Ponownie kolej na zadumę. Wyznaczając poprzeczkę wysokości After All These Years, wysunięcie do konkursu kolejnej ballady to bardzo ryzykowny krok. What I Needed nie brakuje niczego. Utrzymana jest w klimacie heroizmu i wysokich nut, jednak jest jej trudno dorównać starszej siostrze. What It Takes to Win to jedno z dań specjalnych szefa kuchni Journey. Chwytliwy, od początku do końca bardzo melodyjny, ze wspaniale nadającym się do powtarzania i łatwo wpadającym w ucho refrenem zajmuje w moim ranking wysokie miejsce. Szczególnie podoba mi się tutaj zastosowanie delaya przez wokalistę. Jest tak jak powinno być, bardzo profesjonalnie, wszystko na miejscu. Tutaj nie ma miejsca na błędy i przesłodzenie. Patrząc już tylko na listę członków zespołu, zarówno tych obecnych, jak i tych, którzy się przez niego przewinęli, nawet ktoś, kto jakimś cudem tyle lat uchował się bez znajomości repertuaru zespołu dojdzie do wniosku, że to czysta doskonałość, oparta na doświadczeniu. Arnel Pineda żegna się z nami w Turn Down The World Tonight. Ballad na Revelation jest sporo, ale wyboru najlepszej już dokonałam i nawet prześliczne klawisze w tle nie skuszą mnie do przemyślenia tej decyzji. To już ostatni kawałek, w którym nowy wokalista miał okazję pokazać się starym słuchaczom. Na zakończenie najnowszego dzieła, panowie z Journey przygotowali cos niezwykłego - twór instrumentalny. The Journey (Revelation) to potwierdzenie dominacji gitarzysty po wsze czasy. Do tej pory nie często spotykaliśmy się z takimi kompozycjami w wykonaniu powyższego składu. Trudno spodziewać się jej podobnych u zespołu grającego wesołą, łatwą i przyjemną muzykę, w której dopiero po kilkukrotnym przesłuchaniu można dopatrywać się ambicji twórczych i wspomnianej już wcześnie doskonałości. W przypadku Revelation Schon postanowił nie skazywać słuchaczy na kilkukrotne przesłuchiwanie albumu i szukanie drugiego dna, a postawił kawę na ławę i oto zaskakujący rezultat - naprawdę dobry, journeyowski instrumental.
Prawdę powiedziawszy wcale się nie dziwię, że w tak szybkim tempie Revelation zajął 1 miejsce w amerykańskim Billboard.com. Tylko żeby się chłopakom w głowach nie powywracało, bo fotografowanie się z obdartuchami ze Slipknota już uważam za niepokojący objaw. Sama płyta startuje o miano najlepszej w tym roku, ode mnie na pewno taki tytuł otrzyma. Nic dodać nic ująć, po prostu słuchać!
Oficjalna strona zespołu: www.journeymusic.com
Nienor wrzesień 2008
|