Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

JOURNEY - Eclipse [2008]
Wydawca: Nomota LLC / King Japan / Frontiers Records

  1. City Of Hope
  2. Edge Of The Moment
  3. Chain Of Love
  4. Tantra
  5. Anything Is Possible
  6. Resonate
  7. She's A Mystery
  8. Human Feel
  9. Ritual
  10. To Whom It May Concern
  11. Someone
  12. Venus (instrumental)
  13. Don't Stop Believin' (live in Manila) [japoński bonus]
Eclipse

Skład: Neal Schon - gitara prowadząca, chórki; Deen Castronovo - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki; Arnel Pineda - śpiew; Jonathan Cain - instrumenty klawiszowe, gitara rytmiczna, chórki; Ross Valory - gitara basowa, chórki

Produkcja: Kevin Shirley, Neal Schon i Jonathan Cane

Czasem nachodzi mnie na zastanawianie się, jak to jest, że lubiące przecież rocka, nasze polskie audytorium omija znakomitą większość ukazujących się rokrocznie płyt i skupia się tylko na tym, co jest modne, łatwo dostępne i znane wszystkim na tyle, by nie trzeba się wysilać przy przedstawianiu innym, kto lub co zacz. Dumam nad tym, kto jest winien takiej sytuacji. Chyba tak naprawdę my wszyscy, a największą winę ponoszą takową muzykę prezentujący. Przeróżni pseudospecjaliści, pseudofani czy wreszcie mieniący się dziennikarzami muzycznymi ludzie, którzy zaledwie liznąwszy dźwięków i wiedzy uznają się za guru w tej dziedzinie. Mam żal do nich o to, że tyle wspaniałych płyt nie doczeka się recenzji czy choćby wzmianki.

Rozumiem doskonale fakt, że przecież o wszystkim nie można i nie da się pisać. Tego jest za dużo. Nie jestem jednak w stanie pojąć, dlaczego wybiera się prezentowanie czegoś, co jest przeciętne, przaśne i za rok, a góra kilka sezonów zniknie z muzycznej sceny tak szybko, jak się na niej pojawi. Nie rozumiem ograniczania się do kilku uznanych muzycznych firm i podniecania się każdą pierdołą z nimi związaną. Przecież można zamiast tego zająć się fajnym tematem, poszukać czegoś, co jest równie dobre, a nawet lepsze, zyskuje uznanie renomowanych periodyków, przychylność krytyków i wywołuje gęsią skórkę fanów. Weźmy na warsztat takie Journey. Ilu ludzi w Polsce zna ten zespół? Stawiam dobrą wódkę, że grono fanów tego zespołu w naszym kraju jest bardzo wąskie. A potem się dziwią wszyscy, że wielkie, uznane firmy nas omijają. A dla kogo mają grać? Dla garstki zapaleńców? Oprócz tego, że zespół gra świetną muzykę, to jest także przedsięwzięciem, biznesem, który musi na siebie zarobić, a przy okazji wykarmić cały sztab ludzi, którzy z tym zespołem bezpośrednio współpracują. Tak, w naszym kraju mamy wielu fanów melodyjnego rocka. Mogłoby być ich całe legiony, gdybyśmy wszyscy razem zaczęli się o to starać. Niestety nasza polska mentalność, chodzenie na łatwiznę i lenistwo znakomitej większości pseudo dziennikarzy sprawia, że minie wiele lat, zanim zacznie zmieniać się na lepsze. Nie docenia się u nas znakomitych płyt, wolimy się zadowalać byle czym, a obcowanie ze wspaniałą muzyką spychamy na daleki plan. I rzadko tam zaglądamy. Mimo że jak zapewne słusznie podejrzewam, nowy krążek Journey, zatytułowany Eclipse nie odbije się szerokim echem w Polsce, postaram się Was zachęcić do zapoznania się z nim. Jak się nietrudno domyśleć, za promocję dzieła odpowiedzialna jest wytwórnia Frontiers Records. Wydany po trzyletnim milczeniu album ukazał się 24 maja bieżącego roku. To już 14 w ich długoletniej i burzliwej karierze. Troszkę żałuję, że City Of Hope wybrano na singla. To nie jest zły kawałek, wszystko ma na swoim miejscu, ale chyba można było wybrać inne spośród zawartości tego LP. Trzeba przyznać jednak, że te gitary mogą się podobać. Kto mi powie, jaką logiką kierował się Neal Schon nie wybierając Edge Of The Moment na singla, ma u mnie duże piwo. To znakomity numer, wręcz charakterystyczny dla tego zespołu. Całości dopełnia fajny, melodyjny refren. A tak w ogóle to z melodyjnością tej płyty jest nieco inaczej. Kto posłucha sobie najpierw wcześniejszej Revelation, może się nieco zdziwić. Niby wszystko jest takie samo, ale jednak inne. Patenty stricte hard rockowe wymieszano z niemal progowymi wstawkami, a do tego od czasu do czasu zespół dokłada mocniej do pieca. Tak jak w Chain Of Love, który z pewnością należy do najlepszych utworów na tym wydawnictwie. Ładny, melodyjny wstęp, który stopniowo z łagodnego początku rozpędza się, nabiera mocy, by po chwili czarować wspaniałym refrenem. Takie intra potrafią pisać tylko Jonathan Cain do spółki z Arnelem Pinedą. Gdy potem wkracza reszta zespołu, słowa są zbędne. Wystarczy tylko słuchać. Na pewno będzie żelaznym składnikiem każdego koncertu Journey. Tantra to świetna ballada, która bardzo przypomina te pisane w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Doprawiona tu i ówdzie progowymi wstawkami. No i tak bardzo w niektórych momentach pachnąca dokonaniami Toto... To mógłby być kolejny numer, który należało wybrać do promocji płyty. Drugim singlem, który także można było łatwo zastąpić lepszym jest Anything Is Possible. Niech ktoś mi wytłumaczy, dlaczego wybrano zupełnie przeciętny kawałek zamiast kolejnego, o którym za chwilę będzie mowa? Jasne, słucha się go lekko, łatwo i przyjemnie. Nie gryzie, nie kopie i tak dalej. Ale czy to jest to, czego należy oczekiwać od utworu promocyjnego? Chyba raczej nie do końca. Prosty numer z banalnie prostym tekstem, tyle że ładnie wykonany. Tuż po nim wkracza mega zajebisty Resonate. Znów czarują Cain z Pinedą. No, te tła, które razem wymyślili, są niesamowite. Jeśli ktoś prosiłby o podanie definicji terminu "mistyka", to odesłałbym go do tego kawałka. Wspaniałe nagranie, moim zdaniem najlepsze i to właśnie ono powinno zostać wybrane na jedynego singla promującego Eclipse. She’s A Mystery to chyba najbardziej radiowy numer na całym LP. Troszeczkę przypomina poprzednią balladę, pozbawiono ją tylko pewnej charakterystyczności. Miły dla ucha utwór, ale tylko tyle. Fajny wstęp na perkusji wita nas w Human Feel. Nieco taki purpurowy w klawiszach numer, choć podobieństwa tylko na tym się kończą. Warto zwrócić po raz kolejny uwagę na mocno brzmiące gitary. Następujący po nim w swym nastroju Ritual przypomina dawne dokonania zespołu. Mi jakoś tak namolnie kojarzy się ze słynnym Be Good To Yourself. Dobry rockowy utwór, choć jakoś tak bez specjalnej rewelacji. Może nawet mnie drażni. W strefę ballad znanych z ubiegłego wieku wkraczamy ponownie za sprawą To Whom It May Concern. To już wszystko było i nierzadko lepiej, choć i tu może się podobać. Warto zwrócić uwagę na ładne, gitarowe solówki. Z kolei niemalże klasyczną ścieżką dla Journey jest kolejny utwór, którym jest Someone. Bardziej obeznanym fanom ta piosenka może kojarzyć się z okolicami takiego Arrival And Revelation. Wiecie, o czym mówię? Album zamyka ładnie zatytułowany Venus. Świetny, po brzegi wypakowany emocjami i z mnóstwem progowych momentów, w pełni instrumentalny numer. No, może poza wyjątkiem tego okrzyku, który pojawia się w pewnym momencie.

Podoba mi się to wydawnictwo, choć zdaję sobie sprawę, że dotrze ono do niewielu odbiorców. Jeszcze mniej je doceni. Nie ma tu tego wszystkiego, co było dla tego zespołu typowe, oczywiste i przewidywalne. Choć momentami może nużyć, to więcej jest tu takich, hmmmm, bardziej zdecydowanych czy może nawet drapieżnych fragmentów, to wciąż są one podane w opakowaniu i otoczeniu ładnych, łatwo wpadających w ucho i zapamiętywalnych melodii. Za konsoletą zespół posadził pana Kevina Shirleya, choć procesu produkcji od czasu do czasu doglądali także Neal Schon oraz Jonathan Cain. Z pewnością wtrącili oni swoje przysłowiowe "pięć groszy" do ostatecznego miksu i brzmienia płyty. Troszkę dziwna ta płyta, ale wciąż przyciągająca ucho. Tak jak wspomniałem, typowe Journey to nie jest, ale posłuchać warto. Nota w granicach 8/10.

Oficjalna strona zespołu: www.journeymusic.com

Vincent
czerwiec 2011