Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

JORN - The Duke [2006]
Wydawca: AFM Records / Candlelight / Marquee Inc.

  1. We Brought The Angels Down
  2. Blacksong
  3. Stormcrow
  4. End Of Time
  5. Duke Of Love
  6. Burning Chains
  7. After The Dying
  8. Midnight Madness
  9. Are You Ready
  10. Starfire
  11. Noose [japoński bonus track]
The Duke

Skład: Jørn Lande - śpiew; Jørn Viggo Lofstad - gitara; Tore Moren - gitara; Morty Black - gitara basowa; Willy Bendiksen - perkusja
Gościnnie: Ronny Tegner - instrumenty klawiszowe w [10]; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Espen Mjoen - gitara basowa w [10]; Siri Kristoffersen - perkusja; Stian Kristofferson - perkusja w [3, 7, 10]

Produkcja: Jørn Lande

Jorn dołączył do grona artystów, o których w zasadzie ciężko napisać cokolwiek nowego. Solowo wydał kilka podobnych do siebie pod względem stylistycznym płyt, w międzyczasie został okrzyczany "nowym Coverdalem" czy "drugim Dio", poniekąd słusznie. Stara gwardia dobrych wokalistów się pomału wykrusza, a pan Lande rokuje jeszcze na jakiś dluższy czas.

Sam polubiłem muzykę tego Norwega dość późno, dobrych kilka lat po tym, jak zaczęło się robić o nim głośno. Pierwotnie jego twórczość jakoś mnie nie zainteresowała, nie wiem dlaczego, finalnie jednak trafiły do mnie takie krążki jak choćby Spirit Black (moim zdaniem najlepszy z całej dotychczasowej dyskografii). Dziś postanowiłem sobie przypomnieć album o tytule The Duke, pozycję bardzo chwaloną przez fanów Jorna. Zanim przejdę do opisywania płyty, kilka uwag w kwestii formalnej. Na wydawnictwie pojawia się znany z TNT basista Morty Black, który zastępuje tu Magnusa Roséna (basista wypożyczony z szeregów HammerFall zagrał jednorazowo tylko na wcześniejszym krążku). Bardziej istotną rzeczą jest zatrudnienie dwóch gitarzystów - może dla brzmienia studyjnego nie ma to większego znaczenia, bo zawsze można przecież dograć nakładki, lecz na koncertach daje to większe możliwości. Obaj panowie grali już wcześniej z Lande, ale tylko każdy z osobna. The Duke rozpoczyna się od ostrego, ale zarazem dość melodyjnego hard rockowego utworu We Brought The Angels Down. Raczej wolno i cieżko, a właśnie w takim repertuarze najlepiej może się wykazać głos Landego. Jakieś echa i nawiązania do twórczości Dio, chociaż wokalnie Jorn nie uderza po najwyższych rejestrach. Przyczepiłbym się tylko do solowki, która jest bardziej heavy metalowa niż rockowa. Interesującym nagraniem jest Blacksong probujące balansować gdzieś pomiędzy stylistyką Dokken i W.A.S.P., co się sprawdza. Tu również postawiono na ciężkość i powolność - dla mnie to zaleta, bo gdybym chciał galopad z tym gardłowym za mikrofonem, sięgnąłbym po Masterplan. Gitarowe solo już znacznie lepsze niż w pozycji wcześniejszej. Tempo podkręcamy wraz z Stormcrow. Tu wokalnie Jornowi bliżej do Coverdale'a, a gitarowo panowie prezentuą coś jak u Ozzy'ego Osbourne'a na płycie No Rest For The Wicked. Nie wiem czemu, ale lubię takie granie. Niesie ono ze sobą dużą dawkę energii i działa na mnie lepiej od Red Bulla i tym podobnych dopalaczy. O, i solówki robią się coraz lepsze! End Of Time zaczyna się od mówionych wstawek, do jakich przyzwyczaiło nas Queensrÿche, a dalej pojawiają się elementy zapożyczone z innych gatunków. Mamy więc tu coś z epickiego metalu na wzór HammerFall w partiach śpiewanych, gitarowo momentami coś z Black Sabbath, czasem z bardziej progresującego heavy metalu, a nawet jakieś zaśpiewy na modłę modern rockową. Podoba mi się to, ale na kolana padał nie będę. Perkusyjny wstęp do Duke Of Love jak bym już gdzieś słyszał, ale nie przypominam sobie, gdzie. Potem rusza niczego sobie hard rockowy numer, z prostymi acz przyjemnymi dla ucha gitarkami (kojarzą mi się one tak na marginesie z Osbournem z początku lat '90) i panem Lande śpiewającym "pod Roberta Soeterboeka". Burning Chains to w zasadzie ballada, która w swej dalszej części nabiera pomału ostrości. Szczerze mówiąc, podoba mi się ta część grana na czystych brzmieniach gitar, a ta ostrzejsza jest już taka sobie. Mimo wszystko utwór uważam za bardzo udany. After The Dying to coś dla fanów 2xBlack, czyli Black Sabbath i Black Label Society. Gitarowo nieszczególnie mi to podchodzi, za to podziwiam wszystkie wspaniałości, jakie tu ze swym głosem robi Jorn. Myślę, że fani talentu wokalnego Davida Coverdale'a z jego najlepszych czasów będą tutaj także wielce ukontentowani. Ciężki i wolny, gitarowy hard rock mamy z kolei w Midnight Madness. Ten kawałek przywodzi mi trochę na myśl dokonania grupy Fozzy. Nie jest to coś, co by łechtało mój gust, ale "skipem" też tego nie potraktuję, nie skoczę od razu do następnej ścieżki. No i czas na cover z repertuaru Thin Lizzy, klasyka Are You Ready. Nie wiem, co mam w tym miejscu napisać. Gitarowo dużo bardziej podoba mi się oryginał, za to wokalnie chyba lepiej wypada wersja zespołu Jorna. Całościowo przeróbka brzmi oczywiście dużo ostrzej od pierwowzoru, ale to pewnie celowy zabieg, by numer zintegrował się z resztą materiału na wydawnictwie. Starfire to ni mniej ni więcej tylko nowe wykonanie tytułowej kompozycji z debiutanckiego, solowego krążka Jorna. Ciężko nawet porównywać jedną wersję z drugą, bo brzmią jak dwie zupełnie różne piosenki. Na debiucie brzmiało to nader łagodnie i podchodziło nawet pod AOR, a tutaj mamy ciężkiego hard rocka. Datego osobiście traktuję je jako twory niezależne. Japończycy dostali jeszcze bonusowe Noose, będące coverem nagrania progresywnej ekipy ARK, gdzie śpiewał zresztą i Jorn. Moje wydanie płyty tej piosenki wprawdzie nie posiada, ale od czegóż są takie serwisy jak YouTube? Posłuchałem sobie obu wersji, oryginału i coveru. Wnioski: oba wykonania są dobre, nowa wersja jest ostrzejsza, za to oryginał moim zdaniem ma lepszy klimat, jest jakby bardziej nastrojowy i tajemniczy.

Większość materiału z tego krążka jest bardzo satysfakcjonująca. Wiele nawiązań do klasycznego hard rocka, tyle że podanego w nieco nowocześniejszej, przystosowanej do obecnych czasów formie. Dla fanów wokalnego talentu Jorna Lande rzecz absolutnie obowiązkowa, a dla miłośników prawdziwego hard rocka jak najbardziej wskazana. Polecam.

Oficjalna strona wykonawcy: www.jornlande.com

Guitarrizer
luty 2011