|
Skład: Jorn Lande - śpiew; Tore Moren - gitary; Sid Ringsby - gitara basowa; Jimmy Iversen - instrumenty klawiszowe; Willy Bendiksen - perkusja
Produkcja: Jorn Lande
Wygląda na to, że Jorn Lande nie zamierza przepuścić ani jednego roku bez wydania płyty, lub też pragnie wydawać nowe krążki tak długo, jak długo tylko jego gardło będzie sprawne. W ubiegłym roku spodobał mi się jego album Lonely Are The Brave, więc z ciekawości sięgnąłem też po Spirit Black i czuję się nad wyraz usatysfakcjonowany. Nowe dzieło tego norweskiego wokalisty okazuje się być nie tylko godną kontynuacją poprzednika, ale też płytą jeszcze od niego lepszą.
Jak to zwykle u Jorna bywa, materiał prezentowany na wydawnictwie to mieszanka klasycznego hard rocka z melodyjnością lat '80, co mnie akurat odpowiada. Skoro ta formuła się sprawdza, to po co by ją zmieniać? Do takiego samego wniosku najwidoczniej doszedł też i wokalista, więc zatroszczył się o to, by brzmienie krążka było niemal identyczne jak wcześniej. W tym celu ponownie doszło do współpracy Norwega z Tommym Hansenem i ścieżki zarejestrowane zostały w jego Jailhouse Studios w Danii. Zatem z brzmieniem jak na "Lonely..." rusza pierwsze w zestawie, tytułowe Spirit Black. Sunie do przodu majestatycznie i wolno, w tempie wolnego, ale zdecydowanego marsza. Trochę tu podobieństw do niektórych utworów z repertuaru Dio, lecz to nie pierwszy raz, kiedy ten gardłowy sięga do stylistyki swego starszego kolegi po fachu. Wiadomo też, że barwa głosu Jorna przypomina Davida Coverdale'a i byłoby to już truizmem powtarzać po raz kolejny. Podobnie rzecz się ma przecież chociażby ze Stevem Lee z Gottharda, aczkolwiek jeśli dobrze się wsłuchać, to już pomiedzy tymi dwoma wokalistami są pewne różnice w śpiewaniu. Jornowi bliżej do Roberta Soeterboeka, który śpiewał na pierwszej płycie międzynarodowo-niemieckiej grupy Wicked Sensation, niż do Steve'a. Dobrze słychać to w kolejnym utworze na płycie - Below. Gdyby ktoś mi powiedział, że śpiewa tu Soeterboek, pewnie dałbym się nabrać. Tutaj marszowe rytmy gdzieś ustępują, za to numer nic a nic nie stracił ze swojej ciężkości, ba, z melodyki również. Ponadto riffy przewodnie utrzymane są w klimacie klasycznego hard rocka, chociaż akurat brzmienie kawałka jest takie, że stare kapele mogłyby go Jornowi pozazdrościć. Solówkę gitarową też mamy tu świetną. Na pozycji trzeciej jeden z moich absolutnych faworytów z tego albumu, Road Of The Cross. Muzykom udało się stworzyć tajemniczy klimat, co zawsze przyciąga moją uwagę, bo uwielbiam takie granie. Także wokalista śpiewa tu nieco inaczej niż dotychczas, zmienia swą manierę wokalną i już tak bardzo Coverdale'a nie przypomina. Pod względem wokalnym raczej wędruje ścieżką gdzieś spomiędzy Ronniego Jamesa Dio a Ozzy'ego Osbourne'a, przy czym wciąż zachowując odmienną od nich barwę głosu. Numer naprawdę przedni. The Last Revolution miało pecha znaleźć się po tej genialnej kompozycji i dlatego całościowo już nie robi na mnie takiego wrażenia jak poprzednik, chociaż bardzo podobają mi się tu refreny, a zwłaszcza to, co robi w nich z melodyką linii wokalnych Jorn. Muszę przyznać, że z płyty na płytę spisuje się on za mikrofonem coraz lepiej i mam wrażenie, że swym najlepszym krążkiem dopiero słuchaczy obdarzy. Dziwnie po wcześniejszych kawałkach słucha się City In Betweeen, gdyż to odmienna stylistyka grania. Inaczej grają gitary, Jorn stara się bardziej wyciągać/rozwlekać dźwięki, pojawiają się melodyjki rodem jak z jakiejś sielanki czy dawnej muzyki folk. Sporym zaskoczeniem był dla mnie riff poprzedzający solowkę, nie spodziewałem się go tutaj, ale summa summarum zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Balladowy wstęp i ruszają zagrywki rodem jak z Dokken (momentami też jak Bonfire czy Pretty Maids), nie zgadza się tylko głos wokalisty. To Rock And Roll Angel, chociaż wbrew tytułowi nie znajdziemy tu niczego, co w rytm rock'n'rolla dałoby się prosto zatańczyć. Uwielbiam ten numer, a i płyta podoba mi się coraz bardziej, między innymi dlatego, że jest różnorodna - tego brakowało mi na starszych krążkach Jorna. Dla odmiany znacznie więcej szaleństw i galopad otrzymujemy w Burn Your Flame. Nagranie przypomina mi co szybsze kompozycje Whitesnake z czasów Slip Of The Tongue (wokalista znów powraca do maniery śpiewania pod Coverdale'a) i kilka kapel ponadto, których nazwy akurat teraz nie przychodzą mi do głowy (to akurat pod względem rozszalałych partii gitar). Pod tym względem jest to spory kontrast w odniesieniu do utworu poprzedniego. Zasada niepowtarzalności utworów została na płycie utrzymana, bo i World Gone Mad do uprzednich scieżek podobne nie jest. Gdzieś na początku piosenki gitarzysta wpadł na pomysł wykorzystania efektu delaya, co zresztą wyszło nadzwyczaj dobrze, potem zapodał serię prostych acz chwytliwych, hard rockowych riffów. Co najważniejsze, partie wszystkich instrumentów i linie wokalne harmonijnie do siebie pasują. Tego kawałka chyba nie da się nie lubić. I Walk Alone w większości zespół potraktował chyba eksperymentalnie. Mocne, ciężkie i wolne gitary, które potem niby gdzieś nikną oddając pola klawiszom, no i Jorn powracający do bardziej rozwlekłej maniery śpiewania. By nie było tych eksperymentów za wiele, wokalista podarował nam jednak ultramelodyjny refren, jakiego nie powstydziłyby się największe gwiazdy hair metalu z lat '80. Przypomina mi to trochę dokonania Johnny'ego Gioeli z Hardline, choć obaj panowie barwy głosu mają odległe (tutaj akurat odnosi się wrażenie, że nie aż tak bardzo odległe)
Niby tylko dziewięć kompozycji, ale za to jakich! Utwory bardzo różnorodne, dopieszczone, co świadczy o sile płyty jako całości. Nie można się przy niej nudzić, uniknięto też wypełniaczy - to niemal ewenement jak na dzisiejsze czasy i wbrew tendencji do zapychania krążków, czym tylko się da. Jak na razie w moim mniemaniu jest to najlepsze z solowych wydawnictw Jorna Lande i mam nadzieję, że nie straci on impetu i nagra kolejny świetny, nie wykluczone że swój najlepszy album. Jeśli moje przewidywania się sprawdzą, to powinien ukazać się on w 2010 r.
Oficjalna strona wykonawcy: www.jornlande.com
Guitarrizer lipiec 2009
|