|
Skład: Jorn Lande - śpiew; Jorn Viggo Lofstad - gitary; Sid Ringsby - gitara basowa; Tore Moren - gitary; Willy Bendiksen - perkusja
Produkcja: Jorn Lande
Czas szybko leci. Od momentu, kiedy Jorn Lande pojawił się na scenie muzycznej minęło już dobrych parę lat, przez które ten obiecujący wokalista nagrał kilka płyt, zarówno solowych jak i do spółki z innymi wykonawcami. W międzyczasie nie raz recenzenci nazywali go "nowym Coverdalem" i coś w tym jest. Ten Norweg dysponuje podobną barwą głosu do legendarnego lidera Whitesnake, choć na szczęście są pewne różnice i dzięki temu mamy dwóch dobrych gardłowych zamiast jednego. Z jednej strony nie jestem jakimś szczególnym fanem Jorna, ale z drugiej cenię możliwości jego gardła i chętnie sięgam po jego wydawnictwa by sprawdzić, czy może nagrał już coś podchodzącego pod mój gust.
Lonely Are The Brave to tegoroczna pozycja w dyskografii rozśpiewanego "Wikinga", wydana względnie szybko po płycie The Gathering. Wygląda na to, że Jorn postanowił nagrywać płyty częściej i serwować nam krążki zbliżone do klasycznych wydawnictw hard rockowych. W pierwszym numerze, de facto tytułowym Lonely Are The Brave, łeb w łeb idą ostre, przesterowane gitary i głos Landego. Siarczyste brzmienie wioseł dobrze z nim współbrzmi i tak wlaśnie sobie myślę, że Jorn doskonale sprawdziłby się też w repertuarze takiego Grave Diggera, gdyby ten kiedyś potrzebował wokalisty. Od strony produkcyjnej mam pewne niewielkie zastrzeżenie - człowiek za konsoletą mógłby jednak gitary zapodać nieco ciszej, lub też podgłośnić wokale. Za produkcję odpowiada sam Lande, więc też mógł tego dopilnować. A może muzyk chciał przez to pokazać, że Jorn to cały zespół, a nie tylko on sam? Następny w kolejności Night City pod względem wokalnym jest badziej Coverdale'owaty, momenty podpadają też pod Dio i Soto, co cieszy, chociaż mnie najbardziej rajcują tutaj partie gitar. Rewelacyjny riff otwiera ten kawałek, jest cięższy i wolniejszy, ale wali potężnie jak młot Thora. Zaiste numer godny prawdziwego wikinga. Rozdzieliłbym jednak linie wokalne od reszty i zrobił z tego wszystkiego dwa utwory. War Of The World to niemal brat bliźniak poprzednika, tyle że teraz gitary przyspieszyły, a Jornowi zebrało się na bardziej melodyjne śpiewanie. Takich wokali brakowało mi właśnie uprzednio. Jeden z lepszych numerów na krążku i z pewnością godny kilkakrotnego odsłuchania, zwłaszcza głośnego (zauważyłem, że im głośniej się tej płyty słucha, tym bardziej się ona podoba). Fajnie wypadają te wojenne chórki, też mogą się kojarzyć z wikingami. Dalsze Shadow People to ukłon w stronę fanów twórczości Axela Rudiego Pella, Masterplan i im podobnych twórców zahaczających silnie o power metal, ale szczęśliwie "bezcentralkowy". Co ciekawe, w takim repertuarze głos Jorna najbardziej mi się podoba. Pamiętam, jak artysta odchodził z grupy Grapowa i jakie wtedy przytaczano argumenty - Lande chciał grać bardziej hard rockowo, gdyż power metal nie do końca mu odpowiadał. Paradoks. W Soul Of The Wind najbardziej podoba mi się to, w jaki sposób potraktowano sekcję rytmiczną i jak bas i perkusja zgrały się ze sobą w niektórych momentach. Sam numer wydaje mi się trochę zbyt rozwlekły, także wokalnie rewelacji nie ma, przynajmniej do połowy kompozycji. Rola wypełniacza przypada piosence Man Of The Dark, gdzie wszystko jest jakby grane na siłę. Jorn próbuje tu balansować wokalnie gdzieś między Dio a Coverdalem i wychodzi to różnie. Był w tym dobry pomysł, a czy został dobrze zrealizowany, to niech każdy oceni sam. Ja w każdym bądź razie mam mieszane uczucia. Lepiej i to zdecydowanie będzie w Promises, kawałku kojarzącym mi się nieco z tworczością Gamma Ray. Jorn odwalił kawał dobrej roboty, reszta spisała się też na medal. Za połową utworu nasze emocje nieco opadną, bo grupie kończą się pomysły i właściwie całą końcówkę na odpowiednim poziomie podtrzymuje już tylko Lande. Może niezbyt odkrywcze, ale za to bardziej dopracowane jest The Inner Road, jeden z moich faworytów na płycie. Bardzo podobają mi się tutaj wokale Jorna zaprzęgnięte do klasycznego hard and heavy. To chyba jedna z najlepszych kompozycji w całej karierze Norwega, udało mu się trafić w mój gust, nie ma co. Życzyłbym sobie takich kawałków więcej, dużo więcej. Zamykające oficjalny zestaw Hellfire jest numerem bardzo specyficznym. Do odsłuchiwania takich piosenek potrzebuję szczególnego nastroju i kilku browarów. Jest wolno, rozwlekle, przywodzi mi to na myśl bardzo stare kapele doom metalowe i klasyczne płyty Sabbathów z domieszką wokali a'la Dio.
Album serca mojego nie podbił, mimo to zdobył jednak pewne poważanie i spowodował, że ogólnie uznaję go za dobry i udany. Polecam go przede wszystkim fanom samego Jorna, zwłaszcza tym, którym do gustu przypadł The Duke, polecam także miłośnikom klasyki hard rocka, słuchaczom heavy metalu i bardziej humanitarnego power metalu. Płyta wyważona, trochę krótka, ale za to dość urozmaicona. Posłuchać warto, nawet jak nie zapałamy do wydawnictwa jakąś szczególną miłością.
Oficjalna strona wykonawcy: www.jornlande.com
Guitarrizer czerwiec 2008
Na wstępie zaznaczam, że ta recenzja pochodzi z roku 2008, znalazłem ją dziś w przepaściach mojej szuflady i z troski aby się zmarnowała, umieszczam ją tu. Do dzieła zatem.
Tak się zastanawiam trochę, co ja mam o tej płycie napisać? Szczerze przyznam, że słuchając tego krążka coś we mnie pękło. W mojej głowie nastąpił chaos, a wszystkie sprzęty z ogromnym biurkiem na czele zaczęły wściekle galopować i wpadać na siebie z łomotem, niszcząc wszystko dokumentnie. Coś się roztrzaskało na części i powiedziało dość! Dość oszukiwania się, że wszystko jest OK. Bo nie jest. Smutno mi, bo broniłem Jorna pazurami i zębami przed zarzutami o zręczne imitowanie pewnego pana z Whitesnake, dostrzegając w jego głosie niewiarygodną moc i potencjał. Trudno mi to wszystko pisać, ale Jorn nagrał bardzo przeciętny album. Miarą jego przeciętności jest kompletna przewidywalność oraz kopiowanie wszystkiego, co już było. Jakoś przeżyłem fakt, że Lande po porzuceniu progresywnego Arku i pozostawieniu w tyle paru fajnych projektów (Masterplan, Beyond Twilight) oddał się czołobitnie melodyjnemu hard & heavy. Ba, jego solowy Worldchanger uważam za świetny, a może nawet genialny krążek. Tylko że ileż razy można do jasnej cholery powielać ten sam wzór, nie czyniąc w nim choćby delikatnych korekt? Wiecie w czym mamy problem? W tym, że gdyby ktoś mnie zbudził w nocy i natychmiast odpalił kilka wymieszanych celowo utworów z solowych dokonań tego pana, to miałbym problemy z sensownym ich albumowym uporządkowaniem. Wszystko jedno panie!! Wszystko jedno!! Dywagacje na temat tego, że ta płyta jest mroczniejsza od swej poprzedniczki uważam za niepotrzebne. Bo w gruncie rzeczy to kosmetyczna zmiana, zauważalna tylko dla maniaka jego twórczości. Krucho też z melodiami. Wiem, zupełnie złe nie są, kilka z nich już nawet podśpiewuję, na przykład, żeby daleko nie szukać: wzniosły refren War Of The World. Ale ile razy je odtworzyłem? Nie wiem. Nadążacie? Nie? Dobra powiem Wam: chodzi mi o melodie. No bo ileż razy do ciężkiej cholery można słuchać tego samego? I jeszcze jedno "ale": gdzie, no pytam gdzie są ballady? Przecież tak pięknie zaczyna się Soul Of The Wind i tak mile głaszcze ucho solówka w Man Of The Dark... Drażni mnie także ta "amerykańskość", która pojawia się tu i ówdzie na tym LP. Zastanawiam się, czy słynny Norweg nie rozmienił się czasem na drobne, śpiewając na dziesiątkach płyt i uczestnicząc w niezliczonej ilości projektów. Nie odmawiam ja mu szczerości w tym, co robi, bo pewnie wkłada w to całe swoje muzyczne serce. Ale kryzys twórczy zawsze kiedyś musi nadejść i dobrych pomysłów zawsze może zacząć brakować. Spójrzmy zresztą na ilość muzyki na tym krążku. Żeby przekroczyć minimalnie 45 minut, Jorn posunął się do zaserwowania nam 6 minutowego coveru Hellfire ze znakomitej płyty Beyond Twilight.
Czas na jakieś podsumowanie tego krążka. Ta płyta w sposób jasny określa, czego Lande robić nie powinien. Nie powinien nagrywać stricte heavy metalowych albumów, on nie jest od tego i niech zostawi tę robotę specjalistom w tej materii. Co jeszcze? Naśladowanie mroczności Dio.... wydaje mi się zbędne. No po co to komu? Trzecią sprawą jest już wspomniane oglądanie się na amerykański heavy metal. Amerykański heavy metal potrafią grać tylko Amerykanie i tak powinno zostać. Może będę okrutny, ale powiem, że ta płyta to takie nic specjalnego... Nie ma killerskich melodii i wyczynów wokalnych Jorna. Ta płyta po prostu leci sobie w tle... Może i chciał spróbować czegoś nowego ale to nie są jego rejony i klimaty. Umiarkowanie polecam.
Vincent czerwiec 2010
|