|
Skład: Jorn Lande - śpiew; Tore Moren - gitary; Tor Erik Myhre - gitary; Nic Angileri - gitara basowa; Jgor Gianola - gitary; Willy Bendiksen - perkusja
Produkcja: Jorn Lande
Ronnie James Dio niestety przegrał swoją walkę z rakiem. Chociaż fizycznie nie żyje, jego muzyka będzie jednak żyć wiecznie. Najprawdopodobniej pojawią sie wkrótce różne albumy poświęcone pamięci Ronniego. Zanim je usłyszmy, możemy posłuchać nowego krążka Jorna Landego, jednego z najpotężniejszych hard rockowych głosów dzisiejszych czasów. Oczywiście jest to album w hołdzie dla Ronniego i składa się w większości z coverów piosenek tego artysty.
Coverowanie nagrań Ronniego Jamesa Dio to nie lada wyzwanie i to głównie ze względu na charakterystyczną barwę głosu owego wokalisty. Nie ma się co spodziewać, że ktoś odśpiewa wszystko identycznie jak w oryginale, ale istnieje grupa gardłowych, którzy potrafią oddać styl Ronniego i do nich z pewnością należy Jorn. Płytę rozpoczyna akurat autorska kompozycja Landego, zatytułowana Song For Ronnie James, którą wybrano na singla promującego wydawnictwo i nakręcono do niego teledysk. Podczas balladowego wstępu Jorn śpiewa bardzo łagodnie, można się jednak domyślać, że dalej będzie już mocniej i ostrzej. Główny riff utworu jest pełen mocy i specialnie ułożono go tak, by przypominał dokonania Dio i Black Sabbath. Jorn staje na wysokości zadania i również śpiewa z całą swą zadziornością, więc fani jego wokalnego talentu powinni być całkowicie usatysfakcjonowani. Zaskakuje połowa ścieżki, kiedy to z kolei linie wokalne biegną bardziej popowo (nadal jednak nie gubiąc chrypki), a podkłady momentami nawet przypominają Def Leppard. Wspaniała piosenka. Co do coverów, to zestaw otwiera Invisible, kawałek pochodzący z płyty Holy Diver. Jorn dość luźno potraktował temat i numer różni się pod wieloma względami od oryginału. Przede wszystkim we wstępie słyszymy barwę głosu mocno odbiegającą od Ronniego, a w kolejnych partiach wszystko brzmi potężniej, chodzi mi zarówno o głos, jak i o same gitary. Muszę przyznać, że wersja Jorna finalnie podoba mi się dużo bardziej. Następne w kolejności jest Shame On The Night, również z solowego debiutu Ronniego. Tutaj nie ma dużo różnic, jeśli chodzi o samą strukturę utworu, natomiast wykonanie Jorna zwyczajnie brzmi nowocześniej. Czuć cyfrową ingerencję w dźwięk, ma to swoje plusy i minusy. Analogowe nagranie oryginału jest jakby bardziej autentyczne, za to w cyfrowym dostajemy muzykę bardzo klarowną. Do wyboru, do koloru. Push to stosunkowo dość młode nagranie biorąc pod uwagę sceniczny staż Dio, bo pochodzące z płyty Killing The Dragon. Niezależnie od roku jej wydania to i tak klasyka. Wersja ekipy Landego brzmi odmiennie od oryginalnej, choć też ma swój urok. Jedyne, co można tu zarzucić norweskiemu wokaliście, to fakt, że manierą swego gardła bliższy jest tu Coverdale'owi z Whitesnake niż Ronniemu. Nie przepadam zbytnio za kawałkami z galopem, a takim nawet w pierwotnym wydaniu było Stand Up And Shout. Szybki heavy metal w wykonaniu obu wokalistów toleruję wprawdzie, ale wolałbym, by ten cover wykonało np. Iron Maiden. Klasyczną ścieżkę Dio Don't Talk To Strangers chyba wszyscy znają i każdy pamięta, jak ona leci. Jorn postanowił być dość wiernym oryginałowi, z tym że trzeba brać poprawkę na samo brzmienie, znów tym razem bardzo nowoczesne. W Lord Of The Last Day pochodzącym z albumu Magica cechował od samego początku charakterystyczny riff na nutę Black Sabbath i muzycy z kapeli Landego próbują tę specyfikę zachować. Chętnie usłyszałbym tę piosenkę w wykonaniu Ozzy'ego Osbourne'a. Nadszedł czas na coś z Dream Evil i tutaj Jorn upodobał sobie numer Night People. I również tym razem dał sobie świetnie radę, z takim efektem, że lubię obie wersje. Kolejną pozycją na warsztacie Norwega jest Sacred Heart, tytułowa ścieżka z trzeciego albumu Ronniego. Ciężko tu rozpatrywać, które wykonanie robi większe wrażenie, tym bardziej że z Dio ciężko jest konkurować. Lubię rozważać kawałek Jorna, jakby to był zupełnie niezależny utwór. Co się tyczy Sunset Superman, to w oryginalnym wykonaniu Dio zawsze podobała mi się zwrotka, natomiast nigdy nie przekonałem się jakoś do refrenu. Kiedy słucham nagrania ekipy Jorna, mam dokładnie te same odczucia. Oczywiście Norweg mógłby całkowicie zmienić refren, lecz wtedy nie byłby to już cover, a raczej luźna interpretacja. Chociaż na trybucie Jorna przeważają kompozycje z solowych wydawnictw Ronniego Jamesa Dio, to przecież nie mogło zabraknąć i nagrań z okresu, kiedy śpiewał on w Black Sabbath i Rainbow. Z repertuaru Black Sabbath wokalista wybrał sobie utwór Lonely Is The Word, który połączył z dość podobnym Letters From Earth. Jorn raz jeszcze śpiewa bardziej jak Coverdale, lub może jak Robert Soeterboek, stąd jego nagranie różni się wokalnie od wersji pierwotnej. Hmm... może nawet z tego powodu jego wersja podoba mi się bardziej niż autorska kompozycja Black Sabbath. Kill The King to jeden z moich ulubionych kawałków z Ronniem za mikrofonem i niestety muszę być bardzo krytyczny w stosunku do coverów, które zbyt daleko odbiegają od pionierskiego wykonania Rainbow. Jorn i jego koledzy nawalili tym razem (może z wyjątkiem drugiej zwrotki). Na początku ścieżki pominięto ten charakterystyczny riff, który przecież nadaje całemu numerowi motoryki i zespół przeszedł od razu do grania pierwszej zwrotki. Słyszałem wiele udanych przeróbek tej piosenki, ale żadna nie przebiła oryginału. Na koniec zestawu Lande zostawił sobie Straight Through The Heart, jeden z najlepszych kawałków pochodzących z płyty Holy Diver. Wersja Norwega to nagranie koncertowe i wyróżnia się brzmieniem, które moim zdaniem jest bardziej naturalne niż to prezentowane na całym albumie. Zaliczam je na plus.
Brakuje mi tu bardzo coveru genialnego utworu Holy Diver, ale zdaję sobie sprawę, że to ścieżka bardzo trudna do zaśpiewania (kwestia oddechu oraz przeplatania wyciąganych i krótkich sylab). Tak czy inaczej, Jorn wyszedł z próby zwycięsko i jego wykonania klasyków Ronniego też dobrze się słucha. Rzecz dla fanów Jorna obowiązkowa, a dla słuchaczy gustujących w hard rocku jak najbardziej wskazana.
Oficjalna strona wykonawcy: www.jornlande.com
Guitarrizer czerwiec 2010
Coś troszkę z innej beczki, jeśli pozwolicie... Można słuchać nowej propozycji Jorna Lande, wspominkowej płyty Dio. Wszystkich fanów Ronniego, nieutulonych w żalu po Jego śmierci, próbuje pocieszyć wokalista Masterplan, serwując jeden nowy utwór, zadedykowany właśnie ex-wokaliście Black Sabbath oraz cowery Dio i Black Sabbath, w swoim własnym wykonaniu.
Dedykowany Song For Ronnie James nie tylko został fajnie, a przede wszystkim z pomysłem napisany, ale Jorn także kapitalnie go zaśpiewał, w niektórch momentach zbliżając się do głosu Dio. Zwróćcie uwagę na frazę "I'm on a song for a father of the sign". Sposób, w jaki zaśpiewał on pierwszą część (I'm on a song), nieodparcie kojarzy mi się ze sposobem śpiewania Ronniego. Pięknie tutaj rezonuje również Coverdale... Inna sprawa to tekst. Nie wiem, czy Jorn znał osobiście Ronniego, jeśli tak - to jest to przepiękny hołd. Jeśli nie, to Jorn ma niezwykły talent do dobierania słów utworów. Nie tylko wyraził swoje uznanie dla przedwcześnie zmarłego, niskiego wzrostem wokalisty, ale przyznaje się do inspiracji jego dokonaniami. Ładnie wplótł nie tylko tytuły niektórych utworów Dio w całości, ale także świetnie niektóre sparafrazował, w taki sposób, że od razu kojarzą się one z określonymi "hitami" ex-wokalisty Sabbathów. Pięknie zagrany i zaśpiewany Invisible zaliczyć należy do ścisłej czołówki i najjaśniejszych momentów tej płyty. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Lande naśladuje Dio. Imponuje także luz muzyków towarzyszących Jornowi na tej płycie. Panowie grają bez zbędnej napinki i nie starają się za wszelką cenę odtworzyć brzmienia Dio. Shame On The Night to kolejna udana propozycja. Odegrana z dużą pieczołowitością, ale nad tą kompozycją, nad zespołem i Jornem unosi się duch Dio... Gdyby zamknąć oczy, to jakby on sam tu śpiewał. Zaskakuje umieszczenie na tej płycie wybitnie rozrywkowej kompozycji Push, która w oryginalnym wykonaniu znalazła się na ścieżce dźwiękowej filmu "Kostka przeznaczenia", w którym Dio wystąpił pospołu z komikami z Tenacious D. Jak wypada Jorn? Po raz kolejny zamknijcie oczy. Brzmienie nie to samo i od razu słychać różnicę, ale wokalnie Jornowi znów towarzyszy Dio... Skrzywiłem się trochę przy Stand Up And Shout. No nie pasuje mi tu umieszczenie tego kawałka. Ten numer zaśpiewać może wyłącznie Dio i tykać go chyba nie należało. Oczywiście zespół zrobił tu swoje jak należało, no ale to nie to samo. Złe wrażenie zatarło wspaniałe wykonanie Don't Talk To Strangers. Spośród wszystkich cowerów tego klasyka wykonanie Jorna podoba mi się najbardziej. Bez napinki i ze słyszalnym luzem. Początek i koniec po prostu niszczące. Bardzo dobrym posunięciem było umieszczenie jako następnej w kolejce kompozycji Lord Of The Last Day. Nie tylko podtrzymuje ona aurę wywołaną przez poprzedni utwór, ale także główny sprawca zamieszania udowadnia, że równie dobrze czuje się w nieco "sabbathowej" atmosferze. Przy Night People po raz drugi kręciłem nosem. No po co tu ten kawałek? Czyż nie ma lepszych? Są i to spośród nich należało wybierać. Miałem ogromne obawy, czy Jorn da radę zaśpiewać mój ulubiony utwór Dio. Mowa o Sacred Heart rzecz jasna. Brzmienie znów nie to samo, ale poziom został zachowany. Tym razem Lande nie silił się na kopiowanie Ronniego. I bardzo dobrze, bo tylko by spieprzyło sprawę. Całość wypadła bardzo dobrze, a refren niszczy obiekty. W tym miejscu chciałbym wyrazić swoje uznanie dla instrumentalistów. Wybrnęli z tego zadania bez pudła. I znów... po co Sunset Superman? Oczywiście nie mam tu żadnych zarzutów, no ale jest tyle kawałków, dużo lepszych... Wybierał jednak Jorn i nic nam do tego. Czas na coś zupełnie wybitnego. Czas na Lonely Is The World / Letters From Earth. Lande po raz kolejny udowadnia, że dobrze czuje się w stylistyce Black Sabbath. Panowie Iommi i Butler chyba są podobnego zdania, bo nie kto inny jak właśnie Jorn zaśpiewa na jednym z upamiętniających Dio, koncertów Heaven And Hell. Mamy tu także niespodziankę od Lande, bo w pewnym momencie wchodzi... The Sign Of The Southern Cross. Wplecione tylko kilkanaście sekund, ale efekt bardzo dobry. No i czemu nie zdecydowano się na umieszczenie tej ścieżki w całości zamiast którejś z poprzednich mielizn? Bardzo przyjemnie słucha się tego "medley", bo tak chyba należy rozpatrywać ten miks utworów. Ech... no i po co Kill The King? Śpiewało ten numer już tylu wykonawców. W wykonaniu Jorna brzmi dobrze, no ale po co kolejny, ograny już cover? Dobrym wyborem jest zamykający album, koncertowy Straight Through The Heart. Szkoda, że nie w wersji studyjnej.
Czy warto posłuchać tej płyty? Zdecydowanie tak, niektóre wersje utworów demolują obiekty, a premierowy kawałek jest po prostu wspaniały. Jak wspominałem, mam zastrzeżenia co do wyboru niektórych kawałków. Ale ja się pewnie nie znam. Niemniej polecam.
Vincent czerwiec 2010
|