|
Skład: Johnny Lima - śpiew, gitary elektryczne, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, chórki; Bernie F. Diaz - perkusja; Craig Takeshita - gitary
Gościnnie: Christian Wolff - gitary w [4,5,9,11]; Brandon Baumann - chórki w [1,2,7]; Danny Danzi - gitary w [2,6];
Produkcja: Johnny Lima
W 2008 roku wydarzyła się zabawna historia. 11 demowych wówczas utworów autorstwa Johnny'ego Limy pojawiło się niespodziewanie na serwisie YouTube, a osoba, która je umieściła zwiodła niektórych na manowce wmawiając światu, że jest to nowy materiał Bon Jovi. Słowem wstępu, Johnny jest doświadczonym muzykiem, który ma za sobą trwającą kilkanaście lat solową karierę, a w jego dorobku odnajdziemy 4 płyty (bądź też 5, jeśli liczyć 1.2). Livin' Out Loud to najnowsza z nich. W porównaniu do Made In California jest to płyta o wiele bardziej dynamiczna, ale osoby śledzące karierę muzyka nie będą zaskoczone zbytnio nowym materiałem. Spotykamy się tu bowiem ze stylistyką, w której panowie czują się najlepiej i zarazem najpewniej. Z drugiej strony mam wrażenie, że Lima gra trochę ostrzej niż poprzednio i być może jest to zasługa tego, że ostatnimi laty zajmował się produkcją płyt drapieżnych zespołów pokroju Dirty Penny, czy też Miss Crazy.
Co tu dużo mówić? Jestem jak najbardziej na "tak". Johnny potwierdził swoją wysoką klasę nagrywając album, który z łatwością sprzedałby się za czasów świetności melodyjnego hard rocka i hair metalu. Miłośnicy epoki mogą już zacierać ręce i zamawiać własne kopie wydawnictwa. Dzisiaj oczywiście płyta nie zdobędzie ani takiego uznania, ani takiej popularności na jaką zasługuje, niemniej jednak sprawi ona wiele radości fanatykom wiernym melodyjnemu graniu. Znalazło się na niej wiele wystrzałowych kompozycji inspirowanych licznymi legendami pokroju Firehouse, Def Leppard, czy też Bon Jovi. Przeciwników białozębnego Jona uspokoję tym, że podobieństw do jego kapeli jest tu moim zdaniem mniej niż na 1.2 czy na debiucie Limy. Jednym z numerów, które kompletnie mnie powalają jest umieszczone w środkowej części krążka Long Way Down. Melodie układają się naturalnie tak, aby w refrenach pomieszać wpływy Firehouse i Def Leppard. Johnny zdolny jest do prawdziwej kompozycyjnej finezji i szkoda, że młode pokolenia wyznające hip hop, bądź też będące pod wpływem subkultury emo nie zdają sobie sprawy z tego, co tracą. Hard To Say Goodbye zaczyna się od wysuniętych na pierwszy plan instrumentów klawiszowych, które w dalszej części kompozycji umiejętnie łączone są z gitarowymi riffami, a ich wpływ powoli blaknie choć wciąż pozostaje na odpowiednim poziomie. Na ścieżce znajdzie się też kilka fragmentów w stylu Bon Jovi. 'Til Love Is Gone zostało skonstruowane w mniej oczywisty sposób, ale wciąż brzmi świeżo na tyle, aby swoją obecnością uatrakcyjniać zawartość wydawnictwa. Jest ono zresztą odpowiednio zróżnicowane i nie sądzę, żeby szybko się znudziło. Weźmy chociażby numer tytułowy, który w pierwszym momencie może się wydać kompozycją autorstwa Gotthard. Zespół fajnie podkradł riffy zasłyszane na Domino Effect, a w dalszej części kawałka zrezygnował ze szwajcarskiej ostrości brzmienia na rzecz trochę prostszej melodyjności i motywów leppardowych. Still Waiting For You wydaje się być w pewnym sensie odpoczynkiem. Kiedyś musiał przyjść czas na balladę, ale nawet w takiej formie jest to kompozycja dość dynamiczna i zdecydowanie żywa. Sądzę, że dobrym określeniem byłoby w jej przypadku "skrzyżowanie pogodnego rockera z wyciskaczem łez". Mając na uwadze jaki kształt ma opisana powyżej druga część albumu, zaskakującym wydaje się w tym kontekście być początek wydawnictwa. Konkretniej mam na myśli riff, który w pierwszych sekundach wita nas swoją ostrością i zadziornością kojarzącą się bardziej z klasycznym, zdecydowanym hard rockiem. All I Wanna Do zdaje się składać w pierwszej chwili z dwóch różnych, połączonych ze sobą ścieżek, jednak wraz z kolejnymi odsłuchami przyzwyczaiłem się do tej kompozycji i nie wyobrażam sobie, aby mogła ona przyjąć odmienną postać. Wildflower korzysta z podobnego surowego hard rockowego brzmienia gitar, a refreny doprawione są miksem Def Leppard z Poison. Jest to mocny, udany utwór o imprezowym zabarwieniu. W I'm On Fire zachwycają mnie rewelacyjne wokale Johnny'ego Limy. Trochę chrypki, odpowiednie spowolnienie głosu, który momentami tak jakby nie nadąża za instrumentami i powstrzymuje je od galopu - to wszystko składa się na bardzo ciekawe nagranie gotowe podbijać serca fanów melodyjnego grania. Somebody To Love jest kolejną balladką, choć chronologicznie należałoby jej przyznać pierszeństwo. Niby nic specjalnego, ale słuchając kawałka za każdym razem się uśmiecham, coś w nim jest. Może to wina melodii, a może refrenów, nie wiem. Jeżeli komuś do tej pory było za mało Def Leppard, to Caught In The Middle z pewnością go zadowoli. Dość fajnie wypada warstwa liryczna (główny bohater zostaje nakryty przez męża pewnej kobiety w niezbyt zręcznym momencie), a ścieżka brzmi bardzo leppardowo i to chyba przede wszystkim ze względu na chórki. Miano najbardziej dynamicznego utworu na Livin' Out Loud nosi Gimme Some Rock, So I Can Roll. Gitarzysta pędzi w rock and rollowym stylu nie oglądając się za siebie, a kawałek ma w sobie coś glamowego. Wystarczy posłuchać riffu, aby zrozumieć co mam na myśli. W Hate To Love You słyszymy połączenie zagrywek gitarowych z klawiszowymi, a element ten stanowi spoiwo łączące całą kompozycję. Refreny są w typowy sposób przebojowe i mogą zachwycać tak samo jak reszta materiału na płycie. Pozostaje jeszcze wspomnieć o ostatnim kawałku jaki natrafiamy na krążku. Nowhere Left To Go jest bonusem dołączanym do niektórych wydań albumu i chyba warto o niego powalczyć. Od wcześniejszych numerów różni się tym, że chwilami brzmi smutnawo, ale dawki melodyjności i przebojowości utrzymują się na wysokim poziomie.
Livin' Out Loud jest pozycją, którą warto sprawdzić. Świetnie wypadły zarówno gitary (brawa dla licznych grających tu gitarzystów), wokale, jak produkcja wydawnictwa. Biorąc pod uwagę utwory, które napotykamy na płycie, jest to jeden z lepszych tegorocznych albumów i jeden z lepszych, jesli nie najlepszy longplay w dyskografii Limy. Płyta dostarczyła mi wiele rozrywki przez ostatnie dni i zdaję sobie sprawę z tego, że po napisaniu recenzji wciąż będę wracał do Livin' Out Loud. Jest to po prostu solidne, przebojowe granie, a do tego chyba pozbawione jakichkolwiek wad. Johnny jest bardzo utalentowanym multiinstrumentalistą i recenzowany krążek stanowi tego najlepszy dowód.
Oficjalna strona zespołu: www.johnnylima.com
Guciomir maj 2009
|