|
Od 1996 roku Johnny Lima dostarcza swoim słuchaczom tego, co najlepsze w melodyjnym hard rocku. Chwytliwe riffy, potężne refreny i imprezowe hymny - a ponadto jego głos, przypominający nikogo innego, jak samego Jona Bon Joviego... Jednak w odróżnieniu od muzycznego magnata z New Jersey i jego zespołowych kolegów, nagrania Johnny'ego przywodzą na myśl dni chwały melodic rocka także i w realiach późnych lat '90 oraz współczesnych. Dla każdego fana Def Leppard, Bon Jovi czy wczesnego Warranta to pozycja absolutnie obowiązkowa. O jego recepturze na przepyszną rockową ucztę, powszechnym zwrocie w stronę grunge'u we wczesnych latach '90, porównaniach z Bon Jovi, pięciu znakomitych albumach... i oczywiście tysiącu planów na muzyczną przyszłość, porozmawialiśmy z samym Johnnym Limą.
HARD ROCK SERVICE: Cześć, Johnny! W imieniu całej załogi Hard Rock Service - wielkie dzięki za rozmowę. Od wydania Twojego debiutu w roku 1996 minęło długich czternaście lat. Jak podsumowałbyś swoją dotychczasową karierę, kawał znakomitej muzyki, którą nagrałeś i pięć wydanych albumów?
JOHNNY LIMA: Hmm, oglądając się w przeszłość - żałuję, że nie udało mi się zrobić więcej. Tylko pięć albumów wydanych w ciągu czternastu lat czyni ze mnie niezłego leniucha! (śmiech) Średnio to jeden album na cztery lata... W każdym razie jednak - jestem naprawdę zadowolony z mojego obecnego życia. Sądzę więc, że tak naprawdę nie ma czego żałować. Czy mogłem zrobić więcej w ciągu tych czternastu lat? Oczywiście, ale i tak ciągłe borykanie się z przeszłością na dłuższą metę nie ma sensu. Wciąż jestem dość młody, by robić to, co robię i by nagrać jeszcze sporo muzyki. Tylko na tym tak naprawdę się znam.
HARD ROCK SERVICE: Wspomnieliśmy już o Twoim debiutanckim albumie, który ujrzał światło dzienne w roku 1996 - roku, mówiąc delikatnie, niezbyt pomyślnym dla melodic rocka. Czy nie kusiło Cię wówczas, by zacząć karierę z brzmieniem bardziej zorientowanym na lata '90, modnym w tamtym czasie, zamiast konsekwentnie trwać przy swoim?
JOHNNY LIMA: Byłem wtedy zbyt młody i naiwny, by martwić się o to, co akurat było popularne. Nieźle mi się dostało za to, co robiłem. Nie miało to jednak dla mnie znaczenia. Wyglądało to tak, że w tamtym momencie wszyscy poszli za koniunkturą i wyskoczyli z pędzącej maszyny, w której zostałem ja z misją kontynuowania jazdy na trzech kołach. Nie zrobiłbym jednak niczego inaczej. Nigdy nie należałem do ludzi, którzy podążali za aktualnymi trendami, przede wszystkim w muzyce. Zawsze pisałem o tym, co w danym momencie czułem i wciąż tak jest. Nie mógłbym grać grunge'u, jako że jest to bardzo depresyjna muzyka. Nigdy nie przemawiało do mnie jej przesłanie. Nawet teraz, gdy nie jest już "zagrożeniem", wciąż nie potrafię jej tak naprawdę docenić. W tym gatunku muzyki po prostu brakuje melodii. Za każdym razem, gdy słyszę Nirvanę czy Pearl Jam, wciąż mam wrażenie, że czas najwyższy wziąć prysznic - to takie brudne!
HARD ROCK SERVICE: W jednej z recenzji Twojej pierwszej płyty, natrafiłam na wyrażenie "ten materiał brzmi jak kilka niewydanych wcześniej b-side'ów Bon Jovi". Przyznam, że jestem fanką Bon Jovi od blisko dziesięciu lat i zawsze dostrzegałam pewne podobieństwo pomiędzy Twoją muzyką (oraz, przede wszystkim, Twoim głosem), a stylem gigantów z New Jersey. Zdarzyło mi się nawet wkręcić kilku ludzi, którzy nie znali dotychczas Twojej muzyki - na pytanie, kto śpiewa ten, czy inny numer, zawsze odpowiadali "Jon Bon Jovi"! A jak Ty osobiście podchodzisz do wszystkich tych porównań?
JOHNNY LIMA: Nie stanowią one dla mnie problemu. Kiedyś wkurzało mnie, że w 99% wszystkich moich recenzji wspomina się o Bon Jovi - ale przecież ludzie porównują mnie w nich do jednego z najlepszych wokalistów i songwriterów na świecie. W gruncie rzeczy więc - to komplement! Nie widzę problemu w byciu porównywanym do brzmienia Bon Jovi. Muszę tylko odkryć, jak pozyskać ich fanów poprzez moją muzykę. Do diabła, wystarczyłoby choćby 1% ich fanów kupujących moje płyty, bym mógł zapewnić sobie całkiem niezłe utrzymanie.
HARD ROCK SERVICE: Mówiąc jeszcze o porównywaniu Twojego brzmienia do Bon Jovi - kilka lat temu zdarzył się pewien zabawny incydent. W jego wyniku,Twoje demówki wylądowały na YouTube, opisane jako przecieki z mającego się ukazać albumu Bon Jovi. Jak do tego doszło?
JOHNNY LIMA: (śmiech) Tak, pamiętam tę sprawę! Jakiś facet z Brazylii zamieścił ten materiał. Na początku naprawdę się wkurzyłem, bo nie rozumiałem, jakie były jego prawdziwe intencje. W każdym jednak razie, w internecie zawrzało i przyniosło mi to całkiem spory rozgłos. Nawet zostałem wspomniany na stronie Bon Jovi. Okazuje się, że ten Brazylijczyk był moim wielkim fanem, i uznał to za świetny pomysł na promocję mojej muzyki. I miał rację! Zapłaciłem niezłą kasę za reklamę, która koniec końców okazała się mniej skuteczna, niż zakusy tego faceta... Musiałem mu więc podziękować za wysiłek!
HARD ROCK SERVICE: Twoje kolejne wydawnictwa, jak choćby Shine On (1999) i Made In California (2003), konsekwentnie podążały udeptanymi ścieżkami melodyjnego hard rocka, z oczywistymi wpływami takich kapel jak Def Leppard, Bon Jovi czy Firehouse. Czy również i w dalszej karierze nie kusiły Cię zmiany stylu i odkrywanie nowych muzycznych przestrzeni? Jeśli tak, czy są inne prócz gatunki, w których czułbyś się równie komfortowo?
JOHNNY LIMA: Nie. Nigdy nie uważałem, że muszę udawać kimś, kogo nie jestem, by rozwinąć się w tym biznesie. Ludzie nie są głupcami. Wyczują fałsz z daleka. Popatrz, co zdarzyło się Def Leppard, gdy wydali album Slang. Próbowali zmienić brzmienie z tego, które tak bardzo kochaliśmy - tylko po to, by wpasować się w aktualny trend miesiąca. Slang to oczywiście wciąż dobry album, ale to nie to Def Leppard, które znamy i kochamy. Nie chciałem więc nigdy zrobić tego moim fanom. Oczywiście, nie będę odgrzewał wciąż i wciąż tych samych riffów i motywów, ale nie przestanę też nagrywać stricte rockowych albumów. Moi fani oczekują konkretnej muzyki, widząc nazwisko "Johnny Lima" na okładce. Muszę więc być za każdym razem pewien, że im ją dostarczam. Jeśli z jakichś powodów będę chciał spróbować swoich sił w innym gatunku muzycznym, albo innym podgatunku rocka - wówczas zrobię to pod innym szyldem. "Johnny Lima" - to, z czym to nazwisko się kojarzy - to potężne zagrywki, świetna produkcja i mnóstwo melodii. Z tej formuły nie mam zamiaru rezygnować.
HARD ROCK SERVICE: W 1999 i 2000 roku występowałeś także na corocznym festiwalu Gods of AOR w Anglii. Jak wspominasz tamte koncerty?
JOHNNY LIMA: To była prawdziwa frajda. Akompaniujący mi w 1999 roku zespół pochodził akurat ze Szkocji, więc udało mi się wówczas spędzić tydzień w tym pięknym rejonie. Paul Logue (basista Eden's Curse) akurat grał wówczas ze mną, zatrzymałem się więc u niego i jego żony. Byli na tyle mili, że pokazali mi okolicę. Udało mi się zobaczyć zamek Stirling, co wspominam jako wspaniałe przeżycie. Uwielbiam Wielką Brytanię. Ma tak bogatą historię! Nie możemy się tym poszczycić w Stanach, jako że nasz kraj jest o wiele młodszy niż europejskie państwa. Jako że jestem ogromnie zainteresowany historią, zwiedzanie bardzo mi się podobało. To był również pierwszy raz, gdy wystąpiłem jako artysta solowy i pierwszy mój występ w Anglii. Nie wiedziałem, czego oczekiwać. Sądzę, że moi fani też... A zatem, jako że nie miałem żadnych oczekiwań, odbiór mojego koncertu dosłownie zwalił mnie z nóg. Był to bardzo udany wieczór i nigdy go nie zapomnę. W 2000 roku również świetnie się bawiłem - ale jako że mój zespół był akurat z Florydy, niestety nie udało mi się spędzić tak wiele czasu w Wielkiej Brytanii. Zostałem tam więc na bardzo krótko. W dzień po tym, jak mój samolot wylądował na brytyjskiej ziemi, zagrałem koncert, a na trzeci dzień wracałem już do domu. Nie miałem zbyt wiele czasu, by nasiąknąć brytyjską atmosferą. W moim odczuciu występ w 1999 roku był więc lepszy - choćby ze względu na to, że mogłem spędzić więcej czasu ze wspaniałymi angielskimi fanami.
HARD ROCK SERVICE: W 2005 roku wydałeś płytę o tytule Version 1.2, która zawierała ponownie nagrany materiał z Twojego debiutanckiego albumu plus rzadkie, niewydane nagrania... Skąd pomysł, by wydać coś takiego i pozmieniać niektóre aranżacje?
JOHNNY LIMA: Cóż, miałem pewne problemy z wytwórnią płytową, z którą byłem wówczas związany. W związku z tym Bruce Mee (który w owym czasie był współwłaścicielem Now and Then Productions) był na tyle miły, by zaproponować mi wykupienie kontraktu. Wypracował umowę z Escape Music i powiedział mi, że jeśli mój następny album ukaże się pod szyldem Escape, zostanę tym samym zwolniony z kontraktu z Now and Then. Ponowne nagranie pierwszego albumu było moim celem już od dłuższego czasu - ze względu na jego słabą produkcję. Pomyślałem więc, że to idealny moment. Chciałem iść do przodu, i to szybko. Im prędzej mógłbym dać Escape Music album, tym prędzej zerwę z Now and Then. Przekazałem więc licencję na album Escape Music w ramach dystrybucji na terytorium europejskie. Miałem również nadzieję, że poprzez ponowne nagranie i wydanie tych utworów, spadnie horrendalna cena albumu. Widziałem już mój debiut na e-Bay'u wyceniony na 80 dolarów... Totalny absurd. W każdym jednak razie, przy tym wszystkim nie wziąłem pod uwagę jednej rzeczy - nie udało mi się i nigdy nie uda uchwycić magii debiutu. Prawdopodobnie wciąż dlatego na e-Bayu egzemplarze tego albumu są sprzedawane po zbyt wysokich cenach. Postanowiłem więc, że koniec końców wydam ten album w jego oryginalnej formie - jeśli ktoś ma na tym materiale zarobić, to tym razem będę to ja.
HARD ROCK SERVICE: Twoje kolejne albumy były wydawane pod różnymi szyldami - Frontiers Records, Escape Music, Shock Pop Records... Jaki był tego powód?
JOHNNY LIMA: Właściwie nigdy nie miałem kontraktu z Frontiers. To Now and Then, z którą miałem umowę, przekazała licencję na moje płyty na Frontiers. Z Escape Music łączy mnie tylko jednorazowa przygoda... A Shock Pop - to już moja własna wytwórnia. Na obecnym etapie nie mam najmniejszego zamiaru podpisywać kontraktu z żadną inną firmą płytową - chyba, że będzie to propozycja nie do odrzucenia. Naprawdę podoba mi się moja wolność i niezależność. Nie muszę już mieć nad sobą nikogo, kto mówiłby mi, co wyrzucić, a co pozostawić na płycie... Nie muszę martwić się o rachunki, które nigdy nie pojawiają się w mojej skrzynce (nie mówiąc już nawet o pieprzonych czekach!) Nigdy nie będzie mi już groziło zerwanie kontraktu z wytwórnią. Taka opcja pozwala mi na bezstresowe tworzenie zabójczej muzyki. Nikt nie pogania mnie z nagrywaniem tylko dlatego, że takie są warunki kontraktu... Mogę się nie spieszyć. A ze względu na to, że posiadam także własne studio, nie muszę ciągle nerwowo zerkać na zegarek. Zdecydowanie dobrze się ustawiłem.
HARD ROCK SERVICE: Większość Twoich słuchaczy pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy, że przez większość swojej kariery byłeś właściwie człowiekiem - orkiestrą. Na albumach takich jak Shine On czy Made in California zagrałeś prawie wszystkie partie instrumentalne (o wokalu nawet nie mówiąc), z wyjątkiem kilku chórków czy partii gitar... Czy wypełnianie tak wielu obowiązków w studio nie było dla Ciebie problemem? Jak udało Ci się wyrobić ze wszystkim i jak wspominasz tę formułę nagrywania?
JOHNNY LIMA: Na początku, to była właściwie konieczność. Nie miałem tyle pieniędzy, by sprowadzić do studia cały zespół, pozostało mi więc wszystko zrobić samemu. Po nagraniu w ten sposób kilku albumów, zacząłem preferować ten sposób pracy. I tak piszę sam cały materiał - nie ma zatem sensu sprowadzać kogoś, kto wykonałby robotę, jeśli sam również mogę zagrać. W związku z tym jedyni muzycy, których sprowadzam do studia, to gitarzyści solowi - nie sądzę, bym grał na gitarze wystarczająco dobrze, by solówki trzymały poziom materiału. Na Made In California zagrałem wiele partii gitary wiodącej, ale i tak Craig Launer nagrał wszystkie partie solowe. Ostatnio zacząłem także współpracować z Christianem Wolffem, ponieważ jest świetnym gitarzystą.
HARD ROCK SERVICE: Na swoim ostatnim albumie - Livin' Out Loud - wykonałeś "tylko" główne partie wokalne, chórki i "zaledwie" większość partii instrumentalnych. Na bębnach i gitarze wiodącej wspomagali Cię inni muzycy. Czy oznacza to, że zebrałeś już swój stały zespół, czy też byli to tylko muzycy sesyjni zatrudnieni do nagrań?
JOHNNY LIMA: Nie, nie ma jeszcze stałego zespołu. To tylko muzycy zatrudnieni do sesji. Próbowałem już zebrać zespół na koncerty i byłem już nawet bliski ukończenia tego zadania. Wszystko się jednak posypało i straciłem zainteresowanie tą sprawą. Choć kilku promotorów kontaktowało się ze mną w sprawie koncertów - większość z nich i tak była przekonana, że chętnie zagram za darmo. Niestety - nie ma mowy o graniu za darmo. Mam rodzinę do wykarmienia, i nie mogę ryzykować ich utrzymania za cenę pobawienia się w gwiazdę rocka za friko. Nie muszę więc się spieszyć z kompletowaniem zespołu wspomagającego moje występy na żywo, bo na razie żadne moje plany nie zmierzają w tym kierunku. Jeśli nadarzy się jakaś okazja warta grzechu - jestem pewien, że szybko złożę skład i będę gotów na występy.
HARD ROCK SERVICE: Teraz porozmawiajmy o okresie, który poprzedzał wydanie Twojej najnowszej płyty. Spędziłeś kilka lat produkując nowofalowe zespoły wykonujące glam i sleaze. Jak podsumowałbyś ten czas? Czy było to równie satysfakcjonujące, jak nagrywanie i występowanie solo?
JOHNNY LIMA: Czasami myślę, że to produkowanie albumów innego artysty jest bardziej satysfakcjonujące, niż praca nad swoim materiałem... To zdecydowanie dużo łatwiejsze. Nie mam tak szeroko zakrojonej odpowiedzialności za wszystko. Bardzo przyzwyczaiłem się do roli producenta. Jeśli nie miałbym już wydawać płyt solo, ale równocześnie - miałbym przy tym szansę produkować albumy świetnych artystów, wciąż byłbym bardzo szczęśliwy. W gruncie rzeczy, do tego chyba zmierzam w obecnym momencie.
HARD ROCK SERVICE: Byłeś zaangażowany w produkcję takich artystów, jak Dirty Penny, Miss Crazy, czy super-grupa Freakshow (z udziałem Frankiego Banali, Tony'ego Franklina, Jeffa LaBara i Markusa Allena Christophera). Współpraca którym z nich dała Tobie największą szansę na rozwój i najwiekszą satysfakcję? Z kim jeszcze współpracowałeś i kogo poleciłbyś nam oraz naszym czytelnikom?
JOHNNY LIMA: Gwoli ścisłości, nie produkowałem Miss Crazy i Freakshow. Faktycznie współpracowalem z nimi w charakterze inżyniera dźwięku; dokonałem również miksów. Oczywiście, to wciąż ważna rola, nie chcę jednak przypisywać sobie cudzych zasług w kwestii tych dwóch albumów. Krótko po pierwszym albumie Dirty Penny produkowałem także Diamond Lane. Rozpocząłem także współpracę z zespołem Vanity XO, jednak nie układała się ona nam tak, jak byśmy chcieli - oni są z LA, ja z okolic zatoki San Francisco. Dojazdy nie były im bardzo w smak, zatem po chyba dwóch spotkaniach zdecydowali się ukończyć album w Los Angeles. W każdym razie jednak - pomimo iż nie udało mi się skończyć tego, co zacząłem, są naprawdę świetnym zespołem, który z całego serca polecam Waszym czytelnikom.
HARD ROCK SERVICE: Czytałam, że wydanie Livin' Out Loud nie było właściwie planowane. Chciałeś wówczas dać sobie spokój z graniem i poświęcić się wyłącznie produkcji i inżynierii dźwięku... Jaki był powód (oczywiście - dla nas pomyślnej!) zmiany decyzji?
JOHNNY LIMA: W tym miejscu muszę podziękować fanom. Dzięki nim zdałem sobie sprawę, że wciąż istnieje zapotrzebowanie na moje brzmienie. Bez moich niesamowitych fanów nie miałbym żadnego powodu, by wydawać kolejne solowe płyty. Dziękujcie zatem fanom za Livin' Out Loud, to ich płyta!
HARD ROCK SERVICE: Jak już wspominaliśmy - dotychczas wydałeś pięć albumów. Który spośród nich jest Twoim ulubionym i dlaczego?
JOHNNY LIMA: Sądzę, że mój faworyt to Livin’ Out Loud. Głównie przez produkcję i songwriting. Był to właściwie najłatwiejszy album spośród wszystkich, które nagrałem. Podczas jego tworzenia byłem nieźle nakręcony... Nigdy wcześniej nagrywanie nie było dla mnie tak ekscytujące.
HARD ROCK SERVICE: Jesteś również uznanym autorem piosenek. Skąd czerpiesz inspiracje?
JOHNNY LIMA: Inspiruję się wszystkim, co mnie otacza. Zawsze żartuję, że jestem prawdziwym szczęściarzem - mam wielu przyjaciół, którzy spieprzyli sobie życie, co daje mi sporo tematów do pisania. Moje życie osobiste nie ma nic wspólnego z dramatem. Jestem szczęśliwym żonkosiem, mamy wspaniałego syna i cieszymy się wybitnie niedramatycznym, wspólnym życiem. Jeśli pisałbym piosenki o moim życiu, ludzie szybko by się znudzili (śmiech) Muszę więc znaleźć inspirację gdzieś indziej. Nieważne, czy to wiadomości w telewizji, czy coś, co przeczytam w internecie. Albo coś, co przydarzyło się jednemu z moich pokręconych przyjaciół.
HARD ROCK SERVICE: Ze wszystkich znanych światu wykonawców, czy jest ktoś, z kim szczególnie chciałbyś wystąpić? Jeśli tak - dlaczego?
JOHNNY LIMA: Chciałbym wystąpić z KISS. Zawsze chciałem wiedzieć, jak to jest - grać przed całą KISS Army i słyszeć odgłosy wszystkich tych eksplozji, będąc na scenie.
HARD ROCK SERVICE: Prócz wszystkiego, co jest związane z muzyką - czy masz jakieś hobby, któremu poświęcasz wolny czas?
JOHNNY LIMA: Nie, właściwie nie. Gdy mam wolny czas, pewne jest, że spędzam go z rodziną.
HARD ROCK SERVICE: Teraz cofnijmy się na moment do wczesnych lat Twojego życia. Czy pamiętasz moment, w którym zainteresowałeś się muzyką i zdecydowałeś się temu poświęcić?
JOHNNY LIMA: Tak - wtedy, gdy pierwszy raz zobaczyłem w telewizji występ grupy KISS.
HARD ROCK SERVICE: Czy pamiętasz pierwszą płytę, której dumnym właścicielem się stałeś i pierwszy koncert, w którym uczestniczyłeś?
JOHNNY LIMA: Pierwsza płyta to na pewno płyta KISS. Nie jestem jednak pewien, którą kupiłem najpierw. A pierwszy koncert to Scorpions z Bon Jovi na supporcie.
HARD ROCK SERVICE: Wracając do teraźniejszości - jakie są Twoje plany na przyszłość? Czy planujesz nagrać coś nowego w najbliższym czasie?
JOHNNY LIMA: Aktualnie kończę prace nad solowym albumem Jamiego Allena. To wokalista z Missouri, którego poznałem na MySpace. Następnie planuję rozpocząć prace nad nowym albumem Miss Crazy - o ile jego nagrywanie kiedykolwiek się rozpocznie. Dirty Penny również mają niedługo coś wydać, liczę więc na propozycję współpracy. A gdzieś w międzyczasie - chciałbym popracować trochę nad kolejnym solowym albumem. Jako że trwa to na ogół wieki - dobrze zacząć zawczasu, póki jeszcze ludzie kompletnie o mnie nie zapomnieli.
HARD ROCK SERVICE: Dziękuję Ci za wywiad! To spory przywilej i prawdziwa przyjemność zarówno dla mnie, jak i naszych czytelników! Jeszcze mała prośba na koniec - czy mógłbyś przekazać kilka słów dla swoich fanów w Polsce i wszystkich, którzy przeczytają wywiad na naszej stronie?
JOHNNY LIMA: Bardzo Ci dziękuję. Miałem naprawdę sporą frajdę, robiąc z Tobą ten wywiad. Moim fanom w Polsce chciałbym przekazać jedno - z głębi serca dziękuję Wam za Wasze wsparcie. To Wy jesteście powodem, dla którego tworzę muzykę. Dzięki Wam mój świat się kręci. Pokój i miłość wszystkim!
Oficialna strona artysty www.johnnylima.com
Twisted 25.10.2010
(Wszystkie fotografie pochodzą z oficjalnej strony artysty i zostały użyte za jego pozwoleniem)
English version / wersja angielska
|