Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

JETHRO TULL - Roots To Branches [1995]
Wydawca: Chrysalis Records / Capitol Records / EMI / MSI Music

  1. Roots To Branches
  2. Rare And Precious Chain
  3. Out Of The Noise
  4. This Free Will
  5. Valley
  6. Dangerous Veils
  7. Beside Myself
  8. Wounded, Old And Treacherous
  9. At Last, Forever
  10. Stuck In The August Rain
  11. Another Harry's Bar
Roots To Branches

Skład: Ian Anderson - śpiew, koncertowy flet, flet bambusowy, gitara akustyczna; Martin Barre - gitary elektryczne; Doane Perry - perkusja; Andrew Giddings - instrumenty klawiszowe; Dave Pegg - gitara basowa w [3, 5, 11]; Steve Bailey - gitara basowa w [ 1, 6, 7, 8, 9, 10]

Produkcja: Ian Anderson

Roots To Branches to dziewiętnasty studyjny album Jethro Tull i możemy tutaj mówić o prawdziwym powrocie do stylu, jaki grupa prezentowała w latach '70. To zadziwiające, że kilkanaście lat zajęło Andersonowi dojście do wniosku, iż kopiowanie Dire Straits czy ZZ Top, tudzież zabawa w dyskotekowe rytmy to nie jest coś, z czym sympatycy Jethro Tull się utożsamiają. Roots To Branches pachnie starymi nagraniami, chociaż klarowne brzmienie wyraźnie sugeruje, że całość nagrana została w późniejszym okresie niż ich klasyczne utwory.

Album otwiera tytułowy kawałek i od razu mamy w pigułce obraz tej płyty. Tajemniczy nastrój (nie jest to smutne, nie jest to z całą pewnością wesołe, ale intrygujące), zdecydowane rockowe brzmienie przeplatane subtelnym folkiem. Aczkolwiek sporo tu z hard rocka, którego na całej płycie nie ma aż tak dużo. Niemniej jednak jest rock i to całkiem solidny. Jeśli pamiętacie numer Songs From The Wood, to macie w miarę wiarygodny obraz Roots To Branches, bowiem poetyka tych kompozycji jest podobna, choć przebój z 1977 roku był bardziej skoczny. Warto też podkreślić, że w środku między ostrymi rockowymi dźwiękami wpleciono jazzowe pianinko. Brzmi to intrygująco (Andrew Gidding wytrenowany jest nie tylko w jazzie, ale także w muzyce klasycznej, pod tym względem bardziej wszechstronny muzyk niż John Evan). Rare And Precious Chain utrzymany jest w orientalnym stylu, a poziom tajemniczości identyczny jak w nagraniu tytułowym. To niesamowite, że grupa zmieniając podejście do aranżacji potrafi zachować identyczny klimat w niemal wszystkich kompozycjach na płycie. Out Of The Noise to raczej prosty rockowy temat, nie jest to wybitna ścieżka. ale absolutnie nie psuje obrazu całości. Nie ma się co rozpisywać ani robić "skip", numer trwa niespełna 3 i pół minuty. Następne This Free Will to już rzecz pierwsza klasa. Przede wszystkim zwraca uwagę gitara o znacznie obniżonym do standardu stroju. Brzmienie niemal przytłaczające, ale nie przykrywa innych instrumentów, wręcz przeciwnie, tak zostało ustawione, by idealnie współgrać z delikatnym i orkiestrowym akompaniamentem syntezatora. Refren przebojowy i tym samym zapamiętywalny, kawałek w pewnym momencie przeradza się w coś z pogranicza wygibasów King Crimson i heavy metalu, co może spodobać się fanom cięższych odmian rocka. Valley wita nas skoczną folkową melodyjką, a całość utrzymana jest w folk rockowym kształcie, jakiego nie brakowało na płytach Songs From The Wood czy Heavy Horses. Wyjątkiem mogą być ciężkie gitary pojawiające się tu i ówdzie. W tekście nie zabrakło biblijnych nawiązań, co u Andersona nie jest żadną nowością. No tak, stare dobre Jethro wróciło. Dangerous Veils to dość ostry rockowy numer, który jakoś nigdy specjalnie mnie nie fascynował, ale był chętnie grany przez grupę na koncertach, więc widać publika ciepło przyjmowała ten kawałek. A dalej smakowita uczta, bo oto mamy Beside Myself, jeden z najlepszych utworów w zestawie. Folkowa gitara i typowa andersonowska partia fletu. Co jakiś czas pojawiają się pojedyczne akordy gitary elektrycznej, a wszystko wydaje się być ułożone w sposób ekstremalnie precyzyjny, każdy dźwięk, nawet fletu (na ogół Anderson pozwalał sobie na improwizowane partie na tym instrumencie). Najbardziej podoba mi się hard rockowo-folkowy motyw pojawiający się jakby z nienacka. Czyściutkie klarowne brzmienie gitary elektrycznej skłania do refleksji nad kondycją rocka w połowie lat '90, kiedy mało kto w ten sposób podchodził do tego instrumentu. Ten cudowny motyw powraca też w końcówce kawałka i trwa aż do wyciszenia. Małe arcydzieło. Tak się akurat składa, że następny na krążku Wounded, Old And Treacherous to również jeden z moich faworytów. Niby początek jakiś taki wesoły (nietypowe dla tej płyty), ale szybko przeradza się w posępne dźwięki. Właściwie ciężko mi opisać ramy, w jakich porusza się grupa. Taki nowoczesny swing połączony z rockiem? Nie wiem, posłuchajcie i osądźcie, dla mnie to kompozycja arcygenialna. Tutaj też Anderson przypomina sobie stare dobre czasy, kiedy śpiewał z nutą ironii w głosie. Tak, tak mili państwo, Mark Knopfler został odstawiony na półkę, jest stary dobry Aqualung z całą swoją obleśnością. Chociaż należy dodać, że Jethro AD 1995 to zespół dojrzały, mniej zwariowany i więcej nastawiony na precyzyjne instrumentarium, ale wciąż pamiętający o klasyce. Końcówka tego kawałka została potraktowana na zasadzie 'wypogadza się, zaczynamy grać pogodniej', a co za tym idzie z większym nerwem. Wychodzi przy okazji na jaw, że Martin Barre potrafi się popisać niezłą wirtuozerią, o którą doprawdy go nie podejrzewałem (zawsze uważałem, że to solidny, ale nie wybitny gitarzysta). At Last, Forever to bardzo spokojny i smutny numer. Skierowany jest do ukochanej osoby i w delikatny sposób daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z umieraniem. Orkiestrowy rozmach przyprawia o gęsią skórkę i robi się, co by nie mówić, wzruszająco. Zarówno ten utwór jak i poprzedni to dwie najdłuższe kompozycje w zestawie, obie trwające blisko 8 minut (ale nie takie epickie kawałki się tworzyło w przeszłości, co nie, Ian?). No więc po tej chwili zadumy coś znacznie lżejszego w odbiorze, choć tak samo subtelnego w przekazie. Stuck In The August Rain jest o połowę krótszy i to chyba jedyna na płycie ścieżka, którą można określić mianem 'wesoła'. No, chyba że za taką uznamy też zamykającą krążek Another Harry's Bar, ale tu więcej nostalgii i wspominek. Nawet partia fletu w "Sierpniowym Deszczu" wydaje się całkiem radosna, a Ian ma zazwyczaj tendencje do wygrywania niepokojących i złowieszczych tudzież tajemniczych dźwięków na tym instrumencie. We wspomnianym już "Kolejnym Barze Harry'ego" od wstępu jesteśmy kojeni ładną, pogodną melodią, tekst jednak wyraźnie sugeruje, jak mamy nastawić się do tego kawałka. Wchodzimy do opuszczonego baru, który kiedyś tętnił życiem, a Harry chodził dumnie w swoich lśniących butach. Harry'ego już nie ma, ale gdzieś tam jego duch się unosi (w zasadzie to taka jego minibiografia), w pewnym momencie pada może mało odkrywcze, ale bardzo prawdziwe stwierdzenie 'nie musisz płacić za wspomnienia, one wszystkie są za darmo'. To mój ulubiony utwór na Roots To Branches, ale głównie za końcówkę, która jest po prostu cudowna (nie wiem, jakie inne określenie tutaj pasuje, ale każde okazujące podziw będzie dobre). Gdzieś pod koniec 5 minuty zespół próbuje nam całkiem już instrumentalnie zwizualizować, że dawne czasy wcale nie minęły, że Harry wciąż żyje i ma się dobrze (Alive and well and living in, pamiętacie?), gdzieś za rogiem czai się Aqualung i wyblakły afisz reklamujący sztukę A Passion Play nabiera nowych kolorów. Idealnie współgrają tutaj gitara, flet i wtrącające się od czasu do czasu klawisze (to chyba wypada najlepiej, cholercia jak oni na to wpadli). Jak dla mnie utwór z "top ten Tull songs".

Nie muszę chyba dodawać, że płyta Roots To Branches jest wspaniała, bo to wynika z tego, jak opisałem poszczególne kompozycje, chciałem tylko zwrócić uwagę na okres, w jakim była nagrywana. Okres beznadziei muzycznej i pogrążania się rocka w odmętach przeciętniactwa i pretensjonalności. Roots To Branches to powiew świeżego powietrza, genialna próba powrotu Jethro Tull do lat chwały. Co prawda sukcesu komercyjnego płyta nie mogła osiągnąć, ale została należycie doceniona przez fanów (na słynnym i chyba największym sajcie poświęconym rockowi progresywnemu ProgArchives album oceniono wysoko, wyżej niż cokolwiek wydanego po Heavy Horses). Dla mnie krążek ten to najlepsze, co grupa nagrała po wspomnianym Heavy Horses i cenię go nawet wyżej niż też bardzo lubiany przeze mnie album Stormwatch jeszcze z lat '70. Wersja zremasterowana albumu ujrzała światło dzienne w 2007 roku i polecam ten remaster, gdyż wszystko brzmi głośniej bez utraty selektywności. Godzina spędzona z Jethro Tull przy tej płycie to godzina pełnej muzycznej rozkoszy.

Oficjalna strona zespołu: www.jethrotull.com

LSDisease
luty 2011