Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

JETHRO TULL - Heavy Horses [1978]
Wydawca: Island Records / Chrysalis Records / Capitol Records / Toshiba EMI

  1. ...And the Mouse Police Never Sleeps
  2. Acres Wild
  3. No Lullaby
  4. Moths
  5. Journeyman
  6. Rover
  7. One Brown Mouse
  8. Heavy Horses
  9. Weathercock
  10. Living in These Hard Times [bonus na remasterze]
  11. Broadford Bazaar [bonus na remasterze]
Heavy Horses

Skład: Ian Anderson - śpiew, flet, mandolina, gitara akustyczna, gwizdki; Martin Barre - gitara elektryczna; Barriemore Barlow - perkusja i instrumenty perkusyjne; John Evan - organy, pianino; David Palmer - instrumenty klawiszowe, organy piszczalkowe, aranżacje orkiestrowe; John Glascock - gitara basowa
Gościnnie: Darryl Way - skrzypce w [2, 8]

Produkcja: Ian Anderson

W drugiej połowie lat '70 ubiegłego wieku rock progresywny był w odwodzie za sprawą punkowej rewolucji, która ogarnęła przecież kolebkę progresu czyli Wielką Brytanię. Dinozaury za jakie uważano wówczas zespół Jethro Tull, to w rzeczywistości byli panowie koło trzydziestki, tyle że z konkretnym bagażem doświadczeń estradowych. Heavy Horses to 11 studyjny krążek Jethro Tull i muzyka tu zawarta odbiega znacząco od standardów rockowych w owym czasie. O tym, że grupa Andersona wypracowała sobie szczególny, niepowtarzalny styl, nie muszę chyba specjalnie wspominać, natomiast jak owe elementy sprawdziły się na tym krążku, warto przyjrzeć się temu z bliska.

Krążek otwiera hipnotyczny utwór ...And The Mouse Police Never Sleeps. Wykorzystano tutaj stary, jazzowy patent oparty na ostinatach, niemniej jednak całość podana jest w postaci obłędnego folku. Zresztą ostinata wykorzystywano także w muzyce ludowej, więc muzycy niekoniecznie musieli sięgać do jazzu, ale znając twórczość Jethro Tull jest prawdopodobnym, że takie inspiracje były. Sam kawałek niczego sobie, chociaż po pierwszym odsłuchu zupełnie nie zwrócił mojej uwagi. Zanucić raczej go nie zanucimy. Inaczej sprawa ma się z mniej dynamicznym, ale okraszonym pięknymi folkowymi melodiami utwórze Acres Wild. "Chciałbym kochać się z tobą, we wszystkich dobrych miejscach, pod czarnym wzgórzem, na otwartych przestrzeniach...". Jan Kochanowski? Niekoniecznie. Tak Ian Anderson po plebejsku wyznaje miłość swojej wybrance. Ten numer jest zresztą jednym z lepszych w zestawie i zwraca uwagę od samego początku. Zarówno ten jak otwieracz albumu to krótkie kawałki. Następny No Lullaby to już dłuższa forma, bo prawie 8 minut muzyki. Anderson wykorzystał tutaj pomysł, po który sięgał już wcześniej w swojej twórczości, czyli po prostu postawił na powtarzanie pewnych tematów tak, żeby kompozycja była spójna. I jest spójna, a co najważniejsze te tematy są na tyle dobre, że można je spokojnie powtarzać i delektować się muzyką. Bo gdyby po świetnym temacie nastąpiła jakaś nieprzemyślana improwizacja, mogłoby to nużyć. A tak znużenie nie ma prawa nastąpić przez całą długość trwania numeru. Kontrastują tu zasadniczo dwie partie, spokojna relaksacyjna, folkowa z fletem w tle (bardzo często Ian korzysta tu z fletu częściej niż kiedykolwiek wcześniej, no może za wyjątkiem poprzedniego krążka, gdzie równie dużo się na tym instrumencie udzielał), oraz dynamiczna część ocierająca się o stylistykę hard rockową. Kolejne nagranie to powrót do krótkich form. Bardzo łagodny folkowy Moths jest kontrapunktem dla otwierającego płytę hipnotycznego folku i dowodem, że Anderson nie miał zamiaru w tej swojej formule być monotematyczny. Kawałek zyskał sporą popularność, być może dzięki promocyjnemu klipowi, jaki zaserwowano do tego utworu, ale wybór nie mógł być przypadkowy. Anderson oprócz tego że komponuje świetne kawałki, jest też dobrym bizesmanem i coś dla niewiast musiało się tutaj znaleźć. Nie żebym był złośliwy, bo lubię ten numer, ale przyznam szczerze, że po latach nie zwraca już tak bardzo mojej uwagi. Journeyman to na szczęście powrót do hipnotycznych dźwięków. To jeden z tych folk rockowych pochodów, które u Jethro Tull uwielbiam. Gitara basowa serwuje coś na kształt oistinata, a na tym tle Ian snuje swoją opowieść. Kompozycja jednoznacznie rockowa, chociaż prawdę mówiąc prawie cała płyta oparta jest na rockowej sekcji rytmicznej, a to ważne przy takim graniu. Rover to mój absolutny faworyt na albumie. Kawałek niedoceniony i nie wiem, czy kiedykolwiek był wykonywany na żywo. To wspaniały, przestrzennie brzmiący folk zbudowany jednak w inny sposób niż pozostałe ścieżki na płycie. Po prostu formuła tego numeru jest nowocześniejsza, bardziej pasuje do formuły rockowej ballady, chociaż elementy folku pojawiają się tutaj w równych proporcjach. Cudeńko. O One Brown Mouse zawsze zwykłem zapominać, kiedy krążek się kręcił w odtwarzaczu, bowiem wydawało mi się, że po Rover wejdzie od razu opus magnum Heavy Horses, czyli utwór tytułowy. Być może miałem po prostu apetyt na więcej podobnych uniesień po utworze Rover, co nie jest bezpodstawne, bo Heavy Horses to w istocie rzeczy wielki utwór. A One Brown Mouse? To krótki rockowy kawałek, całkiem rajcujący. Muszę pochwalić Martina Barre i jego gitarowe wstawki nadające ostrości w refrenie. No i przyszedł czas na najdłuższy, bo aż 9 minutowy epos. Co prawda Jethro Tull mieli parę dłuższych utworów niż ten, ale na tle innych ścieżek z tego krążka i tak wygląda okazale. Poświęcona koniom pociągowym Anglii kompozycja ma najwięcej z progresu, też udało się tutaj upchnąć folk, ale i country (Darryl Way gościnnie na skrzypcach). Mimo takiego obrotu sprawy Heavy Horses to i tak najostrzejsza kompozycja na płycie, w wielu momentach hard rockowa (niesamowite unisona gitar, dynamiczne nabijanie rytmu, świetne solo). Na koncercie w 1991 roku w Hammersmith Odeon kiedy grali te żywe, rockowe partie, brzmiało to jak Iron Maiden. Tak czy owak "przynieś mi koło z dębowego drzewa, lejce z wypolerowanej skóry, oto koń pociągowy i grzmiące niebo zwiastujące złą pogodę". Do utworu powstał całkiem niezły teledysk pokazujący muzyków w stajni, ale najbardziej i tak urzekają fragenty z koniem na roli. Na koniec krążka uspakajający Weathercock - to obok Moths najłagodniesze nagranie na płycie. Trochę optymizmu po niezwykle dramatycznym utworze tytułowym (zresztą Moths też jakimś cudem jest po złowieszczym No Lullaby, można dopatrzeć się swego rodzaju konceptu).

Heavy Horses to nie jest długa płyta, a co najważniejsze różnorodna i pozbawiona wpadek. Album nie miał szans powtórzyć sukcesu Aqualunga, ale trzeba otwarcie przyznać, że zespół w 1978 nie był jakoś specjalnie promowany i prasa nie intersowała się nim tak, jak jeszcze parę lat wcześniej. Do płyty mam stosunek osobisty, jest z całą pewnością w pierwszej piątce moich ulubionych płyt Tull (a pierwsza piątka w tym wypadku i tak jest przed wieloma wydawnictwami innych zespołów, które lubię) i był to jeden z pierwszych zakupów płytowych, jeśli o tę formację chodzi, dzięki czemu nabyłem egzemplarz niezremasterowany i co ważne, brzmiący świetnie (nie wszystkie płyty zespołu bez remasteringu brzmią tak dobrze). Polecam wszystkim bez wyjątku, na długie jesienne wieczory przy filiżance kawy czy herbaty, ewentualnie ociupince czegoś mocniejszego. Wspaniała, choć stricte nie imprezowa płyta.

Oficjalna strona zespołu: www.jethrotull.com

LSDisease
wrzesień 2010