|
Skład: Ian Anderson - śpiew, flet, gitara akustyczna; Martin barre - gitara elektryczna, descant recorder; Clive Bunker - perkusja i instrumenty perkusyjne; John Evan - fortepian, organy, mellotron; Jeffrey Hammond - gitara basowa, alto recorder, inne odgłosy
Produkcja: Ian Anderson i Terry Ellis
Od razu na wstępie powiem bez ogródek, że Jethro Tull to jeden z moich ulubionych zespołów wszechczasów i wszystko, co wydali w latach '70 ubiegłego wieku, jest dla mnie wielkie i niepowtarzalne. Jako że jesteśmy na sajcie poświęconym muzyce hard rockowej, postanowiłem przypomnieć ich nasłynniejsze dzieło, które oczywiście z klasycznym hard rockiem ma wiele wspólnego. Jethro Tull zaczynali od bluesa podobnie jak większość zespołów pod koniec lat '60, wypracowywali własny styl na bazie starego dobrego bluesowego grania. Aqualung to czwarty w dorobku zespołu album i to właśnie ta płyta sprawiła, że Jethro Tull to jeden z najbardziej poważanych zespołów na świecie. Wyraźnie słychać, że grupa postanowiła wyodrębnić hard rock od muzyki folk prezentując różnorodność w bardziej znaczącym stopniu niż dotychczas.
Płytę rozpoczyna utwór tytułowy. Rozpoczyna konkretnym, hard rockowym, wężowatym riffem i kiedy wchodzi nosowy, nieco ironiczny głos Iana Andersona, wiadomo już, że będzie złowrogo. Utwór opowiada o pewnym bezdomnym włóczędze, na potrzeby kawałka nazwanym Aqualungiem (co miało związek z pewnym urządzeniem umożliwiającym oddychanie pod wodą - taki świst chory na podagrę Aqualung generował, stąd jego ksywka). No więc tytułowy bezdomny włóczy się po Londynie grudniowym dzionkiem i zaspokaja swoje naturalne potrzeby. Mamy tutaj sugestywny, obrazoburczy, czy po prostu naturalistyczny opis nawyków Aqualunga, którego autor (właściwie autorzy, ale o tym za chwilę) tekstu potraktował jako zwykłego oblecha. Tekst to po części dzieło Iana Andersona i jego ówczesnej żony Jennie, która studiując fotografię robiła zdjęcia bezdomnym ludziom. Muzycznie kawałek, że palce lizać. Ostre Sabbathowe riffy przechodzą w akustyczne, spokojne i smutnawe, jednak nie smętne, granie. Więcej w tym takiej podniosłej melancholii. Solówka tego kawałka jest doskonała, bowiem mimo że nie jest zbyt techniczna, to napewno jest melodyjna i bardzo charakterystyczna. Martin Barre nie ucieka się do długich improwizowanych partii, raczej odgrywając kolejne tematy tego sola, co jest dla mnie sporym atutem, zwłaszcza że był to początek lat '70. Po 6 i pół minuty emocje nie słabną, bowiem oto złowieszczą partią fletu rozpoczyna się Cross Eyed Mary. Kawałek to hard rockowy, w którym Anderson bierze na tapetę innego oblecha, tym razem rodzaju żeńskiego. Zezowata Maryśka to wiejska tania kurewka, która czerpie przyjemność z oddawania się za talerz owsianki;). Wokal Iana Andersona idealnie oddaje parszywośc całej sytuacji, ale i w tym kawałku pojawia się nasz stary znajomy Aqualung. Wielu uważało tę płytę za koncept album, czemu wielokrotnie Ian zaprzeczał. Po konkretnym rockowym numerze przyszedł czas na akustyczną miniaturkę, z których już wówczas słynął lider Jethro Tull. Cheap Day Return (rodzaj taniego biletu kolejowego w dwie strony) opowiada od podróży Andersona do swojego ojca, który leżał w szpitalu. Naturalistyczne piękno kompozycji urzeka mnie i sprawia, że zaczynam lewitować...no przynajmniej mentalnie;). W owym okresie powstał jeszcze jeden kawałek na ten temat pt. Nursie i zamieszczony został na wydanym rok później albumie
kompilacyjnym Living In The Past. Następny na płycie Mother Goose to typowy folk w wykonaniu zespołu. Wychodzi całe bogactwo brzmień generowanych przez dwie grające równocześnie gitary akustyczne. Kawałek jest żywiołowy i niesamowity, bowiem mimo swej lekkości nie jest jakimś usypiającym bajdurzeniem. Tekst tego numeru to zbiór absurdów powstałych poprzez subiektywne postrzeganie życia ludzi krzątających się po Hampstead Fair (taki londyński rynek). Wond'ring Aloud to z kolei ballada miłosna dedykowana ówczesnej żonie Andersona. Różni się ona o tyle od typowych ballad rockowych, że tekst poetycki raczej stara się nakreślić rzeczywistość w związku, a nie jedynie krainę snów. Muzycznie to delikatny utworek, zresztą bardzo krótki, który ma sporo ze stylistyki The Beatles. No i czas na bluesa. Up To Me to w zasadzie typowy obskórny blues opisujący zwyczaje zwykłych mało zamożnych ludzi, którzy żyją na tyle, na ile pozwala im status. Anderson, którego życie nie rozpieszczało, po części rozprawił się tutaj z burżuazją, ale tylko po części, bowiem nie przedstawia wcale biednego jako tego lepszego. Moralnie zrównuje bogatych i biednych, choć i tak cięgi spadają głównie na bogatych. W tym momencie na płycie analogowej kończy się pierwsza strona. Piszę o tym dlatego, że album podzielony jest na dwie częśći. Jedna z nich nazywa się Aqualung, a druga My God (to pierwotna wersja tytułu tego krążka). No więc zaczyna się My God i radzę wziąć głęboki oddech ;). Akustyczny wstęp tego kawałka jest bardzo mroczny i ma ewidentnie poetykę kawałków Black Sabbath (szczególnie utworu o tym właśnie tytule). Nie po raz pierwszy wspominam o tym zespole, warto nadmienić, że Tony Iommi był przez krótki czas członkiem Jethro. Dalej w numerze pojawia się delikatny akompaniament klawiszy i na tym podkładzie słyszymy jak Ian śpiewa: "ludzie, cóż żeście uczynili, zamknęliście go w złotej klatce, nagięliście do własnych wierzeń i podnieśliście z grobu. Bogiem jest niczego jeśli to wszystko co dostrzegasz...". Ostry manifest skierowany przeciwko sformalizowanej religii. Anderson później tłumaczył, że może za ostro się za to wziął, ale przynajmniej ma to już z głowy. W ogóle cała strona My God poświęcona jest Bogu i religii. Ale wróćmy do numeru My God. Kawałek z takiego monumentalnego przeradza się w dość radosny folk, po czym wchodzi chór męski. Coś niesamowitego. W gruncie rzeczy ten folk przeplatany jest hard rockiem i tym samym mamy w tym kawałku wszystkie najważniejsze
cechy muzyki Jethro Tull (za pominięciem jako takiego bluesa, który już wówczas nie dominował w zespole). My God to najdłuższy (może najlepszy) utwór na płycie, choć rzecz jasna do 20 minutowych suit z następnych krążków sporo mu brakuje. Hymn 43 to blues dla Jezusa. Tak... jedna z ulubionych postaci Iana pojawiać się odtąd będzie co jakiś czas na płytach Jethro Tull. W zasadzie to prosty kawałek o jednoznacznym tekście, tępącym kołtuństwo i wszlekaie przejawy nietolerancji. Po nim minutowy przerywnik w postaci Slipstream, gdzie mimo krótkiego czasu trwania Ianowi udaje się opowiedzieć historię życia, od narodzin do śmierci. Robi to w wyszukany i naturalnie ironiczny sposób. Locomotive Breath rozpoczyna jazzowa partia klawiszy, po czym mamy do czynienia z dynamicznym hard rockiem. Ian tłumaczył później, że numer powstał niejako na zamówienie wytwórni, która chciała czegoś na wzór Led Zeppelin. Na szczęście kawałek Led Zeppelin nie przypomina. Jest motoryczny i ma świetny riff... no i
o ironio, stał się największym przebojem Jethro Tull z tej płyty i chyba w ogóle najbardziej rozpoznawalnym utwórem zespołu. Solo na flecie zostało odegrane rewelacyjnie, a tekst opowiada o pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju i o tym, jak Darwin to zakwestionował. Podane jak zwykle w bardzo oryginalny sposób (pędzący pociąg, który nie może się zatrzymać, bo nie ma maszynisty, a Charlie (Karol Darwin) ukradł hamulec awaryjny - czysta ironia). Całość sumuje kawałek Wind Up i jest oczywiście świetny. Zaczyna się spokojnie partią klawiszową i Ian śpiewa :" kiedy byłem młody i posłano mnie do szkoły, uczono jak się nie bawić...". Po czasie jednak wchodzi ostry rockowy riff i Ian śpiewa niemal punkowo (tak właśnie to brzmi), to samo co jeszcze chwilę wcześniej śpiewał delikatnie. Bardzo podoba mi się ten zabieg. Ostro dostało się tutaj Kościołowi Anglikańskiemu, chociaż utwór miał prawdopodobie uderzyć w kler ogółem. Ian śpiewa: "możecie mnie wykląć ze wszystkich szkółek niedzielnich, a wasi biskupi niech wygładzają te linijki". Utwór kończy się tak, jak się zaczyna, spokojnie i jeszcze pod sam koniec słyszymy króciutki śmiech Andesrona.
Cóż dodać, płyta jest wielkim arcydziełem rocka bez dwóch zdań. Sprzedała się w ponad 7 milionowym nakładzie, covery tych kawałków robiły takie gwiazdy jak Dream Theater (Aqualung), Iron Maiden (Cross Eyed Mary), Overkill (Hymn 43) czy W.A.S.P. (Locomotive Breath). Do wersji remaster dodano kilka bonusów i Lick Your Fingers Clean zasługuje na uwagę, bo to protoplasta punk rocka ;). Słowo o okładce. Aqualung przedstawiony na froncie łudząco przypomina Iana Andersona, co zresztą było całkiem zamierzone, w środku za to można przeczytać parafrazę 10 przykazań, co jednych zniesmaczy, innych rozbawi (Na początku człowiek stworzył Boga i stworzył go na swoje podobieństwo itd). Mnie to ubawiło, bowiem jest podane w sposób inteligenty. Album powinni znać wszyscy, którzy deklarują się fanami muzyki rockowej, a jeśli ktoś lubi w sposób szczególny lata '70, ten krążek mieć po prostu MUSI. Mimo że hard rock jest tutaj tylko czasami, polecam ten wielki i inspirujący album.
Oficjalna strona zespołu: www.jethrotull.com
LSDisease luty 2008
|