|
Skład: Harry Conklin - śpiew; Mark Briody - gitara; Chris Lasegue - gitara; John Tetley - gitara basowa; Rikard Stjernquist - perkusja
Produkcja: Jim Morris
Uch, aż sześć lat minęło od wydania ostatniego dzieła Jag Panzer, zatytułowanego Casting The Stones. Na swój muzyczny powrót zespół kazał długo czekać swoim fanom. Przyznam, że jak większość znałem zapowiedzi, że zamierzają znów nagrać płytę. I fajnie, z wyjątkiem jednego "ale". Otóż takie powroty bywają różne. Czasem są genialne, czasem są zupełną, nikomu niepotrzebną totalną klapą, czasem nowy album jest zwyczajnie inny, a kiedy indziej bywa on zwrotem w stronę czegoś zupełnie odmiennego stylistycznie.
Wybaczcie mi, ale nie będę odwoływał się do poprzedniego LP tej amerykańskiej ekipy. Uważam, że to nie jest konieczne z conajmniej kilku powodów. I przykro jest mi pisać, że to właściwie już nie jest "to" Jag Panzer, które wszyscy znamy. The Scourge Of The Light to album bardzo pompatyczny, wzniosły, do przesady romantyczny, zadumany, ze sporą dozą nostalgii i zaprawione to wszystko graniem progresywnym. Jednym słowem można określić go jako "słitaśny". Co się stało z tym zespołem - nie wiem. Nie chce mi się wierzyć, że nie można było zastąpić wakatu po Brodericku. Po drugie, dlaczego ci panowie usiłują na siłę grać epicko, gdy nie zawsze to się udaje? Wybaczcie mi, ale wkurza mnie te naśladowanie amerykańskiego Warrior z płyty The Code Of Life. To, co się udało tam, nie wypaliło tu. Powód jest właściwie jeden - brak pomysłów na to "coś". Na pociągnięcie atmosfery, która tu i ówdzie ładnie się krystalizuje. Nie mam tu na myśli straszliwego męczenia się Conklina w Condemned To Fight. Niby wszystko jest na właściwym miejscu i właściwie brzmi w porządku, ale to silenie się na nadanie tej kompozycji epickiego charakteru doprowadza mnie do szału. Nie zrozumcie mnie źle: to jest bardzo dobry kawałek i noga sama tupie, niemniej jednak ten refren można było chyba jakoś ładniej rozwiązać i nie byłoby powodów do czepiania się. A to, że można było to zrobić, zespół udowodnił w The Setting Of The Sun. Jest majestatycznie, królewsko, bardzo wolno i dostojnie. Cholera, dlaczego cała płyta nie jest właśnie taka? Posłuchajcie tych partii smyczków w tle, jak ładnie uzupełniają ten utwór. Bardzo żałuję, że nie pociągnięto tego dalej w Bringing On The End. Ba, mało tego. Moim zdaniem tymi wokalami Harry Conklin wszystko psuje. Raz bardzo mocno, potem znów lżej, miękko i łagodnie. Eeeeee.... Szlag mnie trafił przy tym zwolnieniu. Ja nie oczekiwałem płyty, która mnie zniszczy, rozbije i zamiecie pod dywan, ale to co tu się dzieje, absolutnie mnie nie przekonuje. Silenie się na granie stricte progresywne nie wychodzi temu zespołowi na dobre i zupełnie mnie nie przekonuje. Jest cała masa formacji, które robią to dużo lepiej i Jag Panzer nie powinien być jednym nich. Podniosły mi się skrzydełka przy bardzo fajnym i takim bardzo brytyjskim Call To Arms. Dlaczego, dlaczego spieprzono ten ładnie rozwijający się kawałek takim paskudnym refrenem? Po jakie licho aż tyle lukru do tego? Po co? Wiecie, czego ja oczekiwałem od tego wydawnictwa? Takich morderczych i agresywnych utworów jak Cycles. Grupa postarała się jednak i tu o dobijający refren. Czy nie można było tu dać czegoś prostszego, fajniejszego? Zamiast tego dostajemy kolejny, lukrowany niczym pączek, refren. Fajnie, każdy lubi wrzucić na ruszt cosik słodkiego, ale to już jest przesada. Wielka szkoda, bo refreny w Jag Panzer zawsze były wizytówką utworów. Nie podoba mi się także ten do przesady rycerski i patetyczny Overlord. Takich kompozycji i tak grajacych zespołów nie brakuje. Jag Panzer nie powinien być jednym z nich, bo konkurencja jest o klasę lepsza. Do tego znów te męczące, wysokie wokale Conklina. Jestem zdania, że wokalista nie miał pomysłu na swoje partie i po prostu odwalił tę robotę z marszu, przykładając się do niej tylko w nielicznych momentach. Wkurza mnie także tło tego utworu. No, aż się chce przewinąć ten kawałek i włączyć następny. Tyle, że i w Let It Out nie ma niestety czego słuchać. Taki tam heavy metalowy utworek i nic poza tym. Nie, nie i jeszcze raz nie. To wszystko już było i to milion razy lepiej, a drugiego The Code Of Life nie bedzie. Wielka szkoda, że Union ratuje właściwie tylko ładny refren. Natomiast nie mam słów nagany dla gitarzystów. Dlaczego zagrali tu tak słabo? Przecież gdyby nagrać to nieco inaczej, to zrobiłoby się naprawdę fajnie. No, trzeba by też porządnie ochrzanić Conklina za ten jego zblazowany śpiew. Wyobraźcie sobie go śpiewajacego tak na Casting The Stones. Takie coś by nie przeszło. Tu niestety jest tego o wiele za dużo. To samo jest w zupełnie nijakim Burn. Słucha się tego, słucha i... nic. To mogłoby być coś więcej, gdyby nie znów przesłodzony refren, który moim zdaniem zupełnie tu nie pasuje. Wreszcie koniec płyty i wieńcząca ją najdłuższa na płycie kompozycja zatytułowana The Book Of Kells. Tak, o to chodziło. To jest to, czego oczekiwałem. Jednak można było wycisnąć coś więcej, tak jak w drugim utworze na tym LP. Tu wszystko do siebie pasuje. Nic nie drażni, a całość zaciekawia i wciąga. Znów jest majestatycznie, królewsko, klimatycznie, epicko, rycersko, bardzo wolno i dostojnie. Dlaczego, dlaczego całość od początku do końca nie jest właśnie taka? Gdyby Jag Panzer zaproponował płytę utrzymaną w takiej manierze, to byłaby prawdziwa bomba. A tak mamy krążek bardzo przeciętny z nielicznymi przebłyskami świetności.
Jest to album przekombinowany, za smutny, rzewny i za bardzo urozmaicony. Plusem jest doskonała produkcja i świetnie ustawiona sekcja, a to jest coś, na co ja zwracam uwagę w pierwszej kolejności. Nie jest to płyta dla mnie, ja nie umiem przełknąć tego, co oni tu zaproponowali. Całość zaskakująca, można zaryzykować stwierdzenie, że i nawet świeża. Jednak ja do tej płyty nie będę wracał zbyt często. Bo to nie jest Casting The Stones, ani tym bardziej Ample Destruction. Hmmmm.... To wciąż jest Jag Panzer, ale już nie ten o jaki mi chodzi. Ode mnie nieco naciągane 7/10. Umiarkowanie polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.jagpanzer.com
Vincent luty 2011
|