Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

JADED HEART - Perfect Insanity [2009]
Wydawca: Frontiers Records

  1. Intro
  2. Love Is A Killer
  3. Fly Away
  4. Blood Stained Lies
  5. Tonight
  6. Freedom Call
  7. One Life One Death
  8. Rising
  9. Hell Just Arrived
  10. Psycho Kiss
  11. Come To The Feast
  12. Exterminated
Perfect Insanity

Skład: John Fahlberg - śpiew; Peter Östros - gitary; Michael Müller - gitara basowa; Henning Wanner - instrumenty klawiszowe; Axel Kruse - perkusja i instrumenty perkusyjne

Produkcja: Michael Voss, Chris Lausmann i Dennis Ward

Od wydania poprzedniego krążka minęły wprawdzie dwa lata, ale dla Jaded Heart czas jakby zatrzymał się w miejscu. Wypróbowana przy Sinister Mind formuła sprawdziła się, więc i receptury nie zmieniono przy okazji Perfect Insanity. Ta sama ekipa odpowiada za kompozycje, przy brzmieniu znów maczają palce panowie Voss, Laussmann i Ward, nawet patrząc na okładkę można się zastanawiać, czy to aby nie deja vu (czyżby zespół dorobił się maskotki, własnego Eddiego?).

Tak więc będzie raczej bez niespodzianek. Płyta startuje bardzo zmyślnym demonicznym, mrocznym intrem. Najpierw mamy jakieś cofane na przyspieszeniu taśmy, potem na tle transowo powtarzanych melodii pojawiają się dźwięki jak zza mgły, jak gdyby ktoś oglądał głośno telewizyjne wiadomości trzy pokoje dalej, lub jak kto woli - ktoś leżał na szpitalnym łożu w śpiączce i słyszał jakieś głosy koło siebie, na końcu niespodziewanie zalotnie kobieta zaproponuje nam taniec... Ale o tańcu nie może być mowy przy kolejnym Love Is A Killer, no chyba że mówimy o pogo. Szybki numer z prostym, lecz wyrazistym hard rockowym riffem i wokalami w refrenach, wyciągniętymi jakby z Pink Cream 69 i power metalowymi momentami jak ze starych płyt Malmsteena (ba, nawet pokuszono się o neoklasyczną solówkę). Jest nieźle i fani poprzedniego krążka nie będą zawiedzeni. Zagrywki pojawiające się we Fly Away słyszałem już setki razy, choćby u wspomnianych wcześniej Pinków, nadal jednak cieszą one moje ucho. Ogólnie rzecz ujmując jest ostro, a zarazem bardzo melodyjnie, czyli taki sprawdzony sposób na zrobienie rockowego przeboju. Na uwagę zasługują też akustyczne wstawki rodem trochę jak z ballad na płytach Kinga Diamonda. Blood Stained Lies charakteryzuje się przede wszystkim swoim podbitym tempem, choć nie brak tu też momentów mrocznych i symfonicznych. Najsłabszym ogniwem okazują się być refreny, które w porównaniu ze zwrotkami wypadają po prostu mało ciekawie. Chociaż jest dobrze, mogłoby być lepiej. Po szybszym secie przyszła chłopakom ochota na coś wolniejszego i zaserwowali słuchaczom Tonight. Ballada tego chyba nazwać nie można, nie ma tutaj słodkich klawiszy ani ckliwych partii gitar akustycznych, są przesterowane wiosła, tyle że grają znacznie wolniej niż wcześniej. W solówkach Östros pozwolił sobie na wycieczki w rejony bluesowe, co w połączeniu z ogólnym nastrojem kompozycji tworzy bardzo specyficzny klimat. Nie na długo, bowiem Freedom Call prezentuje neoklasyczny, "malmsteenowsko-pellowski" power metal. Znów jest szybko, proste riffy gitar podbijane są jednostajnym kłusem perkusji, a Fahlberg za mikrofonem niemal wciela się w Jeffa Scotta Soto (przy pewnych rejestrach głosu możliwości gardeł obu panów są bardzo zbliżone). OK, podoba mi się to, o ile jest grane tylko od czasu do czasu, bo od nadmiaru takich rozwiązań mogłoby zemdlić. Zapewne dlatego kolejny kawałek to już ballada sensu stricto. One Life One Death opiera się na gitarach akustycznych, gdzie tło tworzą dyskretnie wplecione klawisze, aczkolwiek nie zabrakło i przesterów, chociaż akurat gitara rytmiczna wygrywa tu tylko "stojące" akordy. Zaskakują tylko nieco aranżacje perkusyjne z początku utworu, gdyż brzmią nieco popowo, coś jak w balladach u boysbandów, a efekt wzmagają jeszcze w podobny sposób zaaranżowane chórki. Dość spokojnym numerem jest również Rising, choć tym razem to już ścieżka typowo rockowa. Po raz kolejny można wychwycić wiele podobieństw do Pink Cream 69, poczynając od samego tempa piosenki, a na rozwiązaniach melodycznych kończąc. Czasem nawet zastanawiam się, czy aby kopia nie wypada momentami lepiej od pierwowzoru. W porównaniu z poprzednikami takim sobie kawałkiem wydaje się być Hell Just Arrived. Brakuje w nim czegoś porywającego, chociaż samej ścieżce ciężko jest zarzucić coś konkretnego. Trochę tu wpływów z wolniejszych kompozycji Malmsteena i słychać, że Östrosowi granie neoklasycznych solówek coraz bardziej się podoba. Z Psycho Kiss trafia do mnie właściwie tylko refren, reszta kawałka jest zaledwie taka sobie - przypomina mi co słabsze pozycje z drugiej płyty Wicked Sensation. Gdyby przypominała mi te najlepsze, to pewnie byłbym wniebowzięty, ale cóż, zbliża się koniec albumu i prawdopodobieństwo napotkania słabszego materiału wzrasta. Znacznie lepiej jest w uzbrojonym w bujający rytm Come To The Feast, chociaż rewelacji też nie ma się co spodziewać. Takie pomysły słyszeliśmy już w realizacjach u Malmsteena i Pella, więc otrzymujemy raptem powtórkę z rozrywki. Z drugiej strony, czy w tym gatunku można jeszcze wymyślić coś nowego? Ostatnie w zestawie jest Exterminated, ukłon w stronę tych, którzy wolą szybsze i bardziej energetyczne utwory. Cóż, ścieżka poprawnie zagrana, lecz znów mało oryginalna i osłuchana tysiące razy, stąd i ciężko popaść przy niej w nadmierną ekscytację. Zespół celuje w liczną w rodzinnym kraju grupę słuchaczy lubujących się w rytmach z pogranicza hard rocka i power metalu.

W ogólnym rozrachunku płyta jest chyba nawet lepsza od Sinister Mind (więcej dobrych kawałków), choć nie da się ukryć, że zawartość obu krążków jest do siebie zbliżona. Przede wszystkim album polecałbym tym, którzy gustują w Pink Cream 69, Wicked Sensation, płytach Yngwiego Malmsteena z pierwszej połowy lat '90 i klasycznych już wydawnictwach Axela Rudiego Pella, to pozycja dla nich. W sumie jeden z lepszych krążków roku 2009.

Oficjalna strona zespołu: www.jadedheart.de

Guitarrizer
październik 2009