|
Skład: Blaze Bayley - śpiew; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - gitara basowa; Nicko McBrain - perkusja
Produkcja: Steve Harris i Nigel Green
W 1993 roku szeregi Iron Maiden opuścił charyzmatyczny wokalista Bruce Dickinson, co dla wielu fanów było szokiem. Zaskoczenia nie krył też Steve Harris, który rozzłoszczony oznajmił, że dla Bruce'a powrotu do Maiden już nie ma. Jak się okazało, wystarczyło 6 lat, by basista Żelaznej Dziewicy zmienił zdanie. Ale w tym czasie Ironi zdążyli nagrać dwie płyty z innym wokalistą, którym w 1994 roku został Blaze Bayley. Blaze udzielał się wcześniej w zespole Wolfsbane, formacji słabo znanej poza Wielką Brytanią, ale jednak szanowanej wśród fanów hard rocka. Zatrudnienie go w Iron Maiden miało najwyraźniej podłoże czysto towarzyskie, gdyż jako kolega Harrisa świetnie potrafił się z nim dogadać w ciężkich dla Ironów czasach.
The X Factor to długa płyta, przesączona klimatem niezbyt optymistycznie nastrajającym. Monumentalizm tych kompozycji jest niemal dostojny, co w zespole tego rodzaju robi dziwne wrażenie. Nie wszyscy to kupili, ale nie da się ukryć, że Iron Maiden AD 1995 był grupą dojrzałych, świadomych swojej ścieżki muzyków. Wydawnictwo otwiera 11 minutowy Sign Of The Cross. Spokojny wstęp z typowo wybijanym rytmem przy delikatnym akompaniamencie gitary od razu przywodzi skojarzenia z płytą Seventh Son Of A Seventh Son. I ta właśnie kompozycja ma taki klimat, nieco złowrogi, podniosły, coś jak z tamtego koncept albumu. Problem w tym, że Blaze śpiewa zupełnie inaczej niż Dickinson, po prostu niżej, z ogromnym powerem, zapominając o melodyjności. Jego siłowy wokal może nie jest zły, tych kompozycji też specjalnie nie jest w stanie zepsuć, bo nie mamy tutaj żadnego rock and rolla, ale przypomnijmy sobie, jak śpiewał w Wolfsbane. Tam starał się naśladować Davida Lee Rotha, tutaj tego nie ma (może i słusznie, wszak Iron Maiden to nie Van Halen). Jest patos, co niby normalne w Iron Maiden, ale też nie można przesadzać. Najciekawszym punktem Sign Of The Cross są solówki, na potrzeby których zespół przyspiesza. Ciary, po prostu ciary. Utwór Lord Of The Flies usłyszałem jako pierwszy z tego krążka w audycji radiowej, zanim jeszcze The X Factor trafił do sprzedaży i od razu polubiłem ten numer. Refren arcyciekawy i bardzo chwytliwy, ale podoba mi się też podejście do samych gitar. Czasami słyszę echa Somewhere In Time, co niezwykle cieszy. "Saints and sinners something willing us to be lord of the flies..." to nuciłem jeszcze przez kilka dni po wysłuchaniu pierwszy raz tego nagrania. Man On The Edge promował całe wydawnictwo i został zobrazowany doskonałym
wideoklipem. Jak wiadomo, Maideni lubią, by kawałki promujące ich krążki były możliwie krótkie i szybkie. Taki jest Man On The Edge, niby jakieś podobieństwa z Be Quick Or Be Dead, o co zapewne chodziło, ale jak dla mnie ten kawałek tu średnio pasuje. Nie że jest zły, po prostu wepchnięcie go w ten zestaw to ewidentna próba zaklinania rzeczywistości. Jest owszem najkrótszy na całej płycie, bo trwa nieco ponad 4 minuty, a tutaj to jedyna kompozycja poniżej 5 minut. Następne dwa kawałki, czyli Fortunes Of War i Look For The Truth, są do siebie stosunkowo podobne. Oba zawierają balladowe tematy, z tym że o ile Fortunes Of War to patetyczne wynurzenia weterana wojennego, o tyle Look For The Truth jest mniej napuszone i też ciekawsze. Nie ma oczywiście odejścia od typowego schematu kompozycji Iron Maiden, ale słuchanie tych bogato brzmiących riffów to coś, co cieszy moje ucho. Podobne podejście do konstruowania riffów mamy w The Aftermath, który jest w dalszym ciągu marudzeniem o wojnie (nie lubię, kiedy Steve podejmuje ten temat. Toleruję to u Rogera Watersa, ale Harris, z całym szacunkiem, to inny format muzyka rockowego). Niemniej jednak sam kawałek przedni i wkradło się tutaj trochę hard rocka. W sumie więcej tego typu pomysłów było na Fear Of The Dark (pamiętacie The Apparition?). Naturalnie wszystko zostało rozdmuchane do bizantyjskich rozmiarów i w dalszej części utworu mamy na to dowód (monumentalne zagrywki i wokale), ale, tak czy siak, buja jak za starych dobrych czasów. Jeden z moich ulubionych numerów w zestawie. Judgement Of Heaven podobnie jak Lord Of The Flies
też zdążyłem poznać przed oficjalną premierą albumu i od razu utwór przypadł mi do gustu i przez długi czas już po zapoznaniu się z całym materiałem był moim faworytem z The X Factor. Z tekstu wynika, że ktoś już szykuje się na tamten świat, a Bayley z goryczą w głosie śpiewa kolejne linijki tekstu. Sama kompozycja przednia, na początku tylko Bayley i sekcja rytmiczna, później średnie tempo, no i w końcu średnio szybkie, gdzie Maiden rozwija się w klasycznym dla siebie stylu - "gdybyś miał szansę przeżyć swoje życie ponownie, czy zmieniłbyś coś czy pozostawiło wszystko po staremu". Genialny kawałek. Blood On The World's Hands nigdy mnie specjalnie nie kręcił, ot apokaliptyczny, patetyczny ciężki utwór rockowy. Ale obiektywnie rzecz biorąc nie ma się do czego przyczepić. Refren zdecydowanie słaby i choćby to psuje obraz całości. The Edge Of Darkness, czyli powrót do wojennych opowiastek. To nagranie pewne uznanie wśród fanów zyskało, aczkolwiek nie moje. Po prostu jedno Fortunes Of War wystarczy i nie widzę potrzeby, żeby znęcać się nad tym schematem tym bardziej, że The X Factor i bez
tego to długa płyta. I kiedy tak myślałem "już że nic mnie do końca nie zaskoczy", dwie doskonałe kompozycje na deser. Najpierw 2 A.M., zaczyna się od spokojnej partii jak większość materiału na tym albumie, dalej jest różnie, ale co ważne, fajnie i zawodowo. "Wróciłem z pracy o drugiej nad ranem i siadłem przy piwie..." - w końcu jakiś normalny tekst ;). W sumie dużo tu egzystencjonalnych wynużeń, ale najbardziej podoba mi się solówka, która przyprawia mnie o ciary na plecach. W tym akurat numerze mniej jest patosu, za to więcej rock and rollowego nerwa, chociaż oczywiście nie spodziewajmy się tutaj czegoś w stylu Die With Your Boots On czy Back In The Village. To jest Maiden AD 1995, roku w którym niezbyt wiele dobrego działo się na scenie heavy metalowej i ten album trafnie oddaje nastroje muzyków w tamtym okresie czasu. A na sam koniec opus magnum, mój ulubiony fragment tej płyty - The Unbeliever. Początek żywcem wyjęty z płyty Seventh Son Of A Seventh Son, dalej jednak mamy coś zupełnie innego. "Całe życie uciekałem, całe życie starałem się ukryć". Mocne, agresywne tematy mieszają się z relaksacyjnym graniem, jakie zespół zaprezentował w utworze Prodigal Son wieki temu. Oczywiście niezbyt długo taka zabawa trwa, bo utwór rozwija się progresywnie (to chyba najbardziej porogresywny numer Ironów w całej ich karierze, no a z pewnością na The X Factor). Tempa zmieniają się często, a to co urzeka mnie tu najbardziej, to melodia i solówki
wygrywane na delikatnym podkładzie z unisona perkusji i basu, zaczynające się w połowie czwartej minuty. Trwa to co prawda niecałe dwie minuty, ale trzeba jakoś zagospodarować 8 minut, w których zmieszczono te wszystkie ciekawe pomysły. Wielkie zakończenie wielkiej płyty.
Tak, mili Państwo, dobrze przeczytaliście. The X Factor to dla mnie ostatnia wielka płyta Iron Maiden i to mimo wymiany doskonałego wokalisty na takiego sobie. Ten album niewątpliwie jest inny od wcześniejszych nie tylko ze względu na wokale, ale przede wszystkim na klimat. Tutaj patos i monumentalizm sięgają zenitu. Można to lubić albo nie, dla mnie Iron Maiden nabrali iście progresywnego rozmachu prezentując te utwory. Nawet dobrano odpowiednio brzmienie, gdzie gitary trochę cofnięto, użyto gdzieniegdzie syntezatora, co nadaje niektórym fragmentom orkiestrowego rozmachu (dobrze słychać to np. w utwórze otwierającym całość). Jeśli ktoś nie zaakceptował tego oblicza Ironów wtedy, teraz pewnie też tej płyty nie pokocha, ale ci którzy potrafią zrozumieć, że Iron Maiden w 1995 byli po prostu innym zespołem, mogą spokojnie podejść bez uprzedzeń do tej produkcji. Jak dla mnie obecne wygłupy Harrisa już z Dickinsonem w składzie kalają dobre imię tego zespołu. A po The X Factor wciąż chętnie sięgam.
Oficjalna strona zespołu: www.ironmaiden.com
LSDisease luty 2011
|