Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

IRON MAIDEN - The Number Of The Beast [1982]
Wydawca: EMI / Sony/ Raw Power / Harvest / Phantom Sound & Vision / Castle Records
/ Capitol

  1. Invaders
  2. Children Of The Damned
  3. The Prisoner
  4. 22 Acacia Avenue
  5. The Number Of The Beast
  6. Run To The Hills
  7. Gangland
  8. Hallowed Be Thy Name
Dysk 2: {tylko w reedycji]
  1. Total Eclipse
  2. Remember Tomorrow (live)
The Number Of The Beast

Skład: Bruce Dickinson - śpiew; Dave Murray - gitary; Clive Burr - perkusja; Adrian Smith - gitary, chórki; Steve Harris - gitara basowa, chórki

Produkcja: Martin Birch

Trzeci album Iron Maiden to pierwszy tego zespołu, z którym się zetknąłem i jeden z pierwszych heavy metalowych krążków, jakie usłyszałem. Płyta na pewno dla mnie szczególna, ale i szczególna dla wszystkich fanów Iron Maiden. Prawdziwym przełomem okazało się zwolnienie z zespołu wokalisty Paula Di Anno i zatrudnienie lepszego gardłowego, frontmana grupy Samson - Bruce'a Dickinsona. Rozpisywanie się na temat możliwości wokalnych Dickinsona nie ma najmniejszego sensu, gdyż to jeden z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów rockowych wszechczasów. Stworzył pewien kanon rockowych wokaliz, z którego korzystali metalowi krzykacze na całym świecie. Muzycznie Ironi też w owym czasie poszli bardzo do przodu, poprawiło się brzmienie zespołu. Słowem nastąpiła eksplozja talentu Steve'a Harrisa i spółki.

The Number Of The Beast, jak na płyty kultowe przystało, posiada bardzo bogatą otoczkę towarzyszącą muzyce. Związana jest ona w dużej mierze z okładką wydawnictwa, na której Eddie wyłania się z mroku nocy, a u jego stóp mały czerwony diabełek szafuje dokładnie tym samym gestem prawej dłoni co maskotka Iron Maiden. I właśnie przez tego diabełka i tytuł płyty przyklejono grupie łatkę satanistów. O żadnym sataniźmie być mowy jednak nie może, chociaż muzyka na The Number Of The Beast jest dosyć agresywna. Całość rozpoczyna krótki, szybki heavy metalowy Invaders. Zarówno ten numer jak i Gangland były bardzo krytykowane w późniejszym okresie przez samego Harrisa, ale uważam, że całkiem niesprawiedliwie. Obie kompozycje są mocnymi puntkami tego wydawnictwa, a przede wszystkim punkowa energia, która nie oszukujmy się, towarzyszyła grupie od początku, tutaj przeradza się w naprawdę ostre wymiatanie. Właśnie Gangland to chyba najbardziej agresywny numer na płycie. Ale Invaders też nie rozczarowuje. Jeśli ktoś szuka dynamicznego metalu zagranego z polotem i witalnością, takie utwory są dla niego. Słowo 'agresja' może nie jest najlepszym określeniem dla zadziorności Ironów, bo jeśli Numer Bestii to agresywna płyta, to co powiedzieć o takim Taking Over amerykańskiego Overkill? Jednym z cięższych i potężniejszych kawałków Maiden jest utwór 22 Acacia Avenue. Autorem muzyki do tej kompozycji jest Adrian Smith, który grał ten kawałek już ze swoim wcześniejszym zespołem Urchin. Tekst do Aleji Akacjowej napisał Harris i stanowi on kontynuację z opowieści Charlotte The Harlot, którą możemy znaleźć na debiucie Ironów. Żeby się dłużej nad tym nie rozwodzić, powiem, że kawałek traktuje o prostytutce imieniem Charlotte. Cóż, temat dobry jak każdy inny. Przy pierwszym odsłuchu Numeru Bestii najwięcej uwagi zwróciłem na utwór Prisoner. Zainspirowany przez brytyjski serial telewizyjny o tym samym tytule, utwór rozpoczyna mówiony wstęp wypowiedziany przez aktora tego serialu Patricka McGoohana. Po czym Żelazna Dziewica rozkręca się w swoim wiadomym stylu. Utwór co prawda niezbyt skomplikowany, ale dzięki ciekawemu rozkręcającemu się intro udało się zapełnić 6 minut krążka. Te riffy grają niemal punkowo, lecz czadu tutaj więcej niż w jakimkolwiek punkowym zespole tamtego okresu. Jest też melodyjny, zapamiętywalny refren. Po prostu hicior. Kawałek podobnie jak "Acacia" jest również autorstwa Adriana Smitha. W ogóle wydaje mi się, że już wtedy Adrian mógł pójść fifty fifty z Harrisem gdyż pomysłów mu nie brakowało (Gangland też jest jego). Na pozycji numer dwa nieco nostalgiczny, pół balladowy Children Of The Damned. Wspaniały utwór i kto wie, czy po latach nie oceniam go jeszcze lepiej niż wtedy. Po prostu klasyka metalu, ze świetnymi solówkami zagranymi m. in. hammeringiem i emocjonalnymi wokalizami Dickinsona. Wybór wokalisty był świetny. Nie wyobrażam sobie DiAnno śpiewającego tego utwóru. Po prostu tutaj potrzebna była moc. Dickinson śpiewa lepiej, mocnej, bardziej metalowo. O to chyba zespołowi chodziło. Największe uznanie jeśli chodzi o The Number Of The Beast, zyskały 3 kompozycje znajdujące się na stronie B albumu (mały ukłon w stronę zwolenników płyt analogowych;)). Po pierwsze kawałek tytułowy ze słynnym mówionym wstępem, zobrazowany zabawnym teledyskiem będącym skrzyżowaniem koncertowego oblicza zespołu z parodią telewizyjnych konkursów tańca;). Numer Bestii to żywiołowy heavy metal, bardzo charakterystyczny dla Ironów i taki też jest Run To The Hills, jeden z największych przebojów Iron Maiden w całej ich karierze. Do niego również nakręcono teledysk, na którym ujęcia zespołu przeplatają się z jakimiś wycinkami starych filmów o Indianach. Nie będę komentował samej kompozycji, bo ją każdy zna. Dodam tylko, że nie jest ona na szczęście (kill me;)) reprezentatywna dla całego albumu, gdyż materiał tutaj jest w miarę różnorodny. Dowodem na taką różnorodność jest na przykład epicki zamykacz albumu - 7 minutowy Halloweed Be Thy Name. Czego tutaj nie ma. Wolny początek tego kawałka kojarzy mi się z grupą Black Sabbath, co zapewne było zamierzone. Dalej Maiden rozpędza się, a wokalista z pasją wykrzykuje kolejne linijki tekstu skazańca, który ma zawisnąć na szubienicy (sztampa, ale w 1982 roku nikt się tym nie przejmował). I tak kończy się jeden z najlepszych albumów metalowych wszehczasów. 8 utworów, 3 kwadranse muzyki. Dla tych, którym to za mało, przygotowano wersję remastered. Jedna z 1995 roku zawiera dwa dodatkowe numery (Total Eclipse oraz koncertową wersję Remember Tomorrow pochodzacą z pierwszego występu Dickinsona z Ironami), druga z 1998 roku wzbogacona jest o Total Eclipse oraz prezentację multimedialną, na którą składają się dwa teledyski nakręcone do utworów z tej płyty.

The Number Of The Beast to już klasyka. Mimo że album ukazał się 27 lat temu, wciąż porywa nowe pokolenia fanów heavy metalu. I to właśnie taki wzorzec tego gatunku. Album-Biblia dla każdego szanującego się metala. Fani hard rocka też powinni po ten krążek sięgnąć. Choćby po to, by go znać. Ale mam wrażenie, że nawet fan Bon Jovi będzie przytupywał do Run To The Hills. Co jak co, ale melodii w tym nie brakuje. A chyba o to chodzi.

Oficjalna strona zespołu: www.ironmaiden.com

LSDisease
marzec 2009