|
Skład: Bruce Dickinson - śpiew; Dave Murray - gitary; Nicko McBrain - perkusja i instrumenty perkusyjne; Adrian Smith - gitary, chórki; Janick Gers - gitary; Steve Harris - gitara basowa, instrumenty klawiszowe, chórki
Produkcja: Kevin Shirley
Iron Maiden - któż nie zna tego zasłużonego dla muzyki metalowej zespołu? Myślę, że nie ma osoby, która nie słyszała choćby kilku utworów tych panów. Cztery lata kazali czekać fanom na nowy album. Po drodze ukazało się jeszcze DVD Live After Death, potem kolejna (sam nie wiem, która już) składanka "Best of", znowu kolejne DVD, zatytułowane Flight 666 i na koniec album koncertowy Flight 666: The Original Soundtrack. No i w końcu jest!
Przyznam, że z dużą ciekawością odpalałem ten krążek, byłem ciekawy, czy zespół poddźwignie się po miażdżących recenzjach A Matter Of Life And Death i czy zdołał nagrać album lepszy i podobno - wedle zapowiedzi - ostatni LP w swojej długiej karierze. Jaki więc jest ten nowy krążek? Może na początek powiem, że nie jest zły. Ale wszystko po kolei. Spora część fanów zapewne chciałaby, żeby w świetle zapowiedzi zespołu o zejściu ze sceny była to najlepsza płyta Iron Maiden w XXI wieku. Niestety tak nie jest. Ale nie jest też tak tragicznie, jak spodziewała się cała rzesza malkontentów. Gdzieś czytałem, że pierwsza część płyty jest nudna jak flaki z olejem. Tymczasem mi spodobała się niemal od razu, choć hipokrytą nie jestem i przyznam, że na początku kręciłem nosem, szczególnie na pierwszy w kolejce Satellite 15... The Final Frontier, który w zasadzie składa się z przynajmniej trzech części. Najpierw dość dziwne jak na IM długie, a może nawet zbyt rozciągnięte intro, potem klasyczne maidenowe granie, choć ta zmiana nastąpiła no... zupełnie nie w ich stylu i jak na mój gust powinno to zostać rozegrane inaczej. Zespołowi zachciało się jednak zagrać to właśnie tak, a ja się nie znam i już. Na koniec klasyczny heavy metalowy finał. Ciekawy byłem również formy wokalisty. I co tu dużo gadać, wujek Bruce po prostu nie zachwyca i już. Biorąc pod uwagę jego wiek nie ma co się temu dziwić. W górnych partiach już właściwie niedomaga, ale wrażenie mogą nadal robić te niższe, "teatralne" partie wokalne, z których jest on chyba najbardziej znany. No cóż, starość nie radość. Zrobił jednak to co do niego należało, na tyle ile mógł i chwała mu za to. Podoba mi się również El Dorado, utwór na który wielu kręciło nosem, zaraz po tym jak zespół udostępnił go jako singla pilotującego wydawnictwo. Trzeba również zwrócić uwagę na niezbity fakt, jakim jest sięganie przez zespół na tej płycie w swoją chlubną przeszłość. To tylko potęguje moje zadowolenie i w niczym nie przeszkadza. Tak jest na przykład w Mother Of Mercy. Kawałek ten balansuje sobie gdzieś na granicy Brave New World i Dance Of Death. Zaskoczony i to bardzo słucham Coming Home. Bo to nagranie ma w sobie nie tylko dużo ze starego Iron Maiden, ale także coś z solowych dokonań Dickinsona, by daleko nie szukać, podobny klimat znajdzie się w Chemical Wedding albo Accident Of Birth. Zaskoczeni? Bo ja bardzo. Bezsprzecznie to jest pierwszy hit na tym krążku. Mówiłem już, że mamy tu nawiązania do przeszłości, nie? The Alchemist to prawie bezpośrednie nawiązanie do klasycznych nagrań Dziewicy, choćby z czasów Afraid To Shoot Strangers. I w zasadzie nie można się tym nawiązaniom dziwić, bo przecież każdy stary zespół, który jeszcze dziś gra, ile się da, bezsprzecznie wykorzystuje te same patenty, które były już zagrane kiedyś tam, i będą one bardziej lub mniej podobne, ale zawsze będą. Teatralny Isle Of Avalon znów ma w sobie coś z solowych nagrań Dickinsona. Choć ja słyszę tu także coś z mojej ukochanej Somewhere In Time. Oczywiście za sprawą solówek Adriana Smitha. Bardzo lubię u Iron Maiden takie wstępy jak w Starblind. I znów nie mogę się uwolnić od skojarzeń, tym razem również od przywoływanego wcześniej krążka. To nie jest zarzut oczywiście. Wolno, za wolno jak na mój gust rozwija się The Talisman. Ale znów jest tu nawiązanie do przeszłości. Znów coś z Afraid To Shoot Strangers, ale równie dobrze mogłaby się ona znaleźć na wcześniejszym A Matter Of Life And Death. W dorobku Dziewicy uwielbiam między innymi takie utwory jak The Man Who Would Be King. Znów sporo z Somewhere In Time. Ale jest tu też fajna zwrotka i równie dobry refren. Już nic nie mówię o epickim intrze. When The Wild Wind Blows to utwór napisany przez zespół po przeczytaniu noweli Raymonda Briggsa o tym samym tytule. Doskonały koniec płyty, sam utwór dość mocno przypomina mi te napisane na potrzeby krążka Brave New World. Drugie The Thin Line Between Love And Death to może nie jest, ale słucha się tego kawałka doskonale. I nie wiem, czy nie jest to najlepsza kompozycja na tej płycie.
Nie jest to tak do końca to, czego oczekiwałem, ale nie mogę powiedzieć, że jest to zła płyta. To w dalszym ciągu jest Iron Maiden. Gdzieś przeczytałem, że ten LP spodoba sie tylko fanatykom Dziewicy. No cóż, jestem zdania odmiennego. To jest niezły album, może nie genialny, bo i nie ma tu killerów. Kolejna solidna pozycja i tyle. Czy naprawdę jest to "Ostateczna Granica" do której formacja rzeczywiście dotarła? Wolałbym nie, ale jeśli... to pożegnanie jest godne. Tyle ode mnie. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.ironmaiden.com
Vincent sierpień 2010
|