|
Skład: Randy Bachman - śpiew , gitara, syntezatory; Tom Sparks - śpiew, gitara; Ron Foos - gitara basowa; Chris Leighton - perkusja
Barry Allen - chórki, Michael Baird - perkusja; Mavis McCauley - chórki; John Pierce - gitara basowa
Produkcja: Randy Bachman
Dziwny był to koń. Z jakimś takim naprawdę głupawym wyrazem mordy, ni to zdziwionym, ni wystraszonym i rozczapierzoną grzywą. Łeb miał ze stali, natomiast dalej, idąc w stronę tułowia, wydawałoby się, przeistaczała się ona płynnie w prawie zwyczajne końskie ciało. Prawie, bowiem biedny zwierz pozbawiony był kończyn. Rozpalone do czerwoności kikuty płonęły ognistym blaskiem. Ogon rozpływał się w żarze ukazując jakąś nie do końca sprecyzowaną rozciągliwą masę. Musiał być to koń-gigant, gdyż stojący obok niego człowiek (kowal?) wyglądał przy tej dziwnej kreaturze jak przeciętnych rozmiarów pies. Nad nimi wiadro z porażająco jasną substancją i jakaś drewniana maszyneria. Ponad całą tą uroczą sceną wersalikami napisane enigmatyczne hasło: IRONHORSE.
Nie od dziś mój zachwyt wzbudzają stare, kiczowate okładki płyt. Mają w sobie coś magicznego i potrafią wiele powiedzieć o kapeli. Czasem na podstawie takich obserwacji intuicyjnie po prostu wyczuwa się, czy jest to muzyka dobra. Tak było i tym razem, a powód całego tego zamieszania z koniem stanowiła pewna moja wizyta w barze, kiedy to na ścianie ujrzałam tę starą winylową (pech, bo pustą) okładkę "żelaznego rumaka". Na pytanie co to za zespół, nikt nie udzielił mi odpowiedzi. Okładka była po prostu "fajna" i dlatego też została tam wyeksponowana. Po jakimś czasie udało mi się dorwać ów album, razem z nim wynaleźć trochę wiadomości o samej formacji. Ironhorse - tutaj od razu uprzedzam: nie mylić z Iron Horse Rona Keela, czy też szkockim bluegrassowym zespołem o tej samej nazwie, to rockowa kapela z Kanady (konkretnie Winnipeg, prowincja Manitoba) utworzona w 1978 roku dzięki działalności byłego członka The Guess Who oraz Bachman Turner Overdrive, gitarzysty i wokalisty Randy'ego Bachmana (kto zna chociaż tę pierwszą pozycję, może mieć już pewien obraz naszej "końskiej" muzyki). Jako pozostali członkowie udzielali się tam Tom Sparks (wokal, gitara), Chris Leighton (bębny) oraz Ron Foos (bas); skład nieznacznie ulegał zmianom, ale różne źródła podają mało pewne informacje. Właściwie zespół ten już z góry był spisany na niepowodzenie. Był on chyba czymś w rodzaju ratowania kariery muzycznej pana Bachmana. Rozwiązując BTO próbował on swego szczęścia w działaniu solowym, niestety zakończyło się to porażką. Tym sposobem doprowadził on do powstania kolejnej (niestety!) niedocenianej (niestety!), słynącej później z jednego hitu (niestety...), ale do cholery, naprawdę dobrej kapeli! Być może małe zainteresowanie wynikało z tego, że w owym czasie jak grzyby po deszczu zostawały wydawane albumy o znacznie większej sile przebicia, chociażby takie banalne przykłady jak Highway To Hell AC/DC, Breakfast In America Supertramp, The Wall Pink Floyd... Zdarza się, że pewne mniej komercyjne cudeńka "odkopuje się" jednak dopiero po upływie pewnego czasu. Prawdę mówiąc, zbyt obszernym materiałem poszczycić się nie mogli, nagrali zaledwie dwie płyty - prezentowaną tu przeze mnie Ironhorse (1979) oraz wydane rok po niej Everything Is Grey. Niedługo też podziałali, historia zespołu zakończyła się w 1981 roku po zagraniu ostatniej trasy koncertowej. Smutne, Bachman, zdolny muzyk, a jednak jakoś specjalnie mu się nie pofarciło. Spytacie teraz pewnie, po co właściwie opisywałam całą tę scenerię z koniem. Nie od parady, po prostu łatwiej chyba będzie zrozumieć istotę całokształtu. Samo hasło 'Iron Horse' stało się już pewnego rodzaju ikoną w świecie rock'n'rolla. Każdy, kto ma go we krwi, kto czuje klimat blues rockowych lat siedemdziesiątych, powinien domyślać się o co chodzi. Trudno się dziwić, muzyka, o której mowa, nieodłącznie kojarzy się z pewnym stylem życia. Podróż, drogi wiodące w nieznane, wiatr we włosach, zawrotne prędkości, galopujące rumaki, śmigające motocykle, itd. Zatem ów koń jest tutaj w jakimś sensie swoista interpretacją całego tego rockerskiego symbolu. Dość powikłaną z jednej strony kontynuacją tradycji, z drugiej pewnym jej zniekształceniem poprzez dodanie szczypty humoru, albo może, (nie wiem, czy celową) grę z kiczem, bo nie czarujmy się, ów 'naiwny' obrazek na pewno arcydziełem nie jest. I oto idea całego tego przedsięwzięcia. Powielanie starych wzorców i pewien odlot, co właściwie sprawiło, że opisuję ten album. Początek niepozorny. Witają nas dość spokojne dźwięki nie wzbudzające żadnych podejrzeń, klasycznie jak na tamte lata, rockowo, przyjemnie. Przypominają trochę te spokojniejsze rollingstonesowe, utwory, jednak wokal na pewno nie należy do Jaggera, momentami może kojarzyć się trochę z Rogerem Daltrey'em z The Who. Melodyjny, wpadający w ucho refren. To jednak dopiero rozgrzewka. Kompletny zwrot następuje w kawałku numer dwa. O nim właśnie warto wspomnieć trochę obszerniej, gdyż jest to najbardziej przebojowy song w twórczości Ironhorse. Rozpoczęty nietypowym jak na ówczesne granie stosunkowo szybkim "galopem" perkusyjnym i, o dziwo mało rock'n'rollowym, ma w sobie cechy popu, jakby się ktoś uparł, mógłby powiedzieć, że nawet disco. Zachwyca swoją finezją i wręcz zaprasza do tańca. Zapewne to było przyczyną umieszczenia tejże piosenki na amerykańskiej liście przebojów z 1979 "Top 40". Takie lekkie granie podobało się ludziom i właściwie trochę szkoda, że nasi chłopcy nie kontynuowali dodatkowo grania w tej manierze. Warto zwrócić uwagę na Jump Back In The Light, szczególnie na ciekawe kombinacje z refrenem, w którym śpiew połączony jest z wypowiadanymi słowami. Kompozycja nieskomplikowana, prosta jest przede wszystkim gitara powtarzająca w kółko tę samą sekwencję. Powolna, leniwa, co nie znaczy, że nudna solówka wieńczy całość. Fenomenalne dopełnienie stanowi dodatkowy wokal w tle. Utwór znów otwiera dość specyficzna perka, Randy śpiewa jakby od niechcenia, a może nawet lekko ironicznym tonem, co dodaje niewątpliwie pewnego smaczku. You Gotta Let Go możemy właściwie zaliczyć do ballad. Z jednej strony spokojnie i delikatnie, z drugiej podczas słuchania ogarnia mnie jakiś niepokój połączony z nastrojem dobrym do podumania. Refleksyjnie i tajemniczo. Zdaje się, ze nasz rozgrzany koń pragnie odpocząć. Oczami wyobraźni widzę, jak kłusuje z wolna, we własnym tempie, w oddali krwiście czerwone słońce chowa się za horyzont. Wciąż jeszcze czujemy ślady skwaru dnia, ale spokojny rytm jakby sugerował, że za chwile noc przyniesie ukojenie. Fanom Stonesów polecam także Tumble Weed. Oszczędnej w ozdobniki, surowej i bluesowatej nuty zakosztujemy w There Ain't No Cure. Zwrotki wyśpiewane ostro, z zacięciem, po czym przejście do łagodniejszego refrenu. To mi się naprawdę podoba. Do mniej interesujących atrakcji na tej płycie, które trzeba 'przemęczyć', zaliczam Watch Me Fly. Jak dla mnie, zbędne. To jeden taki wypełniacz kompletnie do odstrzału, na resztę zaś nie można narzekać.
Muzyka ta, ciepła oraz bogata w brzmienie, chociaż wcale nie przekombinowana, doskonale oddaje klimat kończących się lat '70, jakby dobrze się przysłuchać, stanowi po części zapowiedz tego, z czym spotkamy się później. Hard rockowa melodyjność, perkusyjne "bity" . Nie musicie zgadzać się z moimi przemyśleniami. Szczerze mówiąc zdaję sobie sprawę, że nie każdy rozgryzałby zagadki tego albumu w ten sposób, nie mówiąc już o zainteresowaniu się akurat tą pozycją. Być może dokonuję nadinterpretacji. Muzyka jednak jest darem, który odbiera się subiektywnie. Najważniejsze, by cieszyć się jej brzmieniem a wszelkie dociekania potraktować jako drugi plan tej zabawy. Toteż siedzę sobie wygodnie w pokoju wypełnionym dźwiękami Ironhorse. Gdzieś w dalekich wyimaginowanych krainach jakiś rycerz podśpiewując pod nosem "Moja słodka Luizo" pomyka na swym głupiutkim, obitym blachą koniku po bezkresnych przestrzeniach już od prawie '30 lat. A może nie było wcale żadnego konia? Może to jakiś narwany motocyklista pędzi "hajłejem" do swej ukochanej? A ona... czy w końcu zmieniła zdanie i uczyni go swym "one and only"?
I know you love your lovin And when youre done with all your lovin Come to me-e-e My Sweet Louise, my sweet Louise...
Brak oficjalnej strony zespołu
AC listopad 2008
|