|
Skład: Gary Cherone - śpiew; Mark Cherone - gitara; Joe Pessia - gitara basowa, mandolina; Dana Spellman - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: Gary Cherone i Joe Pessia
Ostatnią płytą, na jakiej słyszałem jak dotąd głos Gary'ego Cherone'a, było Saudades De Rock jego macierzystej grupy Extreme. Teraz wokalista ten powraca ze swoim pobocznym projektem ochrzczonym nazwą Hurtsmile, który współtworzy wraz ze swoim bratem, nadarza się więć okazja, by sprawdzić, czy Gary uczynił jakieś postępy ;).
Gary Cherone... Cóż, nie ukrywam, że nie należał on jakoś do moich ulubionych gardłowych, w Extreme był zawsze moim zdaniem najsłabszym ogniwem, nigdy nie mogłem przekonać się do jego głosu, za to w balladach zawsze wypadał nadzwyczaj dobrze. Jego aparencja na jednej z płyt Van Halen też nie przypadła mi do gustu. Ostatni jak dotąd album studyjny Extreme, Saudades De Rock, nie był tym, czego oczekiwałem po ekipie Bettencourta, no ale za to akurat winę ponosi nie tylko Cherone. Miłą zatem niespodzianką jest Hurtsmile, które wydaje się bardziej odpowiadać możliwościom głosowym Gary'ego, być może po prostu muzyk ten lepiej przyłożył się do swojej roboty - tak czy inaczej, debiut tego projektu jest świetny. Jak już wspomniałem, razem z Garym całość materiału skomponował jego brat Mark, natomiast resztę składu uzupełnili basista Joe Pessia (występował wcześniej z bettencourtowskim Dramagods oraz grał na gitarze w zespole Tantric) i perkusista Dana Spellman (też trafił do projektu braci Cherone po znajomości jako kumpel Mike'a Manginiego, który bębnił dla Extreme). Wydawnictwo w udany sposób otwiera hard rockowe nagranie o tytule Just War Theory. Jakieś echa Black Sabbath, brzmienie gitar momentami przypomina mi dokonania Megadeth, smaczku dodają funkujące motywy, ale przede wszystkim odpowiada mi tutaj głos Gary'ego, o dziwo (a może już po prostu się do niego przyzwyczaiłem?). W każdym bądź razie mamy tu dość ciekawe riffy i kilka dobrych pomysłów, które jako całość zdają egzamin. Zbyt daleko stylistycznie nie odbiega od poprzednika Stillborn, z tym że tutaj mamy nieco inne aranżacje linii wokalnych. Mnie się to podoba, może poza chwilami, gdzie barwę głosu Cherone'a zmieniono przy użyciu jakiegoś efektu, co zbliża go do muzyki industrialnej, zupełnie niepotrzebnie. Reszta znakomita. Zabawna rzecz, że w pewnych momentach Gary śpiewa tak, jakby za mikrofonem stał Dee Snider z Twisted Sister... Love Thy Neighbour rozpoczyna się od wygłupu, jakiego po liderze można się było spodziewać - jakieś pstrynięcia palcami i tego typu tricki, potem jedak wchodzi ponury, ciężki, sabbathowski hard rock. Momentami słyszymy nawet riffy podchodzące pod grunge, ale wszystko jest aranżowane mniej więcej w podobny sposób jak to zrobiło Dokken na swojej płycie Dysfunctional z 1995 r. Może bez rewelacji, a jednak to całkiem udany numer. Na kolejnej pozycji atakuje nas Kaffur (Infidel), gdzie do specyficznego riffu dobrano bardzo skocznie pomykającą perkusję. Jak można się spodziewać po tytule, na ścieżce nie zabraknie i motywów wschodnich, muzułmańskich. Grupa wygrywa je w dość progresywny sposób, co moje ucho akurat cieszy. Painter Paint to ballada, która niespodzianek nie przyniesie, bo mocno przypomina te nagrywane przez Extreme. Bardzo mi sie podoba, może dlatego, iż nie jest to jakaś typowa pościelówa. Fajnie pogrywają tu gitarki akustyczne, a i Gary wpasowuje się tutaj wzorcowo ze swoim głosem. Dalej coś o wolności słowa, czyli Tolerance Song (edit). Główne zagrywki i zwrotki kompletnie mnie nie ruszają, wprawdzie to wciąż hard rock, ale zagrany w zbyt nowoczesny sposób - niektórzy mogliby to nawet nazwać alternatywą czy nu-metalem. Na szczęście refreny są już dużo bardziej przyzwoite, co ratuje ten kawałek. Set Me Free bazuje na funkowych rytmach, które dość ciekawie kontrastują z cieżkim brzmieniem gitar, jakie serwuje nam tu wioślarz. Klimat utworu jest nieco przybity, raczej smutny, jakby z przeznaczeniem do odsłuchu, gdy za oknem paskudna pogoda. Najjaśniejszym punktem nagrania jest zdecydowanie zgrabniutka solówka. Początek Jesus Would You Meet Me nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego, jednak dalej piosenka przerodziła się w całkiem niezłe country (wielki plus dla gitarzysty za solówkę zagraną slide na akustyku!). Ogólnie struktura kawałka przypomina mi jakoś słynne Anyone's Daughter Deep Purple, numer ma podobną rytmikę, choć jest nieco szybszy. Większa część Slave to z mojego punktu widzenia jakieś flaki z olejem, niemniej jednak prawdziwą perełką i ozdobą kawałka jest część uzbrojona w ciekawą orkiestrację za drugą połową ścieżki. Fajnie coś takiego usłyszeć, zresztą zupełnie uczciwie muszę oddać honor ekipie braci Cherone za to, że dbają o różnorodność muzyki na tym krążku - i za to im chwała. Ballada Beyond The Garden / Kicking Against The Goads startuje z bardzo niepozornym wstępem, ale nie sugerujmy się tym, wytrzymajmy chwilę i posłuchajmy utworu dalej. Co za niesamowite reczy robi tu Gary za mikrofonem, tutaj naprawdę słychać, że to wcale nie jest taki cienki wokalista, za jakiego go kiedyś brałem. Warto też posłuchać całych aranżacji, jakie zastosowano w tej kompozycji, bo rzecz to z pewnością nieprzeciętna. Zresztą na tym nie koniec niespodzianek z tego wydawnictwa. Posłuchajcie Just War Reprise, gdzie chłopaki cholernie dobrze wpasowali się w stylistykę reggae - może nie jestem znawcą tego gatunku, nie słucham takich rzeczy na co dzień, ale drużyna Gary'ego jak dla mnie brzmi w tej roli bardzo przekonywująco. Interesujące rozmaicenie dla owego i tak już niesamowitego krążka. Album zamyka wzruszający utwór o tytule The Murder Of Daniel Faulkner (4699), gdzie da się wyczuć przemożny wpływ twórczości Boba Dylana (momentami także Tom Petty And The Heartbreakers). I kiedy już jest wszystko jasne i wydaje się nam, że kapela z niczym już nietypowym jak na ten numer nie wyjedzie, jeszcze jedna niespodzianka w końcówce - szkockie dudy! Niby rzecz kompletnie z innej bajki, a jakimś cudem harmonijnie do niej pasuje.
Jak sam wokalista przyznaje, płyta miała być powrotem do jego korzeni, miała być komponowana w piwnicy, a jednak przy okazji wyszło z tego coś ambitniejszego. I bardzo dobrze, bo w takim materiale Gary Cherone sprawdził się świetnie. Coś mi mówi, że na kolejny krążek Hurtsmile będę czekał z większą niecierpliwością niż na nowy wypiek od Extreme. Album otrzymuje moją osobistą rekomendację.
Oficjalna strona zespołu: www.hurtsmile.com
Guitarrizer kwiecień 2011
|