|
Skład: James Christian - śpiew, dodatkowe partie gitar; Gregg Giuffria - instrumenty klawiszowe, chórki; Chuck Wright - gitara basowa, chórki; Ken Mary - perkusja, chórki; Michael Guy - gitary, chórki
Gościnnie: Rick Nielsen - guitara, chórki; Doug Aldrich - gitara; Chris Impellitteri - gitara; Mandy Meyer - gitara; Mike Tramp - chórki; Robin Zander - chórki; David Glen Eisley - chórki; Steve Plunkett - chórki; Ron Keel - chórki; Steve Isham - chórki; S.S. Priest - chórki; Billy Dior - chórki; Robbie Snow - chórki; Cheri Martin - chórki; Melony Barnet - chórki; Bruce Flohr - chórki; David Sluts - chórki; Shannon Wolak - chórki; Margie Rist - chórki; Erin Perry - chórki; Kimberly Gold - chórki; Aina Olson - chórki; Breta Troyer - chórki
Produkcja: Andy Johns, Gene Simmons i House Of Lords
Dwa lata po dobrze przyjętym debiucie House Of Lords atakują nowym materiałem, płytą zatytułowaną Sahara. Zarówno nazwa wydawnictwa jak i okładka prezentują się dobrze, trochę tajemniczo. Grupa nadal współpracuje z Genem Simmonsem z KISS, choć materiał zawarty na nowym krążku różni się od tego, co zespół zaserwował na debiucie. Płyta w konsekwencji sprzedaje się słabiej, choć nadal trafia na listę Billboardu (oczywiście niżej), a zdanie na jej temat dzieli fanów ekipy.
Dlaczego? - ktoś mógłby spytać. Przede wszystkim Sahara jest mniej przebojowa od swojego poprzednika. Nie mam na myśli tego, że na pustynnej płycie brakuje melodii czy przebojowości, łatwo jest jednak zauważyć, że jest ich mniej niż ostatnim razem. Prowadzony przez Christiana i Giuffrię zespół nie chciał się powtarzać, dzięki czemu otrzymaliśmy wydawnictwo bardziej dojrzałe, bardziej dopracowane i jednocześnie bardziej wymagające. Ciężko mi powiedzieć, czy było to dobre posunięcie, gdyż patrząc z perspektywy lat nie stawiam Sahary zbyt wysoko w klasyfikacji moich ulubionych płyt Izby Lordów. Nowym gitarzystą ekipy został Michael Guy i choć gra porządnie, to nie jestem jedyną osobą, która tęskni za Lannym Cordolą. Z drugiej strony Guya wspomagają gościnnie takie sławy jak Doug Aldrich, Chris Impellitteri oraz Rick Nielsen. Podziw może budzić również fakt, że na Saharze aż roi się od osób udzielających się dodatkowo w chórkach. Naliczyłem ich łącznie 20. Nie ma sensu wymieniać wszystkich nazwisk, wspomnę tylko parę z nich. Usłyszymy zatem Mike'a Trampa czy też Rona Keela. Już chociażby ze wzlędu na ogromną ilość zaangażowanych ludzi Sahara to wielkie przedsięwzięcie. Wracając do zawartości muzycznej wydawnictwa, tym co niezbyt mi leży jest to, że album pokazuje się od dobrej strony dopiero w swojej drugiej części, a jego pierwsza połówka jest odrobinę rozczarowująca. Przede wszystkim nie odpowiada mi znane i wielbione przez wielu Can't Find My Way Home. Przypomnę, że jest to cover (w oryginale Blind Faith). Wybranie go na singiel promujący album już samo przez się uważam za nieporozumienie. Marketingowo nie było to złe posunięcie, numer wbił się na listy Billboardu, myślę jednak że działała tutaj przede wszystkim siła rozpędu i magia raz wyrobionej marki. Nie licząc fenomenalnego głosu Jamesa Christiana nie odnajduję w kompozycji niczego szczególnego, czym można by się było podniecać. Chains Of Love jest ciekawsze, bardziej żywiołowe. Nieźle brzmią podkłady, o Christianie wspominać nie będę, bo jak zawsze jest on mocną stroną zespołu. Umieszczone na pierwszym miejscu na wydawnictwie Shoot ma pewne progresywne zabarwienie, podobnie zresztą jak i tytułowa Sahara. O niej będzie jednak mowa później. Shoot pozytywnie zaskakuje, gdyż słyszymy mocną, zdecydowaną kompozycję o pewnych walorach aranżacyjnych. Może nie ma tu tyle melodii co na debiucie formacji, słuchając krążka nie należy się jednak nastawiać w tym kierunku. Chyba zresztą trochę przesadzam z narzekaniem, gdyż biorąc na tapetę Heart On The Line otrzymujemy oczekiwaną przeze mnie przebojowość. Numer napisany przez Ricka Nielsena z Cheap Trick brzmi dynamicznie i rock and rollowo. Weźmy jeszcze pod uwagę całkiem zgrabne partie gitar i powody do marudzenia tracą siłę. Laydown Staydown brzmi znośnie, nie jestem jednak do końca przekonany. Nie jest to moje granie, nie ta dynamika. Pewnie to właśnie dlatego odnoszę wrażenie, że od utworu chwilami wieje nudą. Na szóstym miejscu natrafiamy na tytułową ścieżkę, czyli na Sahara. House Of Lords postarali się w tym przypadku o intrygujący klimat, słychać również, że każdy z muzyków daje z siebie wszystko co najlepsze. Trwające półtorej minuty intro nie jest "radio-friendly", ale świetnie się go słucha. Dalsza część numeru jest niezwykła i uważam go za profesjonalizm w każdym calu. Zwrócę także uwagę na bardzo dobre aranżacje. Siódemka również jest udaną kompozycją, a by się do niej przekonać, trzeba się w nią wpierw uważnie wsłuchać. Przy odpowiednim skupieniu dostrzega się pewne smaczki i Ain't Love mieni się jako wyjątkowo atrakcyjna ścieżka. Łatwo dzięki niej polubić Christiana. Remember My Name takiego skupienia nie wymaga, wpada do ucha już za pierwszym razem i zaczyna niemiłosiernie nękać słuchacza. Wciąż ma się ochotę na jeszcze, kawałek kończy się, a ja już mimowolnie odpalam go od nowa. Ten napisany przez Nicka Grahama numer brzmi tak rewelacyjnie i melodyjnie, że szczęka opada. Chórki to już prawdziwe mistrzostwo świata. Zawsze odnosiłem wrażenie, że American Babylon to lepiej zagrane Laydown Staydown. Jest ogień, jest pasja, pewnie to jednak kwestia gustu. Miano najszybszego kawałka na krążku nosi ostatnie na płycie Kiss Of Fire. Słychać nawalankę Kena Mary'ego, perkusista wreszcie ma okazję się wyżyć. Nagranie jest dobre, ale w porównaniu do czterech poprzedników wypada gorzej.
Dwójka House Of Lords z pewnością więcej wymaga od słuchacza niż wydany dwa lata wcześniej krążek. Nie jest to album, który pokocha się od pierwszego wejrzenia i z tego co wiem, większość fanów zespołu podziela moją opinię. Choć w dyskografii Izby Lordów znajdują się lepsze pozycje, to Saharze warto dać szansę. Po pierwsze znajduje się na niej kilka dobrych kompozycji, po drugie słuchając jej można delektować się głosem Jamesa Christiana, a po trzecie jest to krążek House Of Lords i już samo to stanowi klasę samą w sobie.
Oficjalna strona Jamesa Christiana: www.jameschristianmusic.com
Guciomir maj 2009
|