|
Skład: James Christian - śpiew; Ken Mary - perkusja; Lanny Cordola - gitary; Chuck Wright - gitara basowa; Derek Sherinian - instrumenty klawiszowe; Allan Okuye - instrumenty klawiszowe; Sven Martin - instrumenty klawiszowe; Ricky Phillips - instrumenty klawiszowe
Produkcja: House Of Lords
Nowy HOL wywoływał duże emocje, mimo że były one ostudzane wciąż przesuwającą się premierą płyty. Od razu trzeba napisać, że nie jest to "old fashioned" HOL. Zespół uległ sporemu przeobrażeniu zarówno personalnemu, a także co się z tym nierozerwalnie łączy, brzmieniowemu. Na pewno podstawową różnicę sprawia brak założyciela i bardzo ważnej postaci w zespole - Gregga Giuffria. Brzmieniowo House Of Lords bez swojego klawiszowca to całkowicie inny zespół.
Co tu dużo mówić... po pierwszym przesłuchaniu chciałem wystawić płytę na Allegro (product placement ;) ), nie podobało mi się dosłownie nic. Gdzieś uciekł ten specyficzny "lordowy" klimat, pewnie głównie z powodu nieobecności Giuffrii. Uważam się za dość ograniczonego słuchacza, moim zdaniem hardrockowy band powinien zawsze grać hardrocka, powermetalowy power itd. itp. Żadnych innowacji, żadnej progresji. Jednak po jakimś czasie postanowiłem jeszcze raz posłuchać HOL, dać im szansę. Po większej ilości odsłuchów okazuje się, że ten krążek wcale nie jest taki zły, w moim odczuciu zyskuje z każdym kolejnym... Wprawdzie wciąż jestem daleki od zachwytów, teraz jednak przynajmniej uważam ten album za w miarę niezły. Brzmienie zespołu na The Power And The Myth uległo jednak tak drastycznym zmianom, że zdecydowanie lepiej byłoby wydać ten krążek pod inną nazwą. Cały album ma bardzo progresywne zacięcie, słychać w wielu momentach inspiracje Led Zeppelin (co mi osobiście się nie podoba), melodie w wielu miejscach wydają się być inspirowane środkowym wschodem (wiem, jak to brzmi). Wystarczy posłuchać klawiszy w Am I The Only One, The Rapture, czy wokalu w Today. Nie jest to album, który się momentalnie podoba, jednak po większej ilości odsłuchów można nawet polubić te dość nietypowe melodie. Trochę jestem zawiedziony głosem Jamesa Christiana, który tylko w Child In Rage (nawiasem zdecydowanie najlepszy utwór na płycie) śpiewa w swoim starym stylu (zresztą pewnie dlatego, że wokal pochodzi z dema sprzed kilku laty). Reszta utworów jest zaśpiewana jakby bezdusznie, nie ma w nich tej siły, jaka charakteryzowała poprzednie wydawnictwa House Of Lords. Inne numery, które mi weszły w pamięć, to bardzo progresywny The Power And The Myth, który spokojnie mógłby się znaleźć na jakimś albumie Rush, charakteryzujący sie niezłą melodią Bitter Sweet Euphoria, czy niepokojący All Is Gone.
Ta płyta nie jest w żadnym stopniu kontynuacją Demons Dawn i musi być tak odbierana. Dla wielbicieli progresywnych dźwięków, "dziwnych" melodii, myślę, że to może byc dobra propozycja. Na innych, oczekujących "powtórki z rozrywki", będzie czekał spory zawód. Nie jest to album do słuchania po kilkanaście razy, ale raz kiedyś można wrzucić do odtwarzacza.
Oficjalna strona Jamesa Christiana: www.jameschristianmusic.com
Vandervelde kwiecień 2004
|