Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

HOUSE OF LORDS - Big Money [2011]
Wydawca: Frontiers Records

  1. Big Money
  2. One Man Down
  3. First To Cry
  4. Searchin'
  5. Someday When
  6. Livin' In A Dream World
  7. The Next Time I Hold You
  8. Run For Your Life
  9. Hologram
  10. Seven
  11. Once Twice
  12. Blood
  13. Someday When [bonus video]
Big Money

Skład: James Christian - śpiew; Jimi Bell - gitary; Chris McCarvill - gitara basowa; B.J. Zampa - perkusja

Produkcja: James Christian

Nareszcie się doczekałem - minęły całe dwa lata od czasu wydania Cartesian Dreams w oczekiwaniu na nowy krążek mojej ukochanej kapeli. Kiedy w końcu znalazła się w moich "łapskach", nie mogłem doczekać się, aż zakręci się w odtwarzaczu. Wiedziałem, "skąd?" - nie wiem - może wizja z zaświatów, przeczucie, kobieca intuicja w męskim wydaniu, że ten krążek będzie wielki! I jest WIELKI, a w obliczu kłopotów zdrowotnych, z jakimi boryka się lider grupy, ten album nabiera dodatkowego znaczenia. Ale po koleji... Od wydania World Upside Down House Of Lords raczą nas z zabójczą systematycznością albumami wręcz rewelacyjnymi. Nie powiem, na żaden z kążków wydanych po 2006 roku złego słowa nie powiem(nawiasem mówiąc, na te sprzed 2003 też nie), każdy jest dla mnie kopalnią hitów oraz drogowaskazem, jak powninien brzmieć klasyczny hard rock po 2000 roku. Po wydaniu CD w 2009 r. na jakiś czas zrobiło się cicho o Izbie Lordów. Oficjalne źródła milczały, co jest powodem takiego stanu rzeczy, co prawda Christian wyprodukował nowe dzieło swojej pięknej małżonki Robin Beck, gdzie tradycyjne udzielał się w chórkach. Dodatkowo zajął się produkcją powracającej z niebytu Fiony (pamiętacie jej duet z Kipem Wingerem?) oraz nowego żeńskiego bandu Kane'd, jednakże wszytkie te produkcje nie dawały żadnej odpowiedzi, kiedy ukaże się następca Cartesian Dreams.

Kiedy niedługo przed premierą albumu wyszła na jaw informacja, że James Christian walczy z nowotworem, świat zaczął mi się walić. "Jak to, mój ukochany zespół ma skończyć swoje istnienie i to wtedy, kiedy przeżywa drugą młodość?" - pomyślałem. Nie chciałem w to wierzyć, tym bardziej że ostatni rok obwitował w tragiczne wydarzenia w rockowym światku, jednak czarne myśli same napływały do głowy. Na oficjalnej stronie James informuje jednak, że zabiegi, jakim się poddał, przyniosły pożądany skutek i teraz to jest już tylko kwestia rehabilitacji, więc odetchnąłem z ulgą. Parę tygodni później jakby na potwierdzenie, że sprawy mają się ku lepszemu, ukazał się Big Money. Co tu można powiedzieć, to już dzisiaj album numer jeden 2011 roku. Jest doskonały. Christain & Co. postawili na maksymalną przebojowść materiału, podlanego rewelacyjną produkcją z jak zwykle rewelacyjnymi solowymi partiami Bella. Krążek otwiera kawałek tytułowy. Nie jest to może otwieracz na miarę swojego poprzednika z 2009 r., ale pokazuje zespół w dobrej formie. To nagranie mówi nam "spokojnie, to tylko my, rasowy zespół rockowy, posłuchajcie, jak powinno się grać tego typu muzę". Jako utwór wprowadzający trafiony w 100%. Kolejna ścieżka, One Man Down i miłe zaskoczenie. Utwór zaczyna się jak Cant Find My Way Home z mojej najukochańszej płyty Lordów - Sahary, później już przeradza się w rasowy rocker. Natomiast trzeba zwrócić uwagę na bardzo osobisty tekst. Kiedy Christian śpiewa, że każdy jego kolejny dzień może być ostatni, od razu myślę, że człowiek musiał być w dołku, jak go pisał, na szczęście sama muzyka jest bardziej żywiołowa. First To Cry i pierwszy wielki hit. To kawałek wyjęty żywcem z '89 roku, cudowny, przebojowy, nikt chyba aktualnie nie jest w stanie zbliżyć się do klimatu i przebojowści, jaki prezentuje kapela w tej kompozycji. Solówka w środku to mistrzostwo świata, a chór w refrenie jest potężny i majestatyczny. Dokładnie to samo mogę napisać o singlowym Someday When - piękny kawałek z wyeksponowaną większą partią klawiszy. Trochę mi to przypomina The Dream z płyty Come To My Kingdom, a może i trochę jeszcze czasy debiutu. Czy trzeba czegoś więcej? Co ciekawe, teledysk jaki został nakręcony do tego kawałka, jest jakby kolejną częścia obrazu Remember My Name (osobiście uważam go za najlepszy teledysk, jaki kiedykolwiek został nakręcony!). Tak samo kobieta w masce, długie korytarze, puste salony, gdzieniegdzie świece, miło, że chłopakom się chciało, pomimo tego, iż na szansę powtórzenia sukcesu wspomnianego utworu z 1990 roku nie mają co liczyć, m.in. dlatego, że MTV to już stacja dla 12-14 latków znających się na muzyce, która występuje w reklamach, albo lubiących podniecać się jak bogata, rozwydrzona smarkula gdy obchodzi swoje urodziny, natomiast stacje radiowe puszczają coś, co jest muzyką dla zdegenorownego społeczeństwa uważającego, że Mandaryna jest twórcą Here I Go Again. Pozwolę sobie zadać jedno pytanie: czemu dziennikarze muzyczni czy producenci płytowi zadają sobie trud promować takie gówno, jeżeli np. takie Whitesnake przebija sprzedażą większość klubowej muzyki i związanych z nią DJ-ów? Czy nie lepiej promować coś, czego ludzie chcą słuchać? Przepraszam za tę chwilkę dygresji, ale po prostu musiałem to powiedzieć. Wracając do "Wielkich Pieniędzy", kolejny utwór o tytule Searchin', to już klasyczny, mocny rocker z zakręconym riffem. Trochę słabiej wypada tutaj refren, ale warstwa instrumentalna wynagradza nam tę jedyną słabość na tej płycie. Livin' In A Dream World to kolejny kawałek zagrany z jajem, który kojarzy mi się trochę z I Need To FLy z "CTMK", jednak jest bardziej przebojowy. Następnie mamy piękną balladę. No właśnie, ballady - jedynie ten element był jak do tej pory jak dla mnie troszeczkę "niedopieszczony", jeśli idzie o HOL. Po powrocie Christiana na rynek brakowało mi numerów typu Whats Its Forever Fall, Spirit Of Love, wspomnianego Remember My Name, czy chodźby najbardziej znanego Love Don't Lie. Spokojniejsze ścieżki na poprzednich albumach były naprawdę urocze i śliczne, kosiły większość konkurencji, jednak nadal brakowało mi tego pierwiastka Lordów, który był obecny na 3 pierwszych wydawnictwach. The Next Time I Hold You ma właśnie to coś, jest poprostu piękne, lecz niebanalne. Wczytując się ponownie w tekst zauważamy, jak miłość Jamesa , Robin i małej Oliwii pomaga im przejść przez trudny okres w ich życiu, co dodatkowo jest opisane we wkładce do płyty. The Next Time I Hold You jest jedynym przedstawicielem ballad na Big Money, ale za to jakim! Naprawdę warto było czekać, by Christian nagrał taką pościelówkę - brawo! Run For You Life - rewelacyjnie pędzący kawałek, z mocno wyeksponowaną Robin w refrenie, trochę przypomina Never Look Back z poprzedniej płyty, czyli znowu na plus. Hologram oraz Seven trochę zwalniają, ale przebojowości mamy tutaj co nie miara. Bell co chwila raczy nas miłym dla ucha riffem, by w solówkach pokazać, że chyba na dzień dzisiejszy lepszego leworęcznego gitarzysty ze świecą szukać. Na koniec dwa killery i jeden jest lepszy od następnego. One Twice już po jednym odłuchaniu zaczyna za Tobą chodzić i nie udaje się od tego opędzić. Pamiętacie Million Miles z World Upside Down? To tego typu kaliber, a nawet cięższy. Końcowe Blood jest chyba najlepszym zamykaczem od czasu krążka Demons Down - refren ultra przebojowy, natomiast Bell przechodzi samego siebie. Posłuchajce tych zagrywek w zwrotkach. Czy tylko mi się kojarzą z Zakkiem Wyldem? Nnatomiast w części środkowej już nie ma mowy o podrabianiu kogokolwiek, cudo i światowa klasa. Kiedyś Bell pewnie pojawiłby się na okładkach magazynów typu Guitar World, teraz pojawiają się tam "wirtuozi" z kapel typu Korn czy Limp Bizkit, tffuu!!! I tak się kończy ta płyta, a ja nie mogę nie wcisnąć ponownie play. To, co Panowie stworzyli, pozwoliło im zostawić konkurencję daleko w tyle, nawet rewelacyjny Whitesnake. Christian we wspaniałej formie wokalnej, kiedy trzeba, to się wydrze, kiedy indziej schodzi do zmysłowego "dołu" i ta jego barwa lekko przybrudzona, dająca ten sam efekt, co innym wielkim rockowym wyjadaczom takim jak np. Coverdale. O Bellu pisałem już wystarczająco dużo, więc chyba nie muszę powtarzać, że jak dla mnie to nie ustępuje on żadnemu wielkiemu "czarodziejowi" 6 strun, by wspomnieć Van Halena czy Malmsteena. Sekcja rytmiczna więcej niż poprawna. Natomiast trzeba powiedzieć o gościach. Na Big Money udzielał się również Tommy Denander, który wspomógł także kompozycyjnie zespół, człowiek którego liczba udziałów w różnych projektach jest powalająca, wspomnę o moim ulubionym RadioActive, gdzie również pojawili James i Robin. Kolejnym gościem jest rewelacyjny wioślarz młodego pokolenia, Rob Marcello, aktualnie grający w Danger Danger (Rob wyruszył w część trasy z HOL w 2009 r., podczas której godnie zastąpił Bella - na potwierdzenie mam DVD z koncertu Marcello z HOL, gdzie pokazuje cały swój kunszt, a i widać, że "chemia" z resztą zespołu działa jak należy). Jeszcze jednym wartym odnotowania gościem jest przyjaciel Jamesa, Mark Baker, człowiek który już pomagał Christianowi w jego solowej karierze - zagrał tutaj na gitarze akustycznej w One Man Down.

Jaka jest w końcu ta płyta? Ktoś powiedział, że trochę mniej ostra niż poprzednia, kto inny, że poprawna, jeszcze inny, że mu się podoba itd. Dla mnie jest po prostu rewelacyjna, jest jak miód na serca wszelkich ludzi słuchających typowego amerykańskiego hard rocka. Chłopaki wznieśli się na takie wyżyny, że mało kto im teraz może zagrozić. Stworzyli ligę, w której tylko nieliczni mogą pograć, a i tak to Oni są liderami. Należy się im dozgonny szacunek, bo jako jedyni przedstawiciele hair metalu nagrywają regurlarnie i to ciągle na wysokim poziomie, inni oczywiście nagrywają dobre krążki, ale zazwyczaj jest to albo jeden album, tak zwany "na wyczucie rynku" (Danger Danger), lub przeszli już na inny rodzaj twórczości (Lillian Axe). House Of Lords dzierży dzielnie sztandar hard rocka, jakby to głupio nie brzmiało i sądzę, że jeszcze długo nikt im nie zagrozi, ponieważ konkurencją są tylko Oni sami dla siebie. Muszę jeszcze podziękować żonie za to, co przeżyłem, jak dostałem egzemplarz od samego Christiana z imiennym autografem (jak Ci się udało, Kochanie, z Jamesmem załatwić, zagadka na natępne 100 lat) - dziękuję Wam obojgu, warto było czekać, by marzenia się spełniły. Kończę tym, czym zacząłem - Big Money płytą roku 2011.

Oficjalna strona Jamesa Christiana: www.jameschristianmusic.com

Fan HOL
październik 2011