Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

HOT LEG - Red Light Fever [2009]
Wydawca: Barbecue Rock Records / Universal / Phantom Sound & Vision

  1. Chickens
  2. You Can't Hurt Me Any More
  3. Ashamed
  4. I've Met Jesus
  5. Trojan Guitar
  6. Cocktails
  7. Gay In The 80s
  8. Prima Donna
  9. Whichever Way You Wanna Give It
  10. Kissing In The Wind
Red Light Fever

Skład: Justin Hawkins - śpiew, gitara, instrumenty klawiszowe; Pete Rinaldi - gitara, chórki; Samuel SJ Stokes - gitara basowa, chórki; Darby Todd - perkusja, chórki;
Gościnnie: Beverlei Brown - śpiew

Produkcja: Hot Leg

Przyjęło się mówić, że The Darkness można albo kochać albo nienawidzieć. W stwierdzeniu tym z pewnością można odnaleźć prawdę, nie jest ona jednak absolutna. Jestem otóż jedną z osób, których stosunek do grupy Hawkinsów można określić za neutralny. Nigdy nie szokował mnie ich image, w końcu o wiele "gorsze" rzeczy działy się w legendarnych pod tym względem latach '80. Nie odrzucał mnie przesadny falset wokalisty. Owszem, chwilami miałem go dość, nie jest to teraz jednak istotne. Nie licząc jednego czy dwóch utworów, w grze The Darkness brakowało mi czegoś, co przykułoby na dłużej moją uwagę. Z drugiej strony cieszyłem się, że zespół istnieje i że zdobywa popularność zarówno dla siebie jak i dla melodyjnego hard rocka.

Byłem pewny, że bracia Hawkins nie zginą. Mając tak potężną bazę fanów, zdobywszy odpowiednią popularność dość łatwo jest kroczyć ścieżkami kariery. Hot Leg, czyli nowy projekt Justina Hawkinsa jest dowodem na to, że muzyk nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Tak jak w przypadku The Darkness mamy do czynienia ze zgrywą, z zabawą na całego. Zespół przesiąknięty jest zwichniętym poczuciem humoru, co przejawia się już w samej nazwie formacji. Nie, to nie byłoby takie łatwe, wcale nie chodzi o "seksowne nogi", lecz o pewną część wytwornicy pary wodnej znajdującej się w reaktorze nuklearnym (cokolwiek by to miało znaczyć). Muzyka, którą znajdujemy na płycie jest moim znaniem odmienna od tego, czego można byłoby się spodziewać po chociażby Permission To Land. Przede wszystkim poważna zmiana zaszła w postawie wokalisty. Krytycy głosu Justina muszą przyznać tym razem, że wokalista stosuje swoją manierę wokalną z akceptowalnym umiarem. Z jednej strony, tak jak wcześniej zmienia on swój głos, raz śpiewa falsetem, raz zwyczajnie. Nie podlega jednak dyskusji, że "gardłowy" postępuje teraz w pełni świadomie, nadając tworzonej przez siebie muzyce odpowiedniego kształtu. Parę lat temu można by stwierdzić, że Hawkins bawił się śpiewając, teraz powiedziałbym raczej, że śpiewa bawiąc się. Kolejna sprawa związana jest z zawartością muzyczną krążka. Całość brzmi trochę spokojniej, jak ugrzecznione AC/DC czy też Kix. Wciąż nie brakuje energii, dlatego też fani poprzedniej ekipy Hawkinsa powinni być zachwyceni. Płytę otwiera utwór zatytułowany Chickens, który miałby predyspozycje, żeby stać się hitem. Niestety refreny czynią z numeru żart, którego nie ma się ochoty zbyt często spotykać. Oczywiście znajdą się fanatycy zarzucający mi kłamstwo. Powiedzmy sobie jednak szczerze, utworu nie da się słuchać zbyt głośno, muzycy trochę przesadzili. Dodam jednak, że i do wybryków Hawkinsa da się przyzwyczaić, a z czasem można je nawet polubić (do czego niechlubnie się przyznaję). You Can't Hurt Me Anymore to średniak, który nie wiadomo kiedy się kończy, z drugiej strony jednak wprowadza w słuchacza w specyficzny klimat płyty i przyzwyczaja go do jej brzmienia. Ashamed to pierwszy kawałek, który wpada w ucho. Wstawki wokalne Beverlei Brown świetnie komponują się z naszym falseciarzem, ale siła numeru tkwi raczej w jego melodyjności i przebojowości. Nogi same rwą się do tańczenia, a słuchacz mimowolnie zaczyna nucić pod nosem. No, ale tak to już jest z porządnym rock&rollem. I've Met Jesus jest promującym wydawnictwo singlem i choć nie brzmi źle, choć słychać, że zespół przednio się bawi, to jednak przydałoby się więcej ognia. Fajnie wypadają refreny, będące podobnie jak w przypadku Chickens totalną zgrywą, tylko, że tym razem udaną. Numer z chęcią usłyszałbym przy gościnnym wsparciu chóru gospel. "Epickie" jak to określa sam zespół Trojan Guitar, nie brzmi zbyt epicko, ale raczej dość klasycznie, kierując się w stronę Queen i niezapomnianych operowych wstawek. Na szóstym miejscu natrafiamy na najlepszy kawałek na płycie, czyli na Cocktails. Cóż to byłby za album, gdyby wszystkie piosenki były na takim poziomie? Prawdopodobnie wielki. W Cocktails zachwyca właściwie wszystko, poczynając od świetnej rytmiki, przechodząc przez klawisze i dochodząc do bombastycznych refrenów. Cieszy fakt, że kompozycja została zaopatrzona w fajny teledysk i że zajmuje się ona promocją wydawnictwa. Lata '80 nie zginęły, ale mają się całkiem dobrze, takie przynajmniej można odnieść wrażenie. Gay In The 80s to kolejna (która to już?) zgrywa. Zespół wciąż doskonale się bawi, podchodząc z humorem do tematu i potwierdzając skąd czerpie inspiracje. Prima Donna zacząłem lubić, pomimo początkowego sceptycyzmu. Numer nie ma raczej czym zachwycać, można się jednak do niego przyzwyczaić i czerpać radość z tego, że leci gdzieś w tle. Whichever Way You Wanna Give It stawia czoła wspominanemu wcześniej Coctails. Mamy tu do czynienia z tą samą melodyjnością i tym samym magnesem, który przyciąga ludzi do uwielbiania muzyki zespołu. Świetne wyczyny Hawkinsa nie dają o sobie zapomnieć. Trochę bluesujące Kissing In The Wind jest pierwszym balladowym utworem na Red Light Fever i zarazem ostatnim, zamykającym wydawnictwo. Justin ponownie potwierdza swoją wysoką formę i profesjonalizm, wyciągając numer na odpowiedni poziom.

Nie ukrywam, że Red Light Fever przypadło mi do gustu i to znacznie bardziej niż płyty The Darkness oraz Stone Gods. Wydawnictwa słucham z przyjemnością, jestem jednak w pełni świadomy tego, że nie jest ono idealne. Po pierwsze, aby w pełni przekonać się do albumu potrzeba dość wielu przesłuchań, a po drugie, jeżeli dobrze się zastanowić, to zauważa się, że na płycie po prostu jest zbyt mało dobrych utworów. Całość, owszem, brzmi dobrze oraz spójnie, ale jednocześnie składa się w przeważającej mierze z wypełniaczy. "Polecam" to może za wiele powiedziane, z pewnością warto jednak przesłuchać sampli z płyty, a także zapoznać się bliżej z promującymi wydawnictwo teledyskami. A przede wszystkim nie należy obawiać się falsetu Hawkinsa, nie taki diabeł straszny.

Oficjalna strona zespołu: teamhotleg.com

Guciomir
kwiecień 2009