Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

HONEYMOON SUITE - Monsters Under The Bed [1990]
Wydawca: WEA

  1. Say You Don't Know Me
  2. Bring On The Light
  3. If Ya Love Me
  4. The Road
  5. Little Sister
  6. How Long
  7. Come (Let Me Take You There)
  8. Miracle
  9. It's Only Love
  10. Next To You
  11. Stand Alone
  12. All I Wanted
Monsters Under The Bed

Skład: Derry Grehan - gitary, chórki; Ray Coburn - perkusja, instrumenty klawiszowe; Jorn Anderson - perkusja, efekty dźwiękowe; Johnny Dee - śpiew, odgłosy zwierząt; Steve Webster - gitara basowa, perkusja

Produkcja: Paul Northfield i Honeymoon Suite

Honeymoon Suite uchodzi za grupę kultową. Ich pierwsze albumy były utrzymane na wysokim poziomie, a chociażby Big Game jest uważane za klasykę AORowego gatunku. Kanadyjczycy byli ekspertami od tworzenia bardzo przebojowego materiału, za dowód wystarczy chociażby jeden z moich ulubionych kawałków formacji, czyli Burning In Love. A jeżeli już o nim mowa, to polecam zapoznać się z nakręconym do niego teledyskiem. Wracając jednak do tematu, po kilkuletniej przerwie grupa powróciła na hard rockową scenę ze swoim czwartym wydawnictwem.

W 1991 roku światło dzienne ujrzało Monsters Under Bed. Skład grupy uległ poważnym zmianom, a w zespole pojawiło się kilka nowych twarzy. Zniknęli jednak zarówno Lalonde jak i Betts, a ich miejsca zajęli dawni członkowie zespołu Billy'ego Idola oraz Allanah Myles. Co więcej, doszło również do metamorfozy stylu prezentowanego przez kapelę. Honeymoon Suite przestało nagrywać przebojowy materiał - to chyba w najkrótszy sposób charakteryzuje niniejsze wydawnictwo. Próżno szukać na nim hitów, próżno szukać niezłych chórków. Grupa chciała tym razem pójść w innym kierunku, zagrać stawiając bardziej na zwykłego rocka, niż na AOR i na melodyjny hard. Czy było to słuszne posunięcie? Krótko i rzeczowo ujmując sprawę: nie. Ale o tym może później, skoncentrujmy się na chwilę nad samym materiałem. Say You Don't Know Me reprezentuje nienajgorszy poziom, grupa gra rytmicznie i jeżeli nawet nie wpada to w ucho, to nieźle się tego słucha. Lepsze refreny i chórki na pewno by jednak pomogły, bez tych czynników jest trochę bezpłciowo. Drugi numer zatytułowany Bring On The Light fajnie się zaczyna. Derry Grehan prezentuje niezłe, akustyczne aranżacje. Kanadyjczycy marnują jednak drzemiący w numerze potencjał, nie obdarzając go ponownie odpowiednimi refrenami. Trzeci numer If Ya Love Me jest niestety zapełniaczem, choć trzeba przyznać, że chwilami podrywają go klawisze. Najgorsze są jednak nieudane, zawodzące chórki. Napisane ku pamięci Marka Caporala The Road jest trochę lepsze. Kompozycyjnie interesujące, a refreny tym razem niczego nie psują. Nie czyni to jednak krążka lepszym, nie poprawia jego oceny jako całości. Gdyby numer ten znalazł się na jednym z dwóch poprzednich wydawnictw grupy, to byłby tam jednym z najsłabszych kawałków. Żalów nad zmarnowanym potencjałem ciąg dalszy... Początek Little Sister sugeruje, że Honeymoon Suite powraca do lepszej formy, do gry wkracza pulsujący bas, zwrotki są nad wyraz zgrabne, przychodzi jednak czas na refreny i spotykamy się z kolejnym zawodem. How Long jest drugą pościelówą i tym razem muszę przyznać, że moje gusta zostały zaspokojone. Melodia może zachwycać, Kanadyjczycy kiedy trzeba grają z delikatnym wyrafinowaniem. Dla fana Honeymoon Suite to jednak za mało. Come (Let Me Take You There) podobnie jak i wcześniejszym kompozycjom brakuje zdecydowania. Na płycie dość często zdarza się, że zwrotki utworów wypadają lepiej od ich refrenów. Kolejną jaskółką, zwiastunem trochę lepszej muzyki jest Miracle. Grupa gra nadal zbyt spokojnie, ale kompozycja patrząc przekrojowo na album, bardziej do mnie przemawia. Kiedy dochodzę do It's Only Love jestem już tak bardzo zmęczony tym spokojnym, pozbawionym dynamizmu i jaj materiałem, że nie potrafię już patrzeć obiektywnie i nerwowo przeskakuję do kolejnego kawałka. Na szczęście Next To You ponownie niesie ze sobą nadzieję. Moją chęć szybkiego przelecenia przez resztę wydawnictwa, powstrzymują dźwięki gitary. Okazuje się dalej jednak, że jest to kolejny niezachwycający zapełniacz. Ile to już ich było? Stand Alone to AORowy kawałek, ponownie utrzymany w spokojnej stylistyce, ale mający w sobie wreszcie choć trochę energii. W grze Kanadyjczyków można dostrzec coś pozytywnego, coś w stylu Boulevard. Zważywszy jednak na to, jak bardzo przynudzała wcześniejsza część krążka, ciężko jest się cieszyć takim numerem, tym bardziej, że i on nie jest specjalnie rewelacyjny. All I Wanted to jakżeby inaczej, numer zagrany na tą samą mdłą modłę, co reszta płyty. Pytam się ponownie: ileż można? No i dlaczego na całej płycie nie było ani jednego pożądnego rockera?

Kiedy pierwszy raz przesłuchałem ten krążek, na moje usta cisnęły się przekleństwa. Obrażony, odstawiłem go na parę lat na półkę, płyta obrosła kurzem, a teraz wróciłem do niej przy okazji nowego wydawnictwa Kanadyjczyków. O dziwo, spodobała mi się bardziej niż za pierwszym razem i myślałem początkowo, że pisząc recenzję napomknę o niej w cieplejszych słowach. Kiedy jednak zabrałem się za opracowywanie tego tekstu, zrozumiałem, że w tej muzyce nie ma nic porywającego. Po wielu przesłuchaniach po prostu się do niej przyzwyczaiłem. Płyta rozczarowuje i dlatego też jej nie polecam. Uważam, że sięgnąć po nią powinni jedynie fanatyczni fani formacji.

Oficjalna strona zespołu: www.honeymoonsuite.com

Guciomir
listopad 2008