Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

HONEYMOON SUITE - Clifton Hill [2008]
Wydawca: Frontiers Records

  1. She Ain't Alright
  2. Tired O' Waitin'
  3. Riffola
  4. Ordinary
  5. The House
  6. Why Should I?
  7. Down To Business
  8. Sunday Morning
  9. That's All I Got
  10. Restless
  11. Separate Lives
Clifton Hill

Skład: Johnnie Dee - śpiew; Derry Grehan - gitary; Ray Coburn - instrumenty klawiszowe; Dave Betts - perkusja; Gary Lalonde - gitara basowa

Produkcja: Tom Treumuth

"Honeymoon Suite tworzą nową płytę w starym składzie i powracają do swoich korzeni". Taki oto news spowodował przyspieszone bicie serca wśród części fanów melodyjnej muzyki hard rockowej. To, że w 2008 roku granie w stylu lat '80 ponownie zaczęło być choć trochę bardziej popularne jest sprawą raczej oczywistą. W przypadku tej AORowej kanadyjskiej formacji można by nawet rzec, że oto do domu, po długiej tułaczce powrócił syn marnotrawny.

Wędrówka ta była wyjątkowo kręta, wystarczy wspomnieć, że ostatni udany krążek Honeymoon Suite wydali w 1988 roku, czyli równo 20 lat temu. W międzyczasie próbowali zwieść słuchacza nudnym i mdłym Monsters Under The Bed, kusili nowoczesnym i zarazem bardzo nieudanym Dreamland (czy też jak kto woli Lemon Tongue). Dopiero teraz zdecydowali się powrócić do swojej sprawdzonej formuły i zagrali w sposób przypominający ten, za pomocą którego odnieśli sukces i dzięki któremu stali się sławni. Czym tak na prawdę jest Clifton Hill? Może najpierw odpowiem, na pytanie postawione odwrotnie. Album nie jest w żadnej mierze bezpośrednią koontynuacją The Big Prize czy też Racing After Midnight, kompozycje nie przypominają aż tak bardzo starych utworów. Brzmienie również nie jest do końca klasyczne, czuć pewne powiewy "nowoczesności", choć są one na tyle niewielkie, że nie zaburzają obrazu całości. Krążek nie jest też wypełniony po brzegi hitami, tak jak to dawniej bywało. Z drugiej jednak strony czytałem kiedyś wypowiedź Johnniego Dee, że nazwa nowego wydawnictwa ma dla niego i dla Derry'ego Grehana duże znaczenie sentymentalne, że kojarzy im się z początkami założonej przez nich formacji. Clifton Hill jest zatem w pewnym sensie wędrówką w czasie, podróżą w wyniku której muzycy porzucają eksperymenty i próbują odtworzyć starego ducha Honeymoon Suite. W świetle przytoczonych przeze mnie chwilami sprzecznych słów, jak zatem rozumieć "powrót do korzeni"? Najprościej jak się da. Grupa przerzuciła się na oczekiwaną przez fanów stylistykę, nagrała dość dobry album, ale wciąż nie dorównujący dawniejszym dziełom. Przede wszystkim zabrakło hitów i co więcej muzycy popełnili tym razem zbyt wiele wypełniaczy. Nie zapominajmy jednak o dobrych chęciach, chłopaki próbowali i trzeba im to uczciwie przyznać. Słuchając She's Ain't Alright od razu wiemy, że Kanadyjczycy stawiają na przebojowość. Zgubili ją jakieś 20 lat temu, dobrze, że udało się im ją odnaleźć. Jak to się mówi: lepiej późno niż wcale. Ścieżkę napędza zgrabny, dość delikatny, ale techniczny riff, a i refreny są co najmniej przyzwoite. Gdybym miał wybierać najlepsze kawałki z płyty, to pewnie byłby to jeden z nich. Czy muszę dodawać, że taki start skutecznie rozbudza apetyt i nadzieję? Tired Of Waiting brzmi świeżo, choć odrobinę punkowe refreny mogłyby być zaśpiewane bardziej klasycznie. Na szczęście grupa jest wystarczająco wiarygodna w tym, co robi. Kuriozalnie nazwana Riffola sugerowałaby, że odsłuchamy naelektryzowanego, napakowanego środkami odurzającymi gitarzysty. Gdyby Kanadyjczycy przyłożyli się do refrenów, to być może mieliby u mnie małego plusa, ale ponieważ tego nie zrobili, nie będzie litości. Derry Grehan (chwilami rewelacyjny) sam nie udźwignie całego numeru. A szkoda, bo solówki prezentuje całkiem niezłe. Jeśli ktoś potrafi podarować grupie te nieszczęsne refreny, to utwór może mu się spodobać. Balladowe Ordinary zaczyna się klawiszami kopiującymi bardzo lubiane przeze mnie Great White i pomimo niezbyt oryginalnego formatu, piosenka daje kopa. Tylko wielkie kapele potrafią wykrzesać ogień z takich kompozycji, a Honeymoon suite najwyraźniej wciąż pamiętają o swoich latach świetności. Kawałek polecam szczególnie tym, którzy lubią się bujać i wzruszać zarazem. The House wita nas pędzącą perkusją, zwalnia jednak i przemienia się w standarowy, rockowy utwór, naśladujący tym razem dla odmiany najnowsze wcielenie Blue Tears. Kolejne Why Should I jest utrzymane w spokojnym tempie i balladowej stylistyce. Dee podchodzi do tematu, jakby śpiewał bajkę dla dzieci, ale wbrew pozorom nie jest źle. Podobać się mogą fragmenty, w których pokrzykuje z większym zdecydowaniem, a i melodia jest nienajgorsza. Po balladzie przychodzi czas na rockera, choć jak na mój gust trochę zbyt lekkiego. Down To Business dobrze się słucha, jest jednak zagrane mało zdecydowanie i przydałoby mu się dodać więcej energii. Sunday Morning niestety zawodzi, głównie za sprawą ziejącej od niego nudy. Chciałoby się zasugerować usunięcie tego zapełniacza z krążka, z drugiej jednak strony płyta stałaby się wtedy zbyt krótka. Pomimo umieszczenia na niej 11 utworów, większość z nich trwa po 3 minuty i całość mieści się w okolicach 40. Gwoli ścisłości Sunday Morning mogłoby się spodobać fanom Little Angels i podczas tego kawałka dostrzegam moment czy dwa, które przypadły mi do gustu. That's All You Got prawie spełnia pokładane w nim oczekiwania, grupa gra z odpowiednią energią, żałuję tylko, że gitary brzmią chwilami tak delikatnie. Szkoda tej drzemiącej w utworze przebojowości, szkoda tych niezłych chórków. Ze ścieżki dałoby się wyciągnąć pierwszorzędnego rockera. Czyżby zespół zapomniał o tym, jak to jest być niegrzecznym? Powinni przesłuchać sobie najnowszego Whitesnake, może to by pomogło ;). Restless stawia przed słuchaczem pytanie związane z tym ile ballad na jednym krążku można znieść. Na szczęście numer utrzymany jest na przyzwoitym poziomie, problem zbyt dużej ilości spokojnego materiału nadal jednak istnieje. Separate Lives zaczyna się intrygująco i ku mojej wielkiej radości przekształca się w dobry, inspirujący utwór. Muzycy grają w dojrzały, przemyślany sposób, duże brawa należą się Dee, który umiejętnie operując własnym głosem oczarowuje słuchacza. Miły akcent za zakończenie, gdyby jeszcze solówka gitary była bardziej wyeksponowana...

Clifton Hill jest płytą, która próbuje czerpać z melodyjności zawartej na pierwszych dziełach formacji. Chwilami wychodzi to lepiej, chwilami gorzej, a druga połowa albumu jest wyraźnie słabsza. Na krążku znalazło się kilka utworów godnych miana Honeymoon Suite i co równie ważne, nie ma na płycie piosenek jednoznacznie złych. Szkoda tylko, że odnaleźć możemy kilka wypełniaczy i że wydawnictwo jest moim zdaniem zbyt spokojne, brak mu hard rockowego zacięcia. Zapoznawanie się z nim nie jest obowiązkowe i płytę można sobie odpuścić. Jeżeli o mnie chodzi, to raczej nie będę o niej długo pamiętał, ale z drugiej strony bardzo cieszy mnie fakt, że Honeymoon Suite obrali tym razem taki właśnie kierunek. Jest to znaczny postęp i jednocześnie nadzieja na przyszłość.

Oficjalna strona zespołu: www.honeymoonsuite.com

Guciomir
grudzień 2008