Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Hetman w jaskini metalu ***

Hetman,
19.02. 2005, Warszawa - klub "Metal Cave"

Pociąg pospieszny relacji Opole - Warszawa Zachodnia i niekoniecznie miłe w nim towarzystwo (co się dzieje z tą dzisiejszą młodzieżą), autobus linii 127 do centrum, obiadek i spacer po stolicy. Tak w jednym zdaniu mogę zawrzeć moje poczynania zanim udałam się do klubu Metal Cave na ul. Olbrachta w Warszawie. W porządku, ale po jakiego grzyba powędrowałam taki kawał drogi od domu? Otóż cel był bardzo konkretny. O godzinie 19, kiedy to dotarłam na miejsce i odebrałam swoją wejściówkę, cały skład zespołu Hetman był już na miejscu.

Sam lokal nie pękał w szwach, ale nie była to nawet zapowiedź tego, co dziać się miało za jakiś czas. Na rozwiniętym w miejscu sceny ekranie poruszały się postacie z teledysków, naturalnie w oprawie dźwiękowej. Na zacisznym zapleczu klubu miałam okazje przeprowadzić rozmowę z częścią składu, co wspominać będę zapewne jeszcze długo. Najbardziej interesującą była zapowiedź wydania nowej płyty. Jak się okazało właśnie na tym koncercie premierę miały cztery nowe kawałki (trzy inne, również mające znajdować się na świeżym wydawnictwie, zespół wykonywał już wcześniej). Zanim jednak było nam dane posłuchać tych i kilku innych kompozycji, na scenę wkroczył supportujący Hetmana zespół Black & White. Ustawiłam się w pierwszym rzędzie, na przejściu między salą, gdzie znajdowała się scena, a pomieszczeniem gdzie inni, odziani w skóry długowłosi pożeracze muzyki gitarowej, rozsiedli się wygodnie między kuflami piwa. Dobór zespołu otwierającego koncert okazał się jak najbardziej trafny. Usłyszeliśmy masę klasycznych hitów od Judas Priest i Ozzy Osbourne'a począwszy, przez Mötley Crüe i Perfect, aż po Queen. Takie zestawienie świetnie sprawdziło się w rozgrzewaniu publiczności, która mimo iż było po niej widać zadowolenie, nie była zbyt skora do zabawy.

Zaraz po tym, jak Black & White zeszli ze sceny, swój sprzęt zaczęła rozkładać gwiazda wieczoru. Nastąpiła przerwa na piwko. W miarę postępu rozkładania instrumentów w lokalu przybywało ludzi, a ja z pozycji między pomieszczeniami zostałam zepchnięta wprost pod samą scenę. Zniecierpliwieni fani coraz częściej i głośniej wykrzykiwali nazwę zespołu, aż do momentu, kiedy się zaczęło. Gitarowe brzmienie napełniło cały klub, a piskom i gwizdaniu zdawało się nie być końca. Jak na zespół z kręgu hard'n'heavy przystało, rozpoczęli krótkim intrem - Ekstradycja. Na scenie pojawił się Paweł Kiljański w okraszonej płomieniami kurtce z logo Harley Davidson i przedstawiającej ten sam motyw koszulce, która okazała się mieć specjalne znaczenie, gdyż to właśnie w niej Paweł śpiewał podczas koncertu supportującego Urial Heep na warszawskim Stadionie X lecia.

Hetman Przywitanie z fanami, znany, spokojny riff i rozpoczęła się seria utworów pochodzących z albumu Wszyscy Zaczynamy Od Zera. Melodyczny kawałek przywołuje na myśl te wszystkie hity natapirowanych idoli lat '80. Trudno było nie tylko mnie, nie zacząć powtarzać słów śpiewnego refrenu. Grom braw i krzyków przerwało mocne uderzenie w struny Gibsona Jarka Hertmanowsiego. Ty Wiesz Ja Wiem miało być kolejnym numerem wieczoru. To co w muzyce Hetmana porywa chyba najbardziej na koncertach, oprócz niesamowitej mocy, jaką z sobą niesie, są świetnie dopracowane refreny, wydaje się że stworzone po to, by żarliwa publiczność mogła również udzielać się głosowo, tak często jak tylko będzie miała ochotę. Ten utwór był doskonałym przykładem tego, jak to w zamyśle ma działać. Łatwe do zapamiętania, często powtarzane słowa refrenu wypełniały cały klub i wylewały się drzwiami o oknami na zewnątrz krzycząc zadziornie do śpiącej Warszawy.

Słysząc już dwie kompozycje z mojego ulubionego albumu tegoż zespołu z niecierpliwością oczekiwałam mojego faworyta. Oto i naprzeciw moim nadziejom wyszedł tytułowy kawałek z Wszyscy Zaczynamy Od Zera. Reakcja ludzi stojących na około mnie i dźwięki dochodzące z głębi sali dały mi do zrozumienia, że nie tylko ja żywię ogromną sympatię do tego tytułu. Pomimo tak entuzjastycznego przywitania, nadal niewielu sympatyków mocnego grania odważyło się skakać i przeczesywać powietrze grzywami, może z wyjątkiem perkusisty Black & White, który najwyraźniej poczuł potrzebę przyłączenia się do Pawła i zaśpiewania z nim choć przez chwilę... na środku sceny, na którą niewiadomo nawet kiedy wskoczył.

Następnie kolej przyszła na przypomnienie kilku kompozycji z albumu Do Ciebie Gnam. Na pierwszy ogień poszedł Duch. Nie przypadkowo, bo numer został zadedykowany, zapewne obecnemu z nami wtedy duchem Krzysztofowi "Uriah" Ostasiukowi, zmarłemu tragicznie wokaliście zespołu Fatum, któremu to Hetman dedykował całą reedycję swojego pierwszego albumu. Tłum znowu się ożywił, w powietrzu pojawiły się już ręce, powtarzane za Pawłem słowa stawały się coraz donioślejsze. Poruszenie wśród fanów wywołało szerokie uśmiechy na twarzach artystów. Jakie to uczucie kiedy nieznani ludzie śpiewają teksty twoich piosenek, bawią się i cieszą tym, że cos stworzyłeś? Tak, to jest powód by się uśmiechać, radować i grać dalej. W taki nastrój przemyśleń i melancholii bezwzględnie wprowadzić może kolejny zaprezentowany, przez Warszawiaków numer. Okręt Widmo płynął spokojnie poprzez zadymioną przestrzeń ograniczoną ścianami i sufitem Metal Cave. Płomienie zapalniczek uniosły się w górę i migotały światłem rozproszonym w gęstym od dymu powietrzu. Pomijając Kolędy utwór ten jest chyba najbardziej rzewnym w karierze Hetmana. Bez wątpienia był to świetny przerywnik między klasycznymi hitami z wcześniejszych albumów, a tym co czekało nas za chwilę.

Przejście do utworów nowych nie było zaskakujące i bezpośrednie. Zespół postanowił wprowadzić nas w temat powoli, rozbudzić w nas ciekawość. Na początek coś starego w nowej oprawie. Banita zajmował do tej pory poczesne miejsce na Do Ciebie Gnam jako utwór instrumentalny. Jednak jak sami panowie przyznali się, jego linia okazała się tak podatna na dodanie słów, że aż nie sposób było tego nie zrobić. I tak mieliśmy okazję usłyszeć zbuntowany kawałek z dodatkiem linii melodycznej. O nowych utworach mogłabym pisać dużo, ale zastanawiałam się długo, czy powinnam to zrobić i doszłam do wniosku, że obejdę je trochę bokiem. Dlaczego? Powiem szczerze, kawałki są fantastyczne, na koncercie prezentowały się niesamowicie. Trudno nie przyznać racji liderowi zespołu, który zapowiedział nowy album jako najostrzejszy w dotychczasowej dyskografii Hetmana. Takie kawałki jak Skazaniec, czy nazwany przez wokalistę On nie tylko nawiązują do przewijającego się przez historię zespołu heavy metalu, ale stanowią najpełniejsze jego wykorzystanie, wręcz do ostatniej nuty.

Ciężkie, acz melodyjne brzmienie zachwyciło mnie przede wszystkich jednym walorem. Jest od początku do końca, w 100% "hetmanowskie". Nie ma w nim ani krzty tego, czego nienawidzę, za co mogłabym chyba zabić, nu-metalowego chłamu, zapychania głośników gównem i szmatławstwa, tak często spotykanych na nowych albumach, nawet starych gwiazd. Oto czym zniewoliły mnie kawałki, mające znaleźć się na nowej produkcji Hetmana, Skazany. Tak charakterystyczną dla nurtu heavy z dawnych lat tajemniczość i mrok odnaleźć można w nowych kompozycjach zawartych pod nazwami Wiedźma, czy Kłamstwa. Panowie zaprezentowali nam również swoją najnowszą balladę. Nigdy nie ukrywałam, że to właśnie w takich kawałkach kocham się od zawsze, więc nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem, że i w ten numer wprawił moje serduszko w szybsze drgania. Tekst z goła odbiega od standardów ballad, ale to dodatkowo dodaje jej na oryginalności. Panowie, nie powiem więcej niż POGRATULOWAĆ!

Hetman Dalej znów powrót do klasyki. Tym razem album Czarny Chleb Czarna Kawa. "Jest taka stara ulica w Warszawie..." zapowiedział wokalista i już nic więcej nie musiał właściwie dodawać, bo tłum chórem odkrzyknął: "Gnojna!". Znów mocny riff i dosłownie "cała sala się bawi". Po wcześniejszej mobilizacji ze strony Pawła Kiljańskiego, ludzie nareszcie zaczęli bawić się jak to zwykłam obserwować na innych tego typu koncertach. Skoro już publika rozkręciła się na dobre, przyszedł czas na kolejny numer, z cyklu przyśpiewek, Hej Sokoły. Nie trudno wyobrazić sobie szaleństwo, jakie miało miejsce pod sceną. Jeśli jednak znajdą się jacyś niedowiarkowie, to dla zapewnienia dodam, że z podestu zaczęły spadać statywy mikrofonowe, a sama musiałam dla bezpieczeństwa cofnąć się nieco. Jeśli już jesteśmy przy tym albumie, to nie wyobrażam sobie, jak mógłby obejść się ten koncert bez mojego osobistego faworyta. Kolejny raz uśmiech zagościł na mojej twarzy, gdy usłyszałam zapowiedź Czarnego Chleba i Czarnej Kawy. Tutaj zespół dał najlepszy tego wieczora popis umiejętności zabawy z publicznością. Wspólne nucenie melodii refrenu okazało się świetną zabawą, do której włączyli się niemal wszyscy obecni na koncercie. Jeśli jeszcze na sali znaleźli się jacyś maruderzy, to zapewne zostali zepchnięci gdzieś w głąb ciemnego lokalu.

Pomimo późnej godziny i niewątpliwego zmęczenia i zespół i publika dawali z siebie wszystko, a efekty warte byłyby utrwalenia na taśmie. Nie inaczej było w przypadku kolejnego kawałka. Trzy Opowieści, nie dość że wpadają w ucho, to bez wątpienia są doskonałym numerem, pozwalającym artystom zbliżyć się do fanów i poczuć tą samą euforię, jaką pałaliśmy słuchając i starając się nadążyć ze słowami za wokalistą. Na liście nieodzownych pozycji na koncercie Hetmana pozostał jeszcze jeden sztandarowy numer, ale zanim nas nim uraczono, czekała nas niespodzianka. Scena na kilka minut zamieniła się w gitarowe królestwo, kiedy Radek Chwieralski wykonywał swoją solową partię. Najnowszy członek zespołu, nazwany przez współtowarzyszy "diamentem", spoił się na naszych oczach ze swoim Ibanezem i tak już chyba zawsze będę kojarzyła jego osobę, stojącą na scenie z iskrami oczach i iskrami sypiącymi się spod jego palców, gdy uderza nimi w struny instrumentu. Radek skończył, a Paweł zadedykował kolejny utwór motocyklistom, Easy Rider. Znowu euforia i znowu radosne krzyki, wspólny śpiew i zapalniczki w powietrzu. Oto w jakich okolicznościach żegnali się z nami, dziękując za przybycie i zabawę, członkowie zespołu.

Nie trudno się domyślić dalszego ciągu. "Hetman! Hetman! Hetman! Hetman! Hetman! Hetman!..." zabrzmiały gromkie nawoływania ze strony publiki. Załoga nie zeszła ze sceny. Uśmiechając się nasłuchiwali fanów, zastanawiając się pewnie, o co poprosimy na bis. Ktoś wykrzyczał tytuł Enter Sandman i posypała się fala dźwięków, a szaleństwo trwało dalej. Czymże byłby koncert bez bisów, ale nie o jeden chodzi, choćby na drugą nogę należy się jeszcze jeden kawałek. Widocznie i do tej zasady odwołali się panowie prezentując nam na zakończenie Złe Sny z albumu o tym samym tytule. Ostry akcent na do widzenia, ostatnie pożegnanie, zapaliły się światła, a chmara fanów udała się po plakaty, by prosić o podpisy. Satysfakcja zespołu i zadowolenie publiczności, oto co powinno towarzyszyć dobremu widowisku muzycznemu i to właśnie odnalazłam tego wieczora w klubie Metal Cave. Jedyne czego było mi żal, to myśl że taki widowiska nie mają miejsca często, muzyka rockowa przeżywa kryzys, a część zespołów podobnym Hetmanowi popada w zapomnienie. Ja jednak wierzę, że tych ludzi nie spowije mgła zapomnienia. Pokładam nadzieję w nowym albumie i wyczekuję go z niecierpliwością. Do zobaczenia Hetman!

Oficjalna strona zespołu: www.hetmanband.pl

Nienor
21.02.2005