|
Skład: Andi Deris - śpiew; Michael Weikath - gitary; Roland Grapow - gitary; Markuss Grosskopf - gitara basowa; Uli Kush - perkusja
Produkcja: Tommy Hansen i Helloween
Pamiętam, że kiedy zobaczyłem teledysk do utworu Mr. Ego zwiastujący to wydawnictwo, byłem rozczarowany. Zupełnie przeciętne granie bez ikry i powera wcześniejszych produkcji. Był rok 1994 i w zespole nie było już Michaela Kiske, który ze względu na rozbieżności co do tego, jak powinna wyglądac dalsza kariera Helloween, odszedł nie pozostawiając jednak złudzeń, kto na wieki pozostanie najlepszym wokalistą w historii zespołu. Andi Deris nie może się równać z Michaelem pod żadnym względem, jego głos choć naprawdę klarowny nie ma tej siły i tego pazura. Momentami nawet kojarzy się z głosem Kaia Hansena (głównie jak śpiewa niżej), ale to za mało żeby nazwać go wybitnym wokalistą. Kiedyś śpiewał w Pink Cream 69, tam był być może najjaśniejszym punktem, tutaj czuje się tęsknotę za głosem Michaela... Ale mimo wszystko sięgnąłem po Master Of The Rings.
Jak za starych dobrych czasów album otwiera ciekawe intro, które ma zapewne nadać tej płycie klimat dawnych produkcji. Po części
się to udaje, bowiem kiedy wchodzi Sole Survivor, czuje się jakiś niesamowity powiew świeżego powietrza. Utwór doskonały, jeden z najlepszych jakie Helloween nagrało i tym samym jest moim faworytem na płycie. Sekcja rytmiczna nabija miarowo ale nie jednostajnie, muzyka kojarzy się bardziej z hard rockiem niż power metalem, kiedy pojawia się refren, aż ciarki przechodzą po plecach. Utwór z jajem i klasą. Pod koniec kawałka mamy nawet krótkie solo perkusyjne, jak to kiedyś było w Eagle Fly Free, ale na tej płycie nie bębni już Ingo Schwichtenberg, którego usunięto z zespołu po nagraniu albumu Chameleon. Nowym perkusistą jest Uli Kush, niegdyś pałker Holy Moses. Szczerze powiedziawszy nie widzę różnicy mięcy obydwoma perkmanami, bowiem Uli podporządkował się w całości stylistyce Helloween i słychać to już dobrze w utworze Where The Rain Grows. To już coś bardzięj w starych klimatach, aczkolwiek refren znowu gdzieś tam kojarzy się z hard rockiem. Jest bardzo melodyjnie i przebojowo. Why? to w zasadzie hard rock i czuję, że jednak uciekła aura dawnego Helloween, ale w sumie nie ma co narzekać, bowiem kompozycja jest przednia. O Mr. Ego już wspominałem, dodam tylko, że Roland Grapow nie spisał się za bardzo, bowiem jest autorem nie tylko tego gniota ale jeszcze rytmicznej zupełnie nie na miejscu kompozycji Take Me Home. Takie jankeskie podrygiwanie i szkoda że Weikath pozwolił mu na ten wybryk. Chociaż żeby całkiem nie przekreślać twórczego wkładu pana Grapowskiego powiem, że trzeci utwór jego autorstwa Still We Go to już numer pierwsza klasa, zwłaszcza w końcówce która z powodzeniem mogła by stanowić część jakiejś kompozycji na płytach Kepper Of The Seven Keys. Cud miód. Helloween nie byli by sobą, gdyby nie pożartowali sobie odrobinę. Perfect Gentleman ma bardzo ironizujący tekst, w dodatku ta mówiona tonem przechwałki część pokazuje, że chyba za wcześnie skreśliłem Andi Derisa. Nagle z wokalisty, jak mi się wydawało bez jaj, wyrasta prawdziwy rockowy krzykacz. Muszę tutaj dodać, że Perfect Gentleman to utwór w 100% w stylu hard rockowym i kolejny plus dla zespołu. Kolejnym zabawnym utworem jest The Game Is On, który z tymi wszystkimi odgłosami może kojarzyć sie z Rise And Fall z dwójki "Keepera", ale i też muzycznie jest to coś bliższe radosnemu power metalowi niż tym pełnym dramatyzmu hard rockowym songom jak Why?. W Secret Alibi pojawia się pewien zgrzyt, ale nie dlatego że jest to zły kawałek, nic z tych rzeczy, Secret Alibi jest świetny, z tym że przypomina kompozycję konkurencyjnego Gamma Ray. Czyżby Weikath zaczął żałować, że usunął Hansena? Tak czy owak może lepiej byłoby go prosić, ba błagać na kolanach, by przyszedł i "odciążył" Grapowa, który w tym momencie chyba już myślał o nagraniu płyty solowej. Nie żeby Grapow był zły, ale Secret Alibi brzmi jak tęsknota za Hansenem. Mówię całkiem poważnie, zresztą jak ta tęsknota jest duża przekonał nas o tym kolejny album Helloween o tytule Time Of The Oath i pretensjonalnej już okładce, która miała chyba na celu puszczenie oka do byłego kolegi gitarzysty. Wróćmy jednak do tej płyty. Na Master Of The Rings tak jak to było na wszystkich poprzednich wydawnictach nie mogło zabraknąć ballady. In The Middle Of The Heartbeat spełnia to zadanie średnio, to znaczy jest to całkiem niezły utwór i naprawdę mi się podoba, z tym że brakuje w nim tej nostalgii takich numerów jak That Tale That Wasn't Right czy We Got The Right. Szkoda, chociaż myślę że fani hard rocka w 100% z tej ballady będą zadowoleni i mnie w sumie ona też pasuje, jak już wspomniałem.
Tak patrzę na okładkę, że niby dawniej klucze, teraz pierścienie i ta aura tajemniczości, ale muzyka tutaj zwyczajnie jest zagrana na luzie. Nie ma wielkich pretensji, za to jest w tych utworach sporo melodii i w sumie dobrej zabawy. Dla mnie to najlepszy album jaki Helloween nagrali z Andi Derisem i chociaż znacznie bardziej wolę płyty Keeper Of The Seven Keys, po ten album też czasami sięgam. Polecam nie tylko fanom power metalu, ale i zwyczajnie wszystkim fanom melodyjnego rocka.
Oficjalna strona zespołu: www.helloween.org
LSDisease luty 2005
|