Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

HELLOWEEN - Live In The UK [1989]
Wydawca: Noise Records / EMI / Victor

  1. Intro: "Happy Halloween / A Little Time
  2. Dr. Stein
  3. Future World
  4. Rise And Fall
  5. We Got The Right
  6. I Want Out / Encores
  7. How Many Tears
Live In The UK

Skład: Michael Kiske - śpiew; Kai Hansen - gitara; Michael Weikath - gitara; Markus Grosskopf - gitara basowa; Ingo Schwichtenberg - perkusja

Produkcja: Tommy Hansen

To pierwsza recenzja nie studyjnego albumu, jaką postanowiłem napisać. Powody ku temu mogą być dwa. Pierwszy jest taki, że mija dokładnie 20 lat, odkąd zetknąłem się z tym wydawnictwem i był to pierwszy heavy metalowy krążek, z jakim miałem kontakt. Powód drugi jest taki, że do dzisiaj uważam tę płytę za najlepsze wydawnictwo koncertowe, z jakim się zetknąłem, a kawałki tu zaprezentowane brzmią lepiej niż w wersjach studyjnych, co jest zdecydowanie rzadkością w przypadku płyt koncertowych.

Jesień 1989 roku ukształtowała mój gust muzyczny na długie lata i mimo że później odkryłem znacznie ambitniejszą muzykę, to w dalszym ciągu mam sentyment tak i do tego wydawnictwa jak i do heavy metalu w ogóle. Mamy tu w zasadzie próbki dwóch koncertów z listopada 1988 roku. Pierwsza pochodzi z Edynburga w Szkocji, druga z angielskiego Manchesteru. Koncert ten pokazuje, że Helloween to grupa grająca z niesamowitą prezycją i udawadnia tu, że najlepszym frontmanem zespołu był Michael Kiske, który nota bene radzi sobie obecnie znacznie lepiej niż jego byli koledzy wierni kanibalizmowi artystycznemu. Po symbolicznym odśpiewaniu przez fanów Happy Halloween rusza A Little Time z niesamowitą mocą. Na Keepers Of The Seven Keys ten kawałek brzmiał jakoś lekko i nie zwracał mojej szczególnej uwagi. Tutaj jest to mięcho, że zaciśnięte pięści latają w górze. Po prostu heavy metal. Po tym utworze Kiske wita się ze szkocką publicznością. Robi to w bardzo żartobliwym stylu pytając, czy to pierwszy raz Helloween zawitali do Japonii? Ameryki? W końcu dostaje odpowiedź, że są w Szkocji. Zaraz po powitaniu oznajmia, czego fani mogą spodziewać się tego wieczoru. W tle improwizuje reszta muzyków wygrywając jakieś dziwaczne melodie. "Are you ready for Dr. Stein?" pada w pewnym momencie. I grupa odgrywa pierwszy singiel z Keeper Of The Seven Keys Part 2. Mimo że uważam "dwójkę" Keepera za lepiej brzmiącą niż jedynka, to i tak obie nie mają startu do Live In The UK. Chodzi przede wszystkim o moc. Rozumiem, że wymagania studyjne były takie a nie inne i oczywiście podoba mi się, że Keepery brzmią tak a nie inaczej, ale po latach bardziej broni się to surowe, mocne brzmienie z pierwszej płyty koncertowej zespołu. Muszę koniecznie dodać, że nie mamy tu do czynienia z jakimiś sprzężeniami czy niedociągnięciami produkcyjnymi. Żaden z instrumentów nie ginie, a jakość wykonania, że palce lizać. No i czas na rozwleczony do 9 minut Future World. Na Keeperze 1 ten numer trwa 4 minuty i jak zapewne się domyślacie, napiszę, że mniej w nim mięcha niż na koncertówce. Owszem ale koncertowa wersja ma coś więcej. Pokazuje jak świetnym frontmanem jest Michael Kiske. Zapomnijcie o długich, nudnych instrumentalnych improwizacjach (fani Deep Purple mnie uduszą ;)). Po odegraniu solówki zaczyna się zabawa z publicznością. Prym wiedzie Kiske nakłaniający w każdy możliwy sposób publikę do wykrzyczenia wersu "We all live in future world". Potrzeba aż 4 razy, by frontman Helloween poczuł się usatysfakcjonowany. Wpleciona też została improwizowana wersja Blue Suede Shoes, gdzie Kiske stwierdza, że czuje się jak Elvis Presley. Zespół oczywiście cały czas uprawia jamming w tle, a robi to na modłę rock and rollową. 9 minut zlatuje jak z bicza strzelił. Rise And Fall burzy nam trochę atmosferę, gdyż jest całkiem oderwanym od reszty koncertu fragmentem. Brzmi oczywiście fenomenalnie, tylko że słychać tę przerwę w koncercie. Został on dodany na Live In The UK, bowiem na amerykańskiej wersji krążka (I Want Out Live) oraz japońskiej (Keepers Live) nie został zamieszczony. To był pierwszy numer z tego albumu, jaki usłyszałem i wtedy był moim ulubionym. A że później wszystkie stały się ulubione... We Got The Right to znowu dwójka Keepera, a introdukcja na gitarze basowej zapowiedziana przez Kiskego "bass guitar Markus Grosskopf, not Grobkopf", to takie przypomnienie Brytolom, że w języku niemieckim jest taka literka ß, którą czyta się jak 's', mimo że wygląda jak B. Jak pamiętamy, w tym numerze jest taka skoczna biesiadna melodyjka gdzieś w środku. Tutaj brzmi mniej skocznie niż na płycie, gdyż teraz mamy po prostu większą moc. Kiske w świetnej formie i pokazjue, że zaśpiewanie tego w ten sam sposób co na płycie studyjnej to żaden problem, mimo że technicznie to trudna partia i zapewne sporo wysiłku w nią wkładał robiąc wokale. Sala koncertowa czy studio nagrań, dla Michaela nie ma to znaczenia. Drugi singiel z Keeper 2 I Want Out dokładnie jak na płycie, tyle że ostrzej. Zanikły gdzieś całkiem partie klawiszy, które w oryginale są obecne, ale to nic. Moc jest z nami ;). Na koniec How Many Tears, jedyne nagranie z Walls Of Jericho, gdzie w oryginale, przypominam, śpiewał je Kai Hansen. Z wokalem Kiskego nabiera nowej mocy i nowego żywota. Jest o wiele lepszy niż oryginał i trwa też ciut dłużej. Wyciąnięto końcówkę tak, żeby wokalista mógł powoli i dosadnie oznajmić, że okrucieństwo i przemoc odejdą z Ziemi na zawsze. No i koniec. Jak na płytę koncertową to raczej krótki albumik, taka próbka Helloween live w ich najlepszym okresie, ale mnie wystarczy. Może i szkoda, że nie zagrali dwóch wspaniałych eposów Halloween i Keeper Of The Seven Keys, chociaż może i grali podczas całego występu. Tutaj w każdym razie wybrano takie utwory i ja nie narzekam. Jak już wspominałem, album brzmi świetnie i co ważne, nie słychać, by studyjnie ingerowano w koncertowe brzmienie, jak to miało miejsce przy krążkach Judas Priest. Dlatego publikę słychać raczej słabo. Ale ważne, że głośno słychać zespół. Publika gdzie trzeba, to się wykazuje i o to chodzi.

Live In The UK ma dla mnie duże znaczenie sentymentalne i zawsze chętnie do niej wracam, właśnie jesienią. Polecam ten album wszystkim, którzy uważają że na koncercie nie da się uzyskać lepszego brzmienia niż w studiu nagraniowym. Polecam go także wszystkim, którzy zastanawiają się nad zakupieniem jakiejś składanki zespołu w stylu best of. To lepsze niż taka składanka, daję słowo. Jeśli mimo wszystko nie przepadasz za koncertowymi płytami, to nie przekonam Cię, drogi czytelniku. Dla mnie to kanon metalu. W zasadzie innych albumów Helloween już słuchać nie muszę.

Oficjalna strona zespołu: www.helloween.org

LSDisease
sierpień 2009