|
Skład: Davide "Dave" Moras - śpiew; Andrea "Andy" Buratto - gitara basowa; Andrea "Picco" Piccardi - gitary; Federico "Fede" Pennazzato - perkusja
Gościnnie: Dave, Marco Pastorino, Andy Star, Alberto Gianotti, Gianmaria Saddi - chórki; Barbara Rubin, Elisabetta Gagliardi, Elisa Muratori - damskie chórki w [6]; Antonio Agate - instrumenty klawiszowe w [9, 10]
Produkcja: Hell In The Club
Taki już znak czasów, że muzycy lubią kombinować na boku różne projekty. Można spekulować, dlaczego tak się dzieje. Z jednej strony kiedy płyty macierzystych formacji sprzedają się tak sobie, można dorobić co nieco w takich właśnie pobocznych projektach. Czasem muzyk ma jakiś pomysł, który nie bardzo pasuje do jego zespołu i wtedy nagrywa coś pod innym szyldem. Oto kolejny projekt - Hell In The Club.
Tutaj siłą sprawczą był basista włoskiej grupy Secret Sphere - Andrea "Andy Buratto. Zapragnął on grać rock'n'rolla na wzór takich zespołów jak Skid Row, Ratt, Mötley Crüe czy KISS, zatem muzykę odmienną od tego, co prezentowała jego dotychczasowa formacja. W realizacji tego pomysłu pomogli mu koledzy z macierzystej kapeli oraz muzycy z zaprzyjaźnionego Elvenking. Kiedy skład został skrzyknięty, potrzebna była jeszcze jakaś wybitnie rock'n'rollowa nazwa i padło na Hell In The Club. Takich romantycznych historii powstania zespołów znam już wiele, więc zwyczajowo nie przykładam do nich większej wagi. Nie jestem też fanem żadnej ze wspomnianych dwóch grup, nie przepadam za power metalem, ani za folk metalem - rzadko co z tych gatunków mnie urzeka. Wabikiem dla mnie stała się informacja, że płytę Włochów wydaje Avenue Of Allies Music, wytwórnia, której w ostatnim czasie udało się wypuścić na rynek muzyczny kilka naprawdę udanych krążków. Nie mając wiele do stracenia sięgnąłem po Let The Games Begin, debiutancki album ekipy Andy'ego. Po całkiem gustownym intro rusza Never Turn My Back, czyli pierwszy numer w zestawie. Uff, na szczęście nie ma tu power metalu, faktycznie mamy hard rock, co od razu cieszy. Brzmienie płyty uderza podobieństwem do szwedzkich kapel sleazowych, co dla niektórych będzie zapewne dużym plusem, natomiast muzycznie piosenka przypomina mi trochę styl gry grupy Rattler. I od razu dodam, że takiej muzyki najlepiej slucha się na żywo w jakimś klubie (stąd i nazwa kapeli jak widać adekwatna). Tak więc mamy hard rock i to dość melodyjny. Rock Down This Place, cholera, jeszcze bardziej mi to przypomina Rattlera niż wcześniej. Cóż poradzę... No i jakieś nawiązania do Hardcore Superstar (podobny sposób budowania linii wokalnych chociażby)... Znów wnioski te same: tego trzeba posłuchać na żywo, ale chłopakom idzie na plus, że nagranie w wersji płytowej też uchwyciło tę energię i żywiołowość - wystarczy tylko podkręcić głośniki i wyobrazić sobie, że jest się na koncercie. Od dwóch poprzedników w mój gust łatwiej trafia bardzo melodyjne i ciepło brzmiące On The Road. Tutaj doszukałbym się podobieństw do wczesnego Jaded Heart, może trochę do AOR-owej formacji 91 Suite. Duża w tym zasługa ścieżek wokalnych, brzmienia blach zestawu perkusyjnego, no i oczywiście samych gitarowych riffów. Chyba najlepsza kompozycja na płycie. Natural Born Rockers rozpoczyna się bardzo amerykańsko, niemal jak jakaś muzyka country, ale dalej nieco rock'n'rollowego szaleństwa i wreszcie przejście do stylistyki, w jakiej zagustowało Skid Row od płyty Slave To The Grind. Całkiem niezły kawałek, tyle że niepotrzebnie pokuszono się o wstawki rodem jak z jakiegoś industrialu, co go w moim odczuciu szpeci. Za to dodatkowy plus za świetną solówkę. Nieszczególnie trafia do mnie z kolei następne w secie Since You're Not Here. Niby wciąż mamy tu hard rocka, nawet coś chwilami na wzór Danger Danger, ale do tego wszystkiego wkrada się jakaś nuta modern rocka, którego to gatunku nigdy nie polubiłem. Podejrzewam, że pewnie amerykańska publiczość by tu nie narzekała. Ciekawie wypada Another Saturday Night, typowo prywatkowy numer. Wyobraźmy sobie coś w rodzaju Poison skrzyżowanego z Mr. Big. Powiedzmy, że poisonowy w klimatach kawałek z dodatkiem linii wokalnych na wzór szybciej odśpiewanego Erica Martina. Beztroskie, radosne granie... Po paru głębszych można się przy nim dobrze bawić. No właśnie, do kilku głębszych jeszcze lepsze jest Raise Your Drinkin' Glass ze swoim kapitalnym, rasowo hard rockowym riffem otwierającym. Zwrotki pozostawiają nieco do życzenia, za to refreny już lepsze, ale i tak kocham ten numer właśnie za jego napędowe riffy. Jest energia, jest "drive" i o to chodzi. No Appreciation na tym krążku brzmi trochę jak zapychacz, mimo przyzwoitego refrenu. Kiedy jednak dłużej nad nim "pofilozofować", to okazuje się, że na żywo może to być całkiem niezły numer. Bardziej ucho cieszy jednak kolejne Forbidden Fruit. Wyobraźcie sobie coś w klimatach Ratt z czasów Dancing Under Cover, tylko że zagrane nieco ostrzej, plus jakieś echa Cry Wolf i Trouble Tribe. Porządne, gitarowe granie i zarazem jeszcze jeden hicior z tego krążka. Dalej dostajemy balladę o tytule Star. Ciężko mi ją rozgryźć, momentami wydaje mi się mocno naciągana, chwilami brzmi jak jakiś zgryw i parodia, a i słodkości także gdzieniegdzie nie brakuje. Posłuchać można, lecz do grona pościelowek wszechczasów utwór raczej nie dołączy. Kompletnie nie w moim guście jest Daydream Boulevard. Za dużo pogawędek przypominających rapowanie, a za mało melodii. Z drugiej strony piosenka może spodobać się fanom muzyki funk, no i sympatykom rytmiki a'la Aerosmith (tego tu chyba najwięcej), może od czasu do czasu pomieszanej z Mr. Big i Extreme. Płytę zamyka całkiem udana ścieżka zatytułowana Don't Throw In The Towel. Muzycznie w zasadzie bez zarzutu, wciąż dobry hard rock, natomiast nie za bardzo odpowiadają mi w nim linie wokalne, przynajmniej w zwrotkach, bo reszta jest OK. Raz jeszcze plus za fajną solóweczkę.
Płytę mimo kilku zgrzytów i niedociągnięć uważam za bardzo udaną. Kapela dobrze się zapowiada i powiem szczerze - chłopaki, możecie już pozamykać swoje macierzyste formacje, bo muzyka Hell In The Club jest od nich po prostu lepsza. Może do grona moich ulubionych zespołów grupa nie dołączy, ale z pewnośćią sięgnę po jej kolejny krążek. Fanom hard rocka polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.hellintheclub.com
Guitarrizer marzec 2011
|