Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

HEAVY BONES - Heavy Bones [1992]
Wydawca: Reprise Records / Warner Bros / WEA

  1. The Hand That Feeds
  2. 4:AM T.M.
  3. Turn It On
  4. Anna
  5. Dead End St.
  6. Where Eagles Fly
  7. Enormodome
  8. The Light Of Day
  9. Your Love Won’t Let Me Down
  10. Beating Heart
  11. Summers In The Rain
  12. Where The Livin’ Is Easy
Heavy Bones

Skład: Joe Ellis - śpiew; Gary Hoey - gitara, mandolina, dobro, chórki; Rex Tennyson - gitara basowa, chórki; Frankie Banali - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: Scott Humphrey - instrumenty klawiszowe, gitary w [3,6,7,10]; Richie Zito - instrumenty klawiszowe w [4]; Rick Seratte - pianino w [3]; Tommy Fundeburke - chórki; King Cricket and The Creole Crooning Croakers - chórki

Produkcja: Richie Zito

Spośród dziesiątek mało znanych i rzadko granych płyt czasem można wyłowić coś, co jednocześnie trzymałoby wysoki poziom i byłoby niepowtarzalne. Trafienie na taką perełkę przynosi satysfakcję z dokonanego odkrycia i niewątpliwą radość z możliwości poszerzenia muzycznych horyzontów. Niewątpliwie takim skarbem był wydany w 1992 roku album kalifornijskiej supergrupy Heavy Bones, złożonej z byłych członków hairmetalowego Quiet Riot, sleaze rockowego Cats In Boots oraz gitarowego wymiatacza Gary’ego Hoey’a (z towarzyszeniem całej kompanii artystów, pojawiających się na krążku gościnnie). Ze względu na rok wydania grupa nie miała szans na przebicie się do szerokiego grona publiczności, zafascynowanego wówczas zupełnie inną muzyką. Nie wiedzą biedacy, jak wiele stracili...

Od pierwszych minut obcowania z tym krążkiem ma się nieodparte wrażenie trafienia na coś wyjątkowego. Powodów ku temu jest kilka. Pierwszy z nich to wokalista o nieprzeciętnych możliwościach artykulacyjnych, dysponujący całym arsenałem stłumionych krzyków, pojękiwań, westchnień. Drugi to sama warstwa muzyczna, niecodzienna dzięki ciekawym aranżacjom, wykorzystaniu licznych instrumentów (włączając w to nietypowe dla hardrocka dobro i mandolinę) i specyficznemu brzmieniu (niekonwencjonalne harmonie wokalne, zniekształcenia dźwięku), odróżniającemu Heavy Bones od innych, ostro grających zespołów schyłku epoki hair metalu, takich jak Skid Row, Heaven’s Edge czy Saints And Sinners. Na początku formacja atakuje słuchacza dźwiękami, od których odpadają zelówki. Mowa o The Hand That Feeds, który po złowieszczym, gitarowo-perkusyjnym wstępie rozpędza się do galopującego rockera, w stylu, którego nie powstydziłyby się najlepsze ekipy sleaze rockowe. Dynamiczną kompozycję z ostrymi riffami okraszono znakomitą solówką ze sztucznymi flażoletami. Wybrany na singiel promujący wydawnictwo 4:AM T.M. ma w sobie coś z kawałków Ratt, z tym że jest zagrany z większym wykopem, z solówką z zastosowaniem "kaczuszki", zaśpiewany jakby z tłumioną wściekłością, no i z charakterystycznymi harmoniami wokalnymi i chórkami refrenie. O ile dwa pierwsze numery stoją na dość wysokim poziomie, w trzecim zespół podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej. Turn It On stanowi iście doskonałe skrzyżowanie elementów muzyki Def Leppard (praca gitary rytmicznej, niespieszne tempo) i Firehouse (melodia, zwłaszcza w przedrefrenie). Ellis przechodzi tu stopniowo od śpiewu spokojnego, niemal wyciszonego, do balansowania na granicy emocjonalnego krzyku w refrenie. Niezwykle chwytliwa melodia, bogata aranżacja, świetne przejścia pomiędzy poszczególnymi elementami utworu oraz wspaniale wkomponowana solówka tworzą tu nierozerwalną całość, jakby stworzoną do wielokrotnego słuchania. Anna to pierwsza w zestawie power ballada, bardzo ładna, luźno nawiązująca do Hardline z legendarnego albumu Double Eclipse. Podoba mi się w niej pomysł na wykorzystanie mandoliny, no i oczywiście refren (zaśpiewany z uczuciem i po raz pierwszy zupełnie czystym głosem). Mający średnie tempo Dead End St. z wyeksponowanymi brzmieniami akustycznymi w zwrotce i elektrycznymi w refrenie (co przypomina troszeczkę Lights Of The City naszego Lessdress) imponuje kapitalną melodią i shreddingiem w solówce. Na miano opus magnum całego krążka zasługuje jednak Where Eagles Fly, kompozycja rozbudowana i absolutnie olśniewająca. Przez pierwsze cztery minuty głównie akustyczna, wprowadzająca jakąś dziwnie smutną, a jednocześnie podniosłą atmosferę, żeby potem przejść twardymi, nieco "zeppelinowskimi" riffami w dramatyczne rozwinięcie, pełne krzyków, pojękiwań i czego tam jeszcze... Jak dla mnie jest to jedna z ballad wszechczasów. Na pozycji nr 6 mamy instrumentalny przerywnik w postaci Enormodome, brzmiący jak fragment jakiejś muzyki filmowej, po czym kolej na The Light Of Day, utwór, który swoim tempem, pulsującym riffem i liniami melodycznymi przywodzi na myśl Skin To Skin Heavens Edge, ale chyba na jeszcze większym turbodoładowaniu. Znowu słowa uznania należą się Hoey’owi, który pokazuje jak szybko potrafi przebierać palcami po gryfie. Stosunkowo wolny Your Love Won’t Let Me Down dzięki swoim ciężkim, hipnotyzującym riffom może się kojarzyć ze Sven Gali, jest jednak zaledwie przeciętny, ze względu na brak dobrego rozwinięcia melodii. Ścieżka numer dziesięć przynosi ze sobą moment wyciszenia, czyli kolejną piękną, akustyczną balladę Beating Heart. Tym razem znowu nawiązującą do wspomnianego Hardline i w mojej ocenie równie dobrą jak piosenki tego ostatniego. Oryginalnie brzmiący dzięki wykorzystaniu dobro i bluesującemu wstępowi Summers In The Rain jest dalekim krewnym Uncle Tom’s Cabin Warrant. Słucha się tego całkiem przyjemnie, czego nie zmienia nawet fakt zbytniego rozciągnięcia utworu w czasie (jest o jakieś 2 minuty za długi). Album kończy mocny, rockowy kawałek Where The Livin’ Is Easy; znowu mamy w nim niezłe riffy i celującą solówkę Hoey’a.

Debiutanckie i jedyne wydawnictwo Heavy Bones należy potraktować jak próbę znalezienia kompromisu między hardrockową drapieżnością a balladową przebojowością. Próbę oryginalną, nietuzinkową i świetnie zagraną. Muzycznie ekipę Ellisa i Hoey’a dzieliła cała przepaść od modnych wówczas grup grunge’owych, tym bardziej smutny jest fakt, że dzisiaj mało kto o niej pamięta. Album polecam w ciemno wszystkim miłośnikom szeroko pojętego hard rocka.

Oficjalna strona Gary'ego Howey'a: garyhoey.com

Hardlover
czerwiec 2009