Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** STUART SMITH - "Oszalałem na chwilę niemal zupełnie, grałem aż do zdarcia gryfu..." ***

Zgromadzenie w studio takich tuzów hard rocka jak choćby Joe Lynn Turner, Richie Sambora, Glenn Hughes, Kelly Hansen, Steve Priest czy Carmine Appice? Nagranie z udziałem tak znamienitych gości albumu w duchu klasycznego rocka, choć czasy - koniec lat '90 - ewidentnie temu nie sprzyjały? Połączenie sił z samym Stevem Priestem, by wspólnie zreformować nowy skład legendarnego glam rockowego zespołu - Sweet? Założenie zespołu wraz z Keithem Emersonem z E.L.P.? Niemożliwe?! Nie dla Stuarta Smitha. Ogromnie utalentowany angielski gitarzysta, serce i dusza docenionego przez krytykę projektu Heaven & Earth i gitarzysta obecnego składu The Sweet zgodził się odpowiedzieć na parę pytań, by przybliżyć swoją sylwetkę czytelnikom Hard Rock Service.

HARD ROCK SERVICE: Cześć Stuart! Jeszcze raz dzięki za rozmowę. Zacznijmy może od Twojej pierwszej przygody z muzyką... Wiadomo, że byłeś w tym kierunku kształcony, odkąd skończyłeś siedem lat. Opowiedz nam o chwili, w której odkryłeś, czym jest rock'n'roll i blues.

STUART SMITH: Miałem wtedy około czternastu lat. Przyjeciele moich rodziców namówili mnie wtedy na pójście na koncert rockowy - w zasadzie mało mnie to obchodziło w tamtym momencie, niemniej jednak zaciągnięto mnie tam. Nudziłem się potwornie przez większość czasu, do chwili, gdy rozpoczął się ostatni występ. Było to Deep Purple - nagle ten facet, ubrany na czarno, wybiega na scenę wraz ze wszystkimi tymi swoimi charakterystycznymi zagrywkami, w które wkładał tak wiele uczucia i emocji.... Wtedy właśnie pierwszy raz zobaczyłem Ritchiego Blackmore'a, który tym samym stał się odpowiedzialny za przekonanie mnie do rock'n'rolla. Kilka lat później odkryłem także bluesa.

Stuart Smith HARD ROCK SERVICE: Co zachęciło Cię do zostania muzykiem, do sięgnięcia po gitarę?

STUART SMITH: Mój ojciec był pilotem myśliwców odrzutowych w RAF, więc przez większość czasu mieszkaliśmy głównie w bazach RAF-u. Gdy miałem siedem lat, mój najlepszy przyjaciel - czy to nie zabawne, że nazywał się Ronald Blackmore? - został wraz z rodzicami przeniesiony za granicę; nim wyjechał, dał mi swoją starą, hiszpańską gitarę. Gdy po nią sięgnąłem, niemal natychmiast udało mi się zagrać na niej kilka prostych melodii. Mój ojciec uznał wtedy, że lekcje klasycznej gry będą dla mnie dobrą opcją, stąd też pobierałem je przez kilka następnych lat.

Chwila, w której postanowiłem zostać gitarzystą finiszowała jeden z tych tygodni, o których słyszysz w bluesowych piosenkach... Wcześniej nigdy tak naprawdę nie chciałem być gitarzystą. Chciałem pilotować myśliwce, jak mój ojciec; ale kiedy ubiegałem się o przyjęcie do RAF-u, odkryto, że jestem daltonistą i nigdy nie będę mógł pilotować samolotów. Wiedziałem trochę o elektronice - gitara to w końcu elektryczny instrument - więc zacząłem współpracować z firmą Texas Instruments, ucząc się sporo o budowie i projekcie komputera. Po ukończeniu trzymiesięcznego okresu próbnego wysłali mnie na badania, gdzie powiedzieli "Niestety, jesteś daltonistą. Nie możesz wykonywać tej pracy". Zaproponowali mi więc pracę przy składaniu mikrochipów. Zupełnie nie odpowiadała mi praca przy linii produkcyjnej, więc rzuciłem tę robotę już drugiego dnia. Przechodziłem wtedy przez dość kiepski okres swojego życia - rozbiłem samochód, moja ówczesna dziewczyna zostawiła mnie dla mojego kumpla i wciąż kłóciłem się z ojcem, któremu nie podobało się, że nie mam pomysłu na swoje życie. Do tego wszystkiego nie miałem jeszcze pracy.

Grałem wtedy w lokalnym zespole rockowym; którejś nocy poszedłem do lokalnego baru, gdzie grywały tego typu kapele. Występował tam akurat zespół, który grał - bardzo modnego w tym czasie - jazz rocka. Gdy wszedłem do środka, w nienajlepszym nastroju, zobaczyłem mojego byłego kumpla z moją byłą dziewczyną i usłyszałem od wokalisty zespołu grającego na scenie "O, idzie nasz specjalista od trzyakordowych riffów". Coś we mnie wtedy pękło; przedarłem się przez tłum, wdarłem się na scenę i powiedziałem "Dajcie mi gitarę". Gitarzysta zachował się jak idiota, oddając mi swoją gitarę. Odwróciłem się do reszty kapeli i powiedziałem tylko "Good Golly Miss Molly". Zaczęliśmy grać... Kłębiło się we mnie tyle złości, że musiałem się na czymś wyżyć, w jakiś sposób to z siebie wyrzucić. Gdy przyszedł czas na solówkę, oszalałem na chwilę niemal zupełnie, grałem aż do zdarcia gryfu. Myślę, że nigdy później nie udało mi się zagrać z takim ogniem... Na końcu piosenki dałem znak zespołowi, by przestał grać; ja grałem jeszcze przez jakieś trzydzieści sekund, po czym przy akompaniamencie perkusji podrzuciłem gitarę w górę i złapałem ją wraz z ostatnim uderzeniem w bębny (ten chwyt wyćwiczyłem tamtej nocy, towarzyszy mi on na scenie do dziś). Oddałem gitarę całkowicie ogłupiałemu gitarzyście i powiedziałem, "Spróbuj tak". Tłum, który przedtem siedział spokojnie słuchając muzyki, teraz kłębił się pod sceną wrzeszcząc o więcej, ja jednak przedarłem się do baru i usiadłem tam. Nim minęło pięć minut, dziewczyny zaczęły przepychać się, by usiąść mi na kolanach, nie wyłączając mojej byłej dziewczyny, którą zignorowałem. Wszyscy stawiali mi drinki, mówiąc: "Dlaczego nie zajmiesz się tym profesjonalnie?..." Później tamtej nocy pojechałem na taras widokowy, długo myślałem nad tym, co usłyszałem... Gdy wróciłem do domu, była trzecia nad ranem; zbudziłem wtedy mojego ojca i powiedziałem mu, że zamierzam zostać gitarzystą. Powiedział tylko "Rób to dobrze". Tamtego dnia postanowiłem zostać muzykiem.

HARD ROCK SERVICE: Ritchie Blackmore był Twoim nauczycielem i pozostaje Twoim przyjacielem; wciąż jesteś także jego wielkim fanem. W związku z tym, Twoja muzyka pozostaje pod silnym wpływem brzmień Deep Purple i Rainbow... Czym jeszcze się inspirowałeś i wciąż inspirujesz przez lata grania? Jacy artyści i zespoły należą do grona Twoich faworytów?

STUART SMITH: Jest mnóstwo muzyki, którą uwielbiam; sporo z niej pochodzi z ery triumfów Purpli - jak choćby Free, Pink Floyd, Led Zeppelin, Humble Pie, Robin Trower, Jeff Beck, Cream, Eric Clapton, Badfinger, Queen, The Small Faces, Cat Stevens, wczesny Rod Stewart... Lubię także wiele późniejszych rzeczy, jak Bryan Adams, Bon Jovi, Richie Sambora, Toto, Heart, AC/DC, Bad Company, The Eagles, Don Henley, Gary Moore, Montrose... Do obecnie powstającej muzyki odnoszę się nieco mniej entuzjastycznie - do gustu przypada mi tylko kilka kapel, w tym HIM, Hinder, Joe Bonamasa i Theory of a Dead Man. Generalnie, szukam w muzyce dobrze wykonanej roboty i znakomitych piosenek z dużą dawką emocji.

HARD ROCK SERVICE: Idąc tropem Twoich muzycznych początków, jak i w jakich okolicznościach zaczęła się Twoja kariera? Z tego, co wiem, było kilka mniej znaczących zespołów, jak Sidewinder i Midnight - jakkolwiek skład tego drugiego zawierał wielu znakomitych muzyków - i Aliens of Extraordinary Ability, sformowane wraz z Keithem Emersonem i Richiem Onori. Opowiedz nam trochę o tamtych czasach, szczególnie o współprcy ze słynnym klawiszowcem Emerson, Lake & Palmer.

STUART SMITH: Było sporo zespołów, w których grałem na przestrzeni wieloletniej kariery... Aliens of Extraordinary Ability kojarzy mi się po prostu z dobrą zabawą. Spotkałem Keitha Emersona wiele lat temu w Londynie; poznaliśmy się dzięki wspólnemu przyjacielowi - Cozy'emu Powellowi. Był to moment, kiedy Cozy dołączył do ELP; tamtego wieczoru poszliśmy w trójkę na kilka drinków. Około 1994 roku znów wpadłem na Keitha - tym razem w Foundation Room w The House of Blues w Los Angeles. Gdy lokal zamknięto, poszliśy do mnie na drinka. W pewnym momencie zacząłem dla zabawy grać coś na akustyku; Keith zasugerował, byśmy sformowali coś w rodzaju jam-bandu i pograli trochę razem. Keith był wtedy w trakcie zbierania składu ELP, tuż przed trasą z Jethro Tull, podczas gdy John Coletta, niegdysiejszy menadżer Deep Purple, próbował wskrzesić Sweet ze Stevem Priestem, Brianem Conolly, Mickiem Tuckerem i - jako że reszta nie chciała grać z Andy'm Scottem - ze mną jako gitarzystą w składzie.

W międzyczasie jednak, sformowaliśmy zespół z Keithem i paroma wspaniałymi muzykami. Na bębnach grał Richie Onori, na basie - Marvin Sperling, na wokalu - niesamowity w swoim fachu Robbie Wykoff. Nazwaliśmy grupę Aliens of Extraordinary Ability - nazwa ta pochodzi od kategorii przypisywanej części imigrantów na terenie Stanów, kategorii, pod którą i mnie, i Keithowi wydano nasze wizy. Jako "Aliens..." zagraliśmy kilka koncertów w Los Angeles i zaoferowano nam nawet trasę po Japonii, Keith miał jednak swoje zobowiązania w ELP, ja - w Sweet. Tak czy inaczej jednak - zespół na scenie radził sobie świetnie; bywało tak, że gdy skończyliśmy już koncert, publika domagała się więcej, a my nie mieliśmy już więcej pomysłów na uzupełnienie setlisty - patrzyliśmy po prostu jeden na drugiego, wtedy ktoś sugerował jakiś tytuł i po krótkim pytaniu "W jakiej tonacji?..." zaczynaliśmy znów grać. Granie z Keithem było niesamowitym, wspaniałym doświadczeniem.

HARD ROCK SERVICE: Czy koniec przygody z "Aliens..." zbiegł się z momentem, gdy spotkałeś na swojej drodze producenta Pata Regana i wkrótce zaoferowano Ci kontrakt nagraniowy z firmy Samsung?

STUART SMITH: Niezupełnie. Tak jak mówiłem, Keith wybierał się właśnie w trasę koncertową z ELP, a ja szykowałem się do współpracy z chłopakami w Sweet. Niestety, wtedy właśnie Brian Connolly zmarł i wszystkie plany posypały się jak domek z kart. Myślę, że po ukończeniu przez Keitha trasy kontynuowałbym z nim współpracę, jednak podczas jej trwania Samsung zaproponował mi ów kontrakt na solowy album - zająłem się więc nagrywaniem solo, co koniec końców okazało się być wspaniałą częścią mojej kariery.

HARD ROCK SERVICE: Chodzą słuchy, że z otrzymaniem ostatecznej wersji kontraktu płytowego związana jest zabawna historia z manipulacją w Photoshopie w tle...

STUART SMITH: Poniekąd tak. Chociaż Samsung zaoferował mi kontrakt, od oferty do jego podpisania minęły trzy miesiące. W tym czasie zdążyłem już zebrać muzyków chętnych wziąć udział w projekcie, ale sprawa z Samsungiem wciąż się przeciągała, próbowałem więc zainteresować moim projektem inne wytwórnie. Otrzymałem w tym czasie odmowę od JVC; ze względu jednak na to, że Samsung wciąż zwodził mnie i opóźniał podpisanie kontraktu, wziąłem list z odmową od JVC i w Photoshopie przerobiłem go na list aprobujący, w dodatku oferujący mi sporą sumę pieniędzy. Gdy pokazałem ten list ludziom w Samsung, już następnego dnia podpisaliśmy kontrakt [śmiech]. Cała ta historia opowiedziana jest na DVD Making of Heaven & Earth.

HARD ROCK SERVICE: Był to w zasadzie moment narodzin projektu Heaven & Earth (wówczas zwanego Heaven & Earth featuring Stuart Smith). W 1999 roku pod szyldem Samsunga wychodzi pierwsza płyta H&E - znakomite wydawnictwo w klasycznym rockowym stylu z domieszką bluesa, wyprodukowane przez Pata Regana i Howarda Leese'a (znanego głównie z Heart i współpracy z Paulem Rodgersem). W nagraniach wzięło udział wielu rewelacyjnych gości - "lista płac" zawierająca nazwiska takie jak Joe Lynn Turner, Glenn Hughes, Richie Sambora, Carmine Appice, Kelly Hansen czy Steve Priest przyprawia o zawrót głowy. Jak udało się zebrać w studio tak wiele znakomitych muzyków i zarazem hard rockowych legend?

STUART SMITH: Było to o tyle łatwe, o ile wielu z nich znałem już wcześniej. Pierwszy telefon wykonałem do swojego długoletniego przyjaciela - Joe Lynn Turnera; poproszony o wzięcie udziału w nagraniach, od razu powiedział "tak". Następnie pozyskałem do projektu Richiego Samborę, jako że w tamtym momencie był on moim szwagrem (byłem żonaty z Colleen, siostrą Heather Locklear). Zawsze uwielbiałem głos Richiego i zastrzegłem od razu, że właśnie dlatego chcę jego wokalnego udziału w projekcie, bez względu na rodzinne koligacje. On odpowiedział po prostu "Świetnie, nikt nigdy nie zabiega, bym śpiewał" i tym samym znalazł się w projekcie. Potem wszystko potoczyło się jak domino - skoro Joe i Richie się zaangażowali, przyłączał się również każdy następny muzyk.

HARD ROCK SERVICE: Czy mógłbyś podzielić się jakąś z zakulisowych historii związanych ze zgromadzeniem w studio wielkich nazwisk w świecie muzyki - znanych także w Polsce - jak Turner, Hughes, Sambora?

STUART SMITH: Ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie - każdego dnia działo się coś nowego i w zasadzie nigdy nie wiedzieliśmy, kto jeszcze pojawi się w studio. Zaczynaliśmy sesje nagraniowe około drugiej popołudniu, jednak im później się robiło, tym więcej muzyków gromadziło się dookoła - czasem akurat skończyli gdzieś występ, a czasem po prostu wpadali w momencie zamknięcia klubów, wiedząc, że mamy w studio dobrze wyposażony bar [śmiech]. Każdy, kto się pojawił, brał udział w nagraniach - nawet jeśli chodziło tylko o klaskanie do rytmu czy chórki. Pamiętam, że którejś nocy - gdy nagrywaliśmy It’s Got to Be Love - w studiu znaleźli się jednocześnie Joe Lynn Turner, Kelly Hansen, Robby Wykoff i Teddy Andreas (z Guns N' Roses), wszyscy więc stanęli za mikrofonem, robiąc chórki. Niestety, wszyscy byli zbyt pijani, by ktokolwiek mógł zapanować nad nimi i organizacją tego nagrania - nikt z nich nie potrafił zapamiętać tekstu piosenki na dłużej, niź dwie minuty [śmiech]. W końcu poradziliśmy sobie z tym, przyklejając taśmą klejącą kartki z tekstami do klatki piersiowej Kelly'ego Hansena [śmiech].

HARD ROCK SERVICE: Poza znakomitymi gośćmi zgromadzonymi w studio, podstawą składu Heaven & Earth - oczywiście, prócz Ciebie - jest Richie Onori, wspaniały perkusista, Twój przyjaciel i partner biznesowy w wytwórni, którą założyliście później, Black Star Records. Opowiedz trochę o nim oraz jego zaangażowaniu w projekt Heaven & Earth.

STUART SMITH: Richie był jedną z pierwszych osób, które spotkałem, gdy po raz pierwszy przyjechałem do Los Angeles w 1986 roku. Był wtedy w zespole akompaniującym wokaliście Larry'emu Greenowi - przesłuchiwali mnie nawet na gitarzystę tego zespołu. Nic z tego nie wyszło - jakkolwiek potem wielokrotnie wpadałem na Richiego podczas najróżniejszych jam'ów w klubach w mieście. W którymś momencie - dokładnie nie pamiętam, kiedy - miałem zagrać koncert w China Club w Chicago z zespołem Midnight w składzie: Joe Lynn Turner - wokal, Scott Warren - klawisze, Sean McNabb, obecnie w Dokken - bas oraz facet o nazwisku Jimmy Land na perkusji. Jimmy nie mógł jednak przyjechać, więc przyprowadziłem na zastępstwo Richiego. Świetnie się razem bawiliśmy i nasz wspólny występ zakończył się ogromnym sukcesem. Od tego momentu datuje się moja przyjaźń z Richiem, od tamtej pory także z nim współpracuję. To niesamowity perkusista i świetny biznesman, dlatego też założyliśmy razem wytwórnię płytową.

Stuart Smith HARD ROCK SERVICE: Kontynuując temat Heaven & Earth - na pierwszym albumie znalazło się kilka interesujących coverów. See That My Grave Is Kept Clean, z wokalem Glenna Hughesa, to w oryginale utwór bluesmana o nazwisku Blind Lemon Jefferson - znana szerzej dzięki wersji Boba Dylana z wczesnych lat '60. Wszyscy znają oryginalne When A Blind Man Cries Deep Purple, które na albumie Heaven & Earth brawurowo wykonał Richie Sambora; na drugim wydaniu płyty znalazł się także bonus w postaci przeróbki słynnego Still Got The Blues Gary'ego Moore'a, z Joe Lynn Turnerem za mikrofonem. Skąd wybór tych właśnie coverów? Czy były to Twoje ulubione piosenki, czy po prostu pasowały do reszty materiału?

STUART SMITH: Zdecydowanie były to moje ukochane utwory. See That My Grave is Kept Clean usłyszałem po raz pierwszy, oglądając film o bluesowym gitarzyście Leadbellym. W którymś momencie pojawia się tam także Blind Lemon, śpiewając tę piosenkę z towarzyszeniem akustycznej gitary. Pomyślałem od razu, że to znakomity utwór, i choć nie miałem pojęcia, że Bob Dylan nagrał jego własną wersję, bardzo zdziwiło mnie, że ktoś pokroju Cream czy Led Zeppelin nie wziął tego nigdy na warsztat... Moim zamysłem było zacząć to zgodnie z oryginałem - w sposób, w który ja i Richie Sambora gramy intro - a później zwiększyć ciężkość brzmienia, co też zrobiliśmy. Pierwotnie chciałem, by w tym utworze zaśpiewał Paul Rodgers, ale był w tym czasie w trasie koncertowej. Przy jakiejś okazji wpadłem na Glenna Hughesa i zapytałem, czy nie zechciałby zaśpiewać na albumie; gdy usłyszał See That My Grave is Kept Clean, od razu stwierdził, że to utwór dla niego i zresztą poradził sobie z nim znakomicie. Również gra Carmine'a Appice'a zasługuje tutaj na ogromne wyróżnienie.

When A Blind Man Cries to stosunkowo mało znana piosenka Deep Purple, w której zakochałem się od pierwszego jej usłyszenia. Została ona nagrania podczas sesji do Machine Head, ale nigdy nie znalazła się na albumie - umieszczono ją tylko na stronie B singla Never Before. W gruncie rzeczy, Deep Purple nigdy nawet nie grali jej na żywo, aż do momentu, w którym Ritchie Blackmore odszedł z zespołu i zastąpił go Joe Satriani... A jako że utwór ten posiada niesamowity bluesowy feeling, pomyślałem, że Richie Sambora będzie idealnie pasował do jej klimatu, choćby ze względu na swój uduchowiony, pełen wyrazu głos.

Still Got The Blues - znów znakomity bluesowy utwór, który kochałem od zawsze i który grywałem podczas rozmaitych jam'ów. Tamtej nocy w Chicago, gdy grałem z Joe Lynn i resztą składu ówczesnego Midnight, mieliśmy w setliście Still Got The Blues; ktoś zarejestrował nasz koncert jako bootleg i wersja ta zaczęła krążyć wśród fanów. Wielu z nich pytało nas wielokrotnie, czy kiedykolwiek nagramy wspólnie studyjną wersję tej piosenki; stąd też jej obecność na płycie.

HARD ROCK SERVICE: W See That My Grave Is Kept Clean, intro grane jest na dobro [gitarze rezofonicznej]. Czy jeszcze jakieś na co dzień nieużywane w muzyce rozrywkowej instrumenty zostały użyte na tym, lub innych nagraniach Heaven & Earth?

STUART SMITH: Na pierwszym albumie nie zostało użyte nic szczególnego, poza początkiem See That My Grave Is Kept Clean, gdzie gram na akustyku, a Richie - na dobro techniką slide. Poza tym w Shadow of the Tyburn Tree Richard Hardy grał gościnnie na flecie. Na kolejnym, Windows To The World, ważniejszą rolę odgrywało kilka tradycyjnych irlandzkich instrumentów.

HARD ROCK SERVICE: Jeśli już jesteśmy przy instrumentach użytych podczas nagrań - typowe techniczne pytanie, które z pewnością zainteresuje wszystkich czytelników będących jednocześnie gitarzystami. Jakiego sprzętu używasz na scenie i w studio?

STUART SMITH: Zawsze używam Stratocasterów, wersji z późnych lat '70. Trochę podrasowuję je przez użycie różnych efektów, strun marki Dean Markley Blue Steel Strings i przystawek specjalnie zaprojektowanych dla mnie przez firmę Seymour Duncan. Używam ponadto kabli Monster Cables; w moim pedalboardzie znajduje się tuner Petersona, pedał efektów Dunlop MXR 90, efekt echo Dunlop Carbon Copy i wah-wah “Bad Horsey” firmy Morley. Poza tym - jestem zwolennikiem tunerów firmy Korg, płynów do pielęgnacji podstrunnicy Gemini... Z akustyków gram najczęściej na gitarach marki Babicz Spyder i Taylor, oraz modelu "Leo Kottke" jeśli chodzi o gitary dwunastostrunowe.
Na potrzeby nagrania materiału Heaven & Earth używałem dwóch różnych wzmacniaczy. Jeden z nich to stary, 200-watowy Marshall Major, drugi - 50-watowy Lee Jackson Marshall, którego dał mi Howard Leese. Teraz używam wzmacniaczy firmy Kasha w studio i na scenie.
Konkretniejsze informacje o sprzęcie, którego używałem podczas nagrań Heaven & Earth, można znaleźć na DVD Making of Heaven & Earth.

HARD ROCK SERVICE: Wracając do okresu wydania Heaven & Earth - jakie recenzje zebrał album, jak przyjęła go publiczność? Nie zapominajmy o stanie sceny muzycznej w późnych latach '90, gdy działo się być może nawet gorzej niż teraz. Materiał spod szyldu Heaven & Earth bazuje na hard rocku z umiejętną domieszką bluesa - tego rodzaju klasyczne brzmienie nie jest już dziś tak popularne. Mówiąc krótko - trudno mówić o ogromnej popularności i wielkim sukcesie komercyjnym, grając tego rodzaju muzykę...

STUART SMITH: Przyjęcie płyty - biorąc pod uwagę czasy - było i tak niesamowite. Album zebrał same wspaniałe recenzje; zgodnie z tym co powiedziałaś - nie był to jednak zbyt dobry czas dla klasycznego rockowego brzmienia. Były także problemy z dystrubucją płyty - pierwotnie, gdy podpisywałem kontrakt, Samsung miał zawartą umowę dystrybucyjną z Warner Brothers; wkrótce potem załamał się rynek azjatycki i umowa została zerwana, stąd też płyta ukazała się tylko w Korei. Musiałem odzyskać prawa do dystrybucji płyty i zawrzeć umowę z wytwórnią Frontiers (Europa) i Pony Canyon (Japonia), niestety obie wytwórnie nie miały takiej "siły rażenia" jak Warner. Mimo tych potknięć z dystrybucją płyty na świecie, szybko zyskała status kultowej.

HARD ROCK SERVICE: Debiut nie był ostatnim albumem pod szyldem Heaven & Earth. Wraz z nagraniem drugiego albumu nastąpiły jednak poważne zmiany. Usunąłeś swoje nawisko z nazwy zespołu, i co najważniejsze - tym razem postawiłeś na zebranie stałego składu, zespołu w pełnym tego słowa znaczeniu, w przeciwieństwie do formuły wykorzystanej na pierwszej płycie (gdzie udział pozostałych muzyków prócz Ciebie i Richiego Onori był wyłącznie gościnny). Czy jest to skuteczniejsza opcja niż formuła "artystów gościnnych"?

STUART SMITH: Zawsze czułem się lepiej w zespole, niż solo; nie śpiewam zresztą na tyle dobrze, by to się sprawdziło w moim przypadku. Jestem zwolennikiem pracy zespołowej także z innego powodu - gdy kilku muzyków udziela się w projekcie i wciąż dodaje własne pomysły, muzyka pozostaje świeża. Poza tym - gdy próbowaliśmy załatwiać kolejne koncerty, promotorzy sądzili, że pojawię się na scenie ze wszystkimi słynnymi muzykami biorącymi udział w nagraniu - co fizycznie nie byłoby możliwe.

HARD ROCK SERVICE: Co także zainteresuje fanów melodic hard rocka, na drugim albumie - zatytułowanym Windows To The World i wydanym w 2001 - za mikrofonem stanął wokalista znany z Baton Rouge i Blue Murder, Kelly Keeling. Jak wspominasz współpracę z nim?

STUART SMITH: Kelly to znakomity wokalista i bardzo kreatywny artysta, ale w owym czasie miał wiele osobistych problemów i chyba nie za dobrze czuł się w roli naszego wokalisty. Długo próbował naśladować wokal innych, stąd też sam, jak sądzę, nie wie do końca, w którym kierunku ma podążać jako wokalista.

HARD ROCK SERVICE: Przejdźmy teraz do ostatniego jak dotąd wydawnictwa Heaven & Earth - EP-ce z 2004 roku o tytule A Taste Of Heaven, która - poza piosenkami znanymi z debiutu - zawierała cztery nowe piosenki, nagrane z Paulem Shortino (Rough Cutt, Quiet Riot). Dlaczego wyszła tylko EP-ka, nie pełnowymiarowy album?

STUART SMITH: Zawsze uważałem, że Paul Shortino jest jednym z najlepszych rockowych wokalistów, stąd też jego udział w Heaven & Earth. Powodem, dla którego nagraliśmy A Taste Of Heaven był koncert, który daliśmy na festiwalu 4 lipca przed 30-tysięczną publicznością. Chcieliśmy mieć nowy materiał, coś, co dałoby dotychczas nieobeznanym z zespołem pogląd na to, co robimy. Wydaliśmy około dwóch tysięcy kopii sądząc, że sprzedamy wszystkie w dniu festiwalu - tak się jednak nie stało. Zagraliśmy z Paulem jeszcze kilka koncertów, jednak współpraca z jego menadżerką - a zarazem jego żoną - była absolutnym koszmarem. Wkrótce więc nasze drogi się rozeszły. Szkoda, ponieważ - jak sądzę - zaszlibyśmy daleko z tym składem, gdyby nie te wszystkie idiotyczne konflikty personalne.

HARD ROCK SERVICE: Prawdziwą gratką dla każdego zainteresowanego Twoją muzyką i karierą jest DVD wydane w 2007 roku. Making Of Heaven & Earth zawiera wywiady, niepublikowane wcześniej materiały z koncertów i studia oraz wypowiedzi twórców zaangażowanych w tworzenie pierwszego albumu Heaven & Earth. To cenny nabytek dla każdego fana muzyki, informujący o wielu interesujących faktach i zawierający sporo rzadkich materiałów. Jaka była idea wydania tego na DVD?

STUART SMITH: W tamtym czasie DVD rodzaju "making of" były bardzo popularne. Było to niedługo po tym, jak obejrzałem DVD Making of Machine Head i Making of Dark Side of the Moon; pomyślałem, że my także mamy wiele interesujących historii do opowiedzenia - nawet, jeśli popularnością Heaven & Earth nijak nie może dorównać największym zespołom. Choć skompletowanie materiału i nagranie go kosztowało nas mnóstwo pracy, była to jednocześnie ogromna frajda.

HARD ROCK SERVICE: Czy planujesz coś w przyszłości w związku z Heaven & Earth?

STUART SMITH: Jako że nigdy nie da się przewidzieć, co może stać się w tym biznesie - tak naprawdę nie wiem. Choć świetnie się bawię teraz ze Sweet i aktualnie tworzymy materiał na nowy album studyjny - jestem pewien, że pojawią się jakieś pomysły na piosenki, których z różnych przyczyn nie dam rady wykorzystać w zespole. Wtedy, w chwili wolnego czasu, zbiorę kilku przyjaciół i rozpoczniemy nagrania.

Sweet HARD ROCK SERVICE: Porozmawiajmy teraz o Twoim zaangażowaniu w zreformowane Sweet. To grupa dość znana w Polsce z ich czasów chwały - i zarazem najsłynniejszego składu: Connolly, Tucker, Priest i Scott. Skąd pomysł, byś Ty i Richie Onori połączył siły ze Stevem Priestem i innymi muzykami, pomysł, który doprowadził do reunionu legendy glam rocka? Czy pomysł ten nie narodził się dawno temu - w czasach, gdy w składzie Sweet znaleźć się mieli jeszcze Brian Connolly i Mick Tucker? Kto teraz stanowi skład Sweet?

STUART SMITH: Steve Priest i ja próbowaliśmy stworzyć kolejną odsłonę Sweet kilka razy w przeszłości, ale zawsze coś stawało nam na drodze. Około stycznia 2008 zdałem sobie sprawę, że Heaven & Earth zmierza donikąd od momentu odejścia Kelly'ego Hansena [zasilił on szeregi Foreigner], dla którego trudno było znaleźć godne zastępstwo. Nagle zadzwonił Steve, pytając, czy nie chciałbym spróbować raz jeszcze ze Sweet. Wydawało mi się to odpowiednim momentem - wszystkie te rockowe legendy powracające na scenę i odwiedzające największe festiwale... Zdecydowaliśmy się spróbować i wystartowaliśmy z siłą pędzącej rakiety.
Skład zespołu tworzą obecnie: Steve Priest [bas, wokal], Joe Retta [wokal], Richie Onori [perkusja], Stevie Stewart [klawisze, wokal] i ja [gitara, wokal].

HARD ROCK SERVICE: Zastanawiam się, dlaczego równocześnie działają dwie "wersje" Sweet - Steve'a Priesta i Andy'ego Scotta. Obie wciąż są aktywne, grają koncerty.

STUART SMITH: Gdy rozpadł się oryginalny skład, Andy Scott grywał z różnymi składami pod nazwą Sweet, dając koncerty głównie w Europie. My sformowaliśmy nasz skład w 2008 roku i jak dotąd koncentrowaliśmy się głównie na Kanadzie i Stanach, planujemy jednak rozszerzyć nasze "koncertowe terytorium" w najbliższej przyszłości.

HARD ROCK SERVICE: Przez lata kariery, Sweet byli bez wątpienia glam rockową grupą w pełnym tego słowa znaczeniu. To dość odmienne od Twoich klasycznie hard rockowych i bluesowych inspiracji. Jak czujesz się w ich repertuarze?

STUART SMITH: Uwielbiam grać repertuar Sweet, choć... w zasadzie masz rację - odbiega on od twórczości Heaven & Earth. Staram się jednak nacechować go jakoś własnym stylem, co słychać na naszej najnowszej płycie koncertowej Live In America. Materiał ten różni się bardzo od Heaven & Earth - był to poważny zespół, podczas gdy Sweet jest zdecydowanie bardziej spontanicznym, rockowym tworem, w którym chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę. Wspaniale jest schodzić o sceny i słyszeć publiczność domagającą się bisów.

HARD ROCK SERVICE: Publiczność Sweet składa się z fanów w różnym wieku - młodszych i starszych, wielu pamiętających początki grupy i ich dni chwały w latach '70. Płyta koncertowa, o której wspominałeś - Live In America - znakomicie uchwyciła energię i rock'n'rollowy duch Sweet. Jaki jest odbiór nowego składu Sweet, jak opisałbyś reakcję publiczności?

STUART SMITH: Reakcja publiczności na Sweet jest naprawdę niesamowita. Połowa publiczności jest, oczywiście, w naszym wieku, ale druga połowa mieści się w granicach wiekowych 12-20 lat - co ciekawsze, to ich właśnie widać w pierwszych rzędach, śpiewających piosenki, które nie były nawet wielkimi hitami. Nie mam pojęcia, gdzie mogli je usłyszeć. Jeśli chodzi o zespół - to wspaniali muzycy, show Sweet to mnóstwo pozytywnej energii. Każdy daje z siebie 110 procent i zawsze żąda się od nas, byśmy dali jeszcze więcej.

HARD ROCK SERVICE: Wspominany już kilkakrotnie album koncertowy jest rewelacyjny - zachęca po prostu, by kupić bilet na koncert Sweet i dać się ponieść duchowi rock'n'rolla. Czy planowane jest tournee po Europie, lub - pytając bardziej konkretnie - czy jest szansa na Wasz przyjazd do Polski?

STUART SMITH: Tak jak mówiłem wcześniej, planujemy rozszerzyć naszą działalność koncertową na inne kraje - tyle mogę na razie powiedzieć. Po e-mailach, jakie otrzymujemy, wiem, że bardzo wielu fanów z Europy chce nas zobaczyć na żywo.

HARD ROCK SERVICE: Czy w oczekiwaniu na europejską trasę planowane jest wydanie koncertowego DVD Sweet, albo może albumu studyjnego w nowym składzie?

STUART SMITH: Planujemy nagrać materiał na DVD koncertowe w przyszłym roku. Musimy tylko ustalić, gdzie dokonać nagrania. Tworzymy także materiał na nowy studyjny album, który - mamy nadzieję - uda nam się zrealizować i wydać już wkrótce.

HARD ROCK SERVICE: Czy jest coś, co chciałbyś dodać na koniec, może słówko lub dwa dla czytelników Hard Rock Service?

STUART SMITH: Dziękuję Wam bardzo za wsparcie, które nam dajecie. Mamy nadzieję zobaczyć Was wszystkich niedługo na koncertach. Zapraszam na strony: www.thesweetband.com i www.myspace.com/thesweetband. W dziale 'Store' możecie zamówić także najnowsze wydawnictwo Sweet - koncertowe Live In America. Jeśli chodzi o Heaven & Earth - możecie zamówić egzemplarze albumów zespołu na oficjalnej stronie www.heavenandearthband.com.

HARD ROCK SERVICE: Wielkie dzięki za wywiad i za wkład w podtrzymanie ducha rock'n'rolla. Wszystkiego najlepszego w przyszłości!

STUART SMITH: Dziękuję, Alex.

Oficialna strona Heaven & Earth: www.heavenandearthband.com
Oficialna strona Sweet: www.thesweetband.com

Twisted
11.10.2009

(Wszystkie fotografie pochodzą z oficjalnej strony artysty i zostały użyte za jego pozwoleniem)

English version / wersja angielska