Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

H.E.A.T - H.e.a.t [2008]
Wydawca: StormVox Records

  1. Intro
  2. There For You
  3. Never Let Go
  4. Late Night Lady
  5. Keep On Dreaming
  6. Follow Me
  7. Straight For Your Heart
  8. Cry
  9. Feel It Again
  10. Straight Up
  11. Bring The Stars
  12. You're Lying
  13. Feel The Heat
H.e.a.t

Skład: Kenny Leckremo - śpiew; Crash - perkusja; Dave Dalone - gitary; Eric Rivers - gitary; Jimmy Jay - gitara basowa; Jona Tee - instrumenty klawiszowe

Produkcja: H.e.a.t i Michael Vail Blum

Jeżeli mam być szczery, opisywana poniżej płyta była jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie debiutów tego roku. Gdy parę tygodni temu wpadły mi w ręce demówki H.E.A.T wiedziałem, że ich debiutancki album będzie wyjątkowy. Utwory, które zwiastowały nadejście tego wydawnictwa, nie były jednolite pod względem stylistycznym. Część z nich była zakorzeniona w mieszance AORu z hard rockiem, a część była bardziej heavy metalowa. Parę zasłyszanych kawałków tak bardzo podniosło mi poziom adrenaliny we krwi, że w napięciu oczekiwałem zbliżającej się premiery wydawnictwa. I tak jak można było się spodziewać, album spełnił pokładane w nim nadzieje.

H.E.A.T to młoda szwedzka formacja będąca aktualnie w fazie wznoszącej. Już jest o nich głośno, a podejrzewam, że będzie jeszcze głośniej. W 2004 roku wygrali konkurs Musik Direkt, znany dawniej jako Rock-Sm. I dzięki temu mówiąc o kapeli w naturalny sposób pojawiały się porównania zespołu z legendarnym Europe. Przypomnę, że ta sławna kapela w 1982 również wygrała ten konkurs i można powiedzieć, że w pewnym sensie H.E.A.T podążają ich śladem. Zespół został złożony z dwóch kapel, które łączyło nazwisko wokalisty i pewnie dlatego gra w nim aż sześciu muzyków. Liczba ta jest dość myląca, gdyż tak naprawdę dwie reklamowane gitary nie dają spodziewanego czadu. Nie jest to wada, balans udziału instrumentów jest wręcz idealny i to, że w zespole jest tak wielu osób, należy potraktować jako ciekawostkę. Podejrzewam, że do czasu wydania kolejnego krążka skład kapeli zostanie uszczuplony, no ale może się mylę. Co ciekawe, za ojca chrzestnego zespołu można uważać Petera Stormara - szwedzkiego aktora robiącego karierę w Hollywood, a który w Polsce jest znany przede wszystkim jako odtwórca jednej z głównych ról w popularnym serialu "Prison Break". Nie wiedziałem wcześniej, że ten człowiek zajmuje się muzyką, a okazało się, że nie dość, że jest właścicielem wytwórni, to jeszcze bierze udział w miksowaniu kawałków. Kto by pomyślał, że jest on miłośnikiem AORu? Wracając do zawartości płyty, na początek należałoby wspomnieć o kawałkach z demówek, które przetrwały próbę czasu i które znalazły dla siebie miejsce na opisywanym wydawnictwie. Na szczęście zespół zrobił to, co do niego należało i postawił na AORową stylistykę. Jego przyszłość leży właśnie w takim graniu. Łatwo zauważyć, że znane już utwory uległy przeobrażeniu. Do ich wcześniejszych, surowych wersji dodano więcej życia, poprawiono brzmienie, a same kompozycje dostały kopa. Z drugiej strony chyba wszystkie kawałki uległy skróceniu i ofiarami w największym stopniu stały się solówki gitarowe. Z długich (czasami trwających po minucie) stały się bardziej standardowej długości (czyli od kilkunastu do kilkudziesięciu sekund). W takich wypadkach zwykło się mówić, że muzyka jest dzięki temu trochę łatwiej przystępna (być może utwory kapeli trafią do stacji radiowych), czasami jednak można żałować, że doszło do wspomnianych cięć. Tak czy inaczej, słuchając płyty nie odnosi się wrażenie, że solówki są zbyt krótkie, a poza tym nie ma zagrożenia przerostu formy nad treścią. Pierszy z hitów to Never Let Go. Słychać w nim wyraźną inspirację Crazy Lixx, choć H.E.A.T w porównaniu do wspomnianej ekipy grają bardziej AORowo. Tego dynamicznego rockera można by również porównywać do takich klasyków jak Casanova i tak dokładnie powinno się grać, aby osiągnąć sukces. Lubię kawałki przy których mam ochotę śpiewać wraz z zespołem i które mają przyjemną dla ucha melodię. Kolejnym hitem, który przetrwał selekcję jest Late Night Lady i w porównaniu do jego wcześniejszej wersji zwiększona została ilość chórków typu "ło-o-oł", a dość poważnym zmianom uległa solówka gitarowa. Po pierwsze, o czym już wspominałem, została skrócona, a po drugie na jej zakończenie dorzucono nowy, klimatyczny i pasujący do kawałka chórek. Podsumowując, nie jest to mój faworyt z płyty, ale dobrze się go słucha. Keep On Dreaming to jeden z tych świetnych kawałków, które rozwalają mnie na drobne kawałeczki. Mamy tutaj do czynienia z Boulevard, z Giant i z wszystkim tym, na co ma się się tylko ochotę. Prawdziwe AORowe mistrzostwo świata, które powala i brzmieniem i melodią i śpiewem wokalisty. Podoba mi się sposób w jaki Kenny Leckremo akcentuje wyśpiewywane słowa, gdyż robi to z przekonaniem. Zachwyt wzbudzać może również Feel It Again. Refren to typowa przebojowość minionych lat i rarytasik dla takich jak ja. Z numerem tym wiąże się grubsza historia, gdyż powstał on jeszcze za czasów Trading Fate, czyli jednej z dwóch składowych H.E.A.T. W wersji pierwotnej miał zupełnie inne oblicze, gdyż swoim surowym brzmieniem przypominał raczej początki lat '80 niż ich końcówkę. Podobnie jak dwa inne demówkowe kawałki (Scream i Change) nie pasował do dzisiejszego AORowego oblicza zespołu, ale dzięki drzemiącemu w jego refrenach potencjałowi udało mu się wślizgnąć na płytę. Odpowiednio przerobiomy trafił na nią już jako rasowy AORowy kawałek i podejrzewałbym, że gdyby nie moje małe śledztwo, mało kto by o tym wiedział. Wszystkie wspomniane wcześniej numery bledną jednak przy fenomenalnym Cry. Był on moim faworytem już od samego początku i dzięki niemu pokochałem muzykę H.E.A.T, jak to się mówi "już od pierwszego wejrzenia". Tak dobrze zagranych ballad nie słyszałem zbyt wiele w całym swoim życiu. I gdybym miał tutaj stworzyć jakąś prowizoryczną klasyfikację to H.E.A.T stałoby obok takich sław jak Whitesnake, Giant czy też Def Leppard. Szwedzi urzekli mnie niepowtarzalnym połączeniem mocy z delikatnością. Dopracowali to monstrum do perfekcji i nawet gdybym miał kiedyś zapomnieć o tej kapeli (a wątpię, żeby tak się stało), to jej nazwa będzie zawsze kojarzyć mi się z tym killerem. Dodam jeszcze, że kawałek ten jest popisem umiejętności wokalisty i że krzyki Leckremo, szczególnie pod koniec utworu, są niewiarygodne. Numer ten zamyka cykl utworów, które mieliśmy już okazję wcześniej usłyszeć i poczynając od następnego opisywanego przeze mnie kawałka, wszystkie numery to nowe kompozycje. Płytę zaczyna klimatyczne intro, którego puentę stanowią słowa "we're ready to chaos" wypowiedziane przez bliżej nieokreślonego pilota. There For You jest niezłym początkiem płyty, gdyż już od początku wita nas ładnym i ciekawym zarazem riffem gitarowym. Patrząc pod wględem muzycznym jest to inspiracja twórczością wspomnianego wcześniej Boulevard, choć skojarzenia mogą iść również w kierunku innej sławy, a mianowicie w stronę Alias. Parę numerów dalej trafiamy na utrzymane w podobnym, bo boulevardowo-aliasowym klimacie Follow Me i gdybyśmy żyli jakieś dwadzieścia lat temu, to ballada ta pewnie miałaby dość obiecującą przyszłość. Słuchając ją można usłyszeć wyraźną inspirację wyciskaczami łez Gianta, a utwór jako całość brzmi dość monumetalnie. Przyznam szczerze, że podoba mi się to podejście Szwedów do ballad. Tworzą je okraszając szczyptą mocy i dodając do niej solidne porcje niezłych melodii. Ileż to kapel komponuje swoje wolniejsze kawałki wciskając słuchaczom ten sam nudny akustyczno-pojękujący format? Świetnym, przebojowym rockerem jest Straight For Your Heart. Stanowi kolejny ukłon szwedzkiej kapelki w stronę melodyjności, a refreny to ucieleśnienie przebojowości lat '80. Równie dobrze brzmi kawałek zatytułowany Bring The Stars. Gitarzysta (ciekawe który?) wygrywa ładną melodię, a sekcja rytmiczna pracuje bardzo przyzowicie. Taka radosna muzyka potrafi bardzo poprawić humor i jest tym czymś czego potrzeba, gdy ktoś ma tak zwanego "doła". Zaskakiwać może Feel The Heat. Jest to kolejny rasowy rocker, a różni się od zaprezentowanego materiału przede wszystkim tym, że wokalista śpiewa w nim chwilami mocniej, niczym Dio. Zadaniem tego numeru było najwyraźniej odwołanie się do nazwy kapeli. Chciałbym jednak zauważyć pewne odwołanie do fifthangelowego Time Will Tell, który to podobnie jak opisywane wydawnictwo kończył się tak samo nazwanym kawałkiem. Swoją odmiennością na opisywanym krążku wyróżnia się również Straight Up. Zaczyna się jak kawałek Gotthard, lecz tym razem zespół nie do końca trafia z refrenem. Niektórym może się to jednak podobać. Do moich ulubieńców nie należy również You're Lying, choć zdaję sobie sprawę z siły jego chórków i z tego, że jest on kolejnym dowodem na to, że wraca moda na lata '80.

Rok 2008 jest jak na razie niesamowity. Ilość tytułów, które wydają się być pewniakami do zestawienia najlepszych płyt ciągle rośnie i obawiam się, że wiele z rewelacyjnych albumów po prostu nie zmieści się w pierwszej dziesiątce. Czym na tle wielu innych ciekawych wydawnictw wyróżnia się debiut H.E.A.T? Tym, że jest pewniakiem murowanym. Jest to jedna z najlepszych AORowych płyt, jakie kiedykolwiek powstały, można ją stawiać obok klasyków gatunku i pokonuje ona z łatwością wszystkie inne AORowe albumy z ostatnich lat, jakie miałem okazję przesłuchać. Z tegorocznych ani Frozen Rain ani zachwalane Work Of Art nie zrobiły na mnie takiego wrażenia. Powiedziałbym, że jest to płyta roku. Tylko, że na kalendarzu mamy dopiero maj i podejrzewam, że takie deklaracje mogą być odrobinę przedwczesne. Płytę gorąco polecam wszystkim fanom AORu i miłośnikom hair metalu. H.E.A.T po prostu wypada znać.

Oficjalna strona zespołu: www.heatsweden.com

Guciomir
maj 2008