Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

HEAD ON - Washington & Battery [2011]
Wydawca: Demon Doll Records

  1. Shoulda Known
  2. Ready Go
  3. Feelin' Low
  4. Throw The Book
  5. Love Sick
  6. Hey Baby
  7. Radio 800
  8. Nothing To Say
  9. Danny
  10. Take Me Home
  11. Electric Knights
  12. Look The Other Way
Washington & Battery

Skład: Mark Berglund - śpiew, instrumenty klawiszowe, gitara; Frankie Wilsey - gitary, chórki; James Ray - gitara rytmiczna, chórki; Rick Tweed - gitara basowa; Howard Teman - perkusja

Produkcja: Head On

Head On było jedną z dobrze zapowiadających się w początkach lat '80 kapel, którym się nie udało. Różne były tego przyczyny, w tym najgłupsza z możliwych - zespół nie pochodził z Los Angeles. Grupie nie udało się wbić w mainstream w odpowiednim czasie, potem się rozpadła i na wydanie jej debiutu trzeba było czekać prawie 30 lat.

Zespół powstał w San Francisco 1979 r., swą największą aktywność przejawiał w latach 1981-1984. Żywiołowe koncerty formacji cieszyły się sporym powodzeniem, muzycy otwierali występy bardziej znanych wykonawców z branży takich jak Ted Nugent, Cheap Trick, Y&T, Joe Perry, Motörhead, Aldo Nova i Kix, ale też grali jako headliner. Z historią grupy wiąże się wiele ciekawych wydarzeń, w tym jedna o jej wyprawie na małe tournee po Kanadzie, które nie doszło do skutku, gdyż zbyt młodych muzykow cofnięto na granicy, a powrót miał być sfinansowany za zarobione pieniądze (nie zdradze zakończenia opowieści, ciekawskich odsyłam do Internetu). W okresie jej działalności podobne granie zdobywało sobie coraz większe uznanie w Los Angeles, ale właściciele tamtejszych klubów nie chcieli organizować koncertów Head On twierdząc, że nikt z LA nie przyjdzie na występ kapeli z San Francisco. W rodzinnym mieście chłopaki byli dość znani, pojawiali się w lokalnej prasie i telewizji, za oceanem ich demówki recenzował magazyn Kerrang!, sukces wydawał się bliski... Ale też w okolicach Bay Area rodził się wtedy thrash metal i coraz mniej było miejsca dla glamowej kapeli, która lubowała się w prezentowanu muzyki silnie osadzonej w rock'n'rollu, porównywanej nieraz do New York Dolls i Cheap Trick. Zespół negocjował kontrakt płytowy z kilkoma wytwórniami, najbliżej sukcesu było ze Shrapnel Records, dla którego to wydawcy chłopaki mieli nagrywać krążek w 1983 r. Nic z tego nie wyszło, grupa rozpadła się w marcu 1984 r. i jak dotąd pozostałością po niej było kilka demówek. Nagrania zebrała wytwórnia Demon Doll Records, odnowiła, zremasterowała i wydała wreszcie w 2011 r. opatrując je tytułem Washington & Battery. Zestaw utworów otwiera łatwo wpadające w ucho Shoulda Known. Piosenka jest opatrzona dość łagodnym brzmieniem i pozostaje pod silnym wpływem "radośnie naiwnego" rock'n'rolla z końcówki lat '50 i początku '60. Pewnie gdyby powstała w tamtej epoce, byłaby niekwestionowanym hitem. Ready Go jest już ostrzejsze, chociaż utrzymany zostaje charakterystyczny, bujany rytm. Więcej zadziorności niż u poprzedniczki, zarazem mniej oryginalności, za to słychać coś, na czym karierę zrobią kilka lat później zespoły takie jak Guns N' Roses czy Poison. Zresztą wiele grup wskazywało Head On jako swoje inspiracje, kto wie, czy nie było wśród nich tych wspomnianych. Bardzo zywiołowym rock'n'rollem jest Feelin' Low - wykonanie tego numeru sam z chęcią zobaczyłbym na jakimś koncercie. Naprawdę bardzo dużo energii z niego bije, czuć, że takie granie musiało być chłopakom bardzo bliskie. Jeden z moich faworytów na tym wydawnictwie. Throw The Book też może być uważane za klasyka w swoim gatunku. Pod koniec lat '80 wiele kapel tak grało, a i obecnie sporo grup glamowo/sleazowych porusza się w zbliżonej stylistyce. Chyba Head On zaczęło tak grać za szybko, ze 3 lata później i o zespole z pewnością byłoby głośno. Nagranie Love Sick jest słabszej brzmieniowo jakości, co sprawia, że na myśl przywołuje muzykę z lat '70. Gdzieniegdzie można znaleźć informację, że styl chłopaków przypominał Aerosmith i w tym przypadku takie porównanie byłoby chyba na miejscu (względnie takie bardziej radośnie zagrane Led Zeppelin). W Hey Baby można doszukać się nawet wpływów muzyki z końca lat '60, chociaż rock'n'rollowe korzenie kapeli nadal nie zanikają. Przy okazji pragnę zauważyć, że materiał na opisywanym krążku jest bardzo urozmaicony, zespołowi chciało się kombinować, co idzie mu na plus. Cóż mogę napisać o Radio 800? Po prostu jeszcze jeden rock'n'rollowy numer, całkiem zresztą porywający i zachęcający do wyskoczenia na parkiet. Dobrze ukazujący, skąd pierwotnie wzięła się muzyka opisywana na naszym portalu. Nothing To Say wciąż z tego samego rockowego gatunku, riff napędowy jakimś dziwnym sposobem kojarzy mi się z chronologicznie późniejszym kawałkiem Two Minutes To Midnight Iron Maiden (takie samo podejście w budowaniu struktur ścieżki). Po prostu podoba mi się. W zupełnie inne klimaty celuje następne w zestawie Danny. To bardziej typowa, klubowa glamówka. Znów chce się powiedzieć, że Head On albo wyprzedziło swój czas, albo się spóźniło (numer pasowałby zarówno do glam metalowych kapel końca lat '80, jak i do glam rockowych prekursorów z lat '70). W zasadzie to samo mógłbym powiedzieć o Take Me Home, chociaż tutaj bliżej jednak do glam rocka i takich jego przedstawicieli jak The Sweet czy Slade. Utwór jest poprawnie zagrany i składny, aczkolwiek chyba pozbawiony przebojowości, której nie brakowało w dotychczasowym repertuarze grupy. Electric Knights to pozycja bardziej galopująca, która świetnie nadałaby się do koncertowego wykonania gdzieś w środku występu. Kompozycja może i prosta, ale z pewnością pełna energii i jak ktoś szuka czegoś na rozruszanie, jest to coś dla niego. Płytę zamyka nastrojowe, balladowe Look The Other Way. Jest to na nowo nagrana wersja przeboju, który robił furorę podczas koncertów zespołu w dawnych czasach. Fajny numer, bardzo radiowy, nic dziwnego, że popularny.

W sierpniu 2010 r. pięciu oryginalnych członków grupy wyszło po 25 latach ponownie na scenę i dało show w San Francisco. Występ był całkowicie wyprzedany - to o czymś świadczy. Naprawdę dziwię się, jak to się mogło stać, że Head On nie zrobiło kariery. Z pewnością na nią zasługiwało. Jako pewnego rodzaju retrospekcję krążek jak najbardziej polecam.

Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/headonlives

Guitarrizer
marzec 2011