|
Skład: Michael Monroe - śpiew, saksofon; Andy McCoy - gitara prowadząca, chórki; Nasty Suicide - gitara rytmiczna, chórki; Sam Yaffa - gitara basowa, chórki; Razzle - perkusja, chórki
Gościnnie: Bob Ezrin - instrumenty klawiszowe i perkusyjne, chórki; Jeni, Lisa, Juliet i Michelle - chórki
Produkcja: Bob Ezrin
Hanoi Rocks to zespół, który wymieniany jest jako główna inspiracja wielu zespołów hair metalowych hołdujących glam rockowej tradycji. Lista ta obejmuje tak znane kapele jak Faster Pussycat, Mötley Crüe, Guns 'N Roses, Bang Tango czy choćby Poison. Same te nazwy wystarczą żeby przyjrzeć się co takiego, skądinąd Fiński zespół, wniósł do Californijskiego brzmienia. Płyta Two Steps From The Move zamyka pierwszy okres działalności zespołu i wydaje się ich najbardziej dojrzałym wydawnictwem z tamtego okresu. Poza tym całość brzmi ostrzej niż wcześniejsze dokonania za sprawą bardziej tradycyjnej hard rockowej produkcji.
Up Around The Bend zaczyna zabawę. Kawałek to rajcowny i bardzo rock and rollowy. Niby to już wcześniej było, ale tutaj wyraźnie czuć, że podrasowano gitary do tego stopnia, że spokojnie można to nazwać hard rockiem. Kawałek został zobrazowany glamowym klipem, który dobrze oddaje fenomen zespołu (podobne szmatki nosił co drugi rockowy zespół w późniejszym okresie). O ile ten otwierający wydawnictwo numer jest rozbujany, wesoły, o tyle w High School nie ma już żartów. To konkretny hard rock dający nam pojęcie o tym, skąd Mötley Crüe czerpali pomysły. Jeśli by zamieścić ten numer na Theatre Of Pain, było by to całkiem normalne posunięcie. Riffy ostre, momentami ocierające się o punka. Kawałek jak najbardziej udany, podobnie jak następny na krążku I Can't Get It utrzymany w podobnej poetyce. Michael Monroe pokazuje się od strony rasowego rock and rollowego frontmana, co skrzętnie podpatrzył później Taime Downe z Faster Pussycat, ale i Axl Rose. Underwater World wprowadza trochę inne klimaty, chociaż wciąż jest to wystarczająco rockowe i w sumie nie tak banalne. Podoba mi się w tym numerze partia gitary, która czaruje trochę na inną modłę niż w poprzednich utworach. Z kolei nie wiem, po co było wygłupianie się z Don't You Ever Leave Me. Znaczy ja wiem, że znajdą się tacy, co powiedzą, że to hicior itd., ale dla mnie to trąci myszką, a w dodatku jest do bólu banalne i prymitywne. Niestety również lekkie. W kategorii wygłupów rockowych jak dla mnie numer zajmuje pozycję obok kawałka Don't Treat Me Bad Firehouse. Million Miles Away to ballada. Całkiem niezła, jakby Sabbathowa z tą różnicą że wprowadzono saksofon który dodaję trochę ciepła tej minorowej kompozycji. Z kolei nie kapuję, po co wciśnięto tam takie solo gitarowe mające się nijak do reszty. Końcówka tego kawałka już bardziej rozbujana... ale następny numer zaczyna się killersko. Boulevard Of Broken Dreams znany również z wideoklipu to chyba najlepsza kompozycja na tej płycie. Za sam początek już zasługuje na takie miano. Dalej też jest dobrze, bardzo rock and rollowo i przebojowo. To jedna ze sztandarowych pozycji w katalogu Finów. Każdy wykonawca powinien mieć przynajmniej jeden taki numer. No i koniecznie trzeba dodać, że zespół gra to żywiołowo i naprawdę hard rockowo. Warto wspomnieć tutaj też o solówce zagranej techniką slide, co mnie się bardzo podoba. Numer 8 na płycie to kawałek o pewnym urządzeniu domowym... ;) Utwór zaczyna się zdecydowanie rockowo, dalej napewno jest rockowy, ale jakby trochę traci impet. W dodatku nakładki wokalne kojarzą się z Czerwonymi Gitarami, co tak pasuje do sleaze rocka jak garnitur do thrash metalu ;). Przez te skopane wokale nie mogę tego słuchać, a szkoda, bo sam motyw melodyczny nawet niezły, ocierający się o filozofię The Ramones. Co ciekawe, jak nie ma nakładek, wokalista też jakoś się nie wysila, ale to nic, bo w następnym numerze pokazuje, że ma dobry głos i potrafi z niego skorzystać. Dla odmiany sam utwór nie zwraca specjalnej uwagi. Jest rock and rollowy owszem, ale jakby zagrany bez pomysłu. Na koniec krążka o wiele lepiej. Cutting Corners to bardzo udana kompozycja ze świetnymi zagrywkami gitary, które przewijają się na tej płycie co jakiś czas. Tym, co najbardziej mi się podoba w tym kawałku, jak i w niektórych innych na tym albumie, jest to, jak skontrastowano imprezowy, klasyczny rock and roll Berry'ego z przesączonym wódą i seksem klimatem obrazownaym tutaj przez nieco monumentalne dźwięki.
Tytułem podsumowania. Two Steps From The Move to pozycja bardziej dojrzała niż poprzednie, chociaż wolę jednak album Self Destruction
Blues. Jeśli jednak chodzi o brzmienie, napewno wygrywa ten, a poza tym to jak elementarz dla każdego, kto uważa się za fana hard rocka.
Oficjalna strona zespołu: www.hanoirocks.com
LSDisease styczeń 2008
|