|
Skład: Joacim Cans - śpiew, chórki; Oscar Dronjak - gitara rytmiczna, gitara prowadząca, chórki; Pontus Norgren - gitara rytmiczna, gitara prowadząca, chórki; Fredrik Larsson - gitara basowa, chórki; Anders Johansson - perkusja
Gościnnie: Sam Didier - chórki; James Michael - instrumenty klawiszowe, oddech zombie, męski glos w [10]; Shanaz - damski głos w [1]
Produkcja: Pontus Norgren, Oscar Dronjak i James Michael
Gdzieś tam, kiedyś na pewnym forum, po premierze płyty poprzedniej napisałem, że o przyszłości tego zespołu zadecyduje płyta następna. Więc oto jest nowy album tej zasłużonej, szwedzkiej ekipy. Przyznam, że z ciekawością, ale i pewnymi obawami odpalałem ten krążek.
Na początek okładka. No cóż, miała być inna, ale na skutek protestów panów z Biohazard została zmieniona. Szkoda tylko, że na tak słabą. Trudno, zajrzyjmy do środka. Na początek mamy Patient Zero i oj. Zmiana tematyki utworów to pewne novum w przypadku tego zespołu. Tu mamy latające luzem zombiaki, lubiące wpieprzyć sobie ludzia na śniadanie, obiad i kolację, a w międzyczasie podwieczorek. Zaraz, chwila. Czy jednak zawsze tak było? Chyba nie, bo w Renegade mieliśmy do czynienia już z czymś takim. Tu mamy atmosferę rodem z Doom'a czy też cyklu opowieści o żywych trupach. To nie jest zły numer, szkoda tylko, że nie nadano mu odpowiedniego tła. Tu niepokojące klawisze byłyby jak najbardziej na miejscu. I w zwrotkach pod tymi masywnymi gitarami i genialnie grającą sekcją doskonale by pasowały. Ba, tu aż krzyczy o nie. Początek w sumie zapowiadający, że ta formacja podąży raczej w nieco inną niż do tej pory stronę. Bang Your Head to już takie bardziej hammerfallowskie granie. Rozpoznawalne na kilometr i tu mające chyba pełnić rolę credo tej płyty. Tak sobie myślę, że dobrze byłoby, gdyby do tego kawałka powstał klip. Jest tak jak drzewiej bywało. Dumnie, patetycznie i wrócił na chwilę ten dawny klimat. Co z tego jednak, skoro psuje się to wszystko bardzo słabym i o zgrozo wybranym na singla One More Time. Zupełnie mi się to nie podoba. Brakuje tt tego "czegoś", co mogłoby słuchacza porwać. A te powtarzanie refrenu mnie po prostu dobija. Pewnym pocieszeniem są na tym LP świetne solówki. Nowy wioślarz okrzepł i nabrał wiary w siebie. Pod względem gitarowym naprawdę jest czego słuchać. Jakże inaczej słucha się takiego The Outlaw, choć i tu można mieć pewne zastrzeżenia. Nie podoba mi się zwrotka i to wcale, natomiast gdyby "podciągnąć" nieco refren, to byłoby już coś. No i nie taki Hammerfall lubię. Nawet jeśli to ma oznaczać tę cholerną nowoczesność. Pochwalić trzeba po raz kolejny świetnie ustawioną i dudniącą sekcję. Zanosiło się na sensację w akustycznej balladzie Send Me A Sign. Niestety i z tego nic nie wyszło. Całość brzmi tak, jakby Hammerfall spotkał na piwie Manowar. Niestety Cans i koledzy ekipą DeMaio nie są i udawanie po prostu nie wyszło. Dziwne to, bo pisać ballady ten szwedzki zespół zawsze potrafił i nierzadko okazywały się one wielkimi przebojami. Tu niestety spaprano wszystko. Zarówno łagodną, akustyczną część jak i elektryczną, mocniejszą. Tu wypadło to tak, jakby chciano zdetronizować najpiękniejszą, metalową balladę, czyli Master Of The Wind. Wyszło tak, jak powinno. Czyli wcale. Kolejnym, sztampowym i bardzo w ich stylu nagraniem jest kolejny na liście, dziwacznie zatytułowany utwór Dia De Los Muertos. Tego się nawet da słuchać, w szczególności bardzo dobrej solówki. Najbardziej podoba mi się te zakończenie. Dlaczego tak zdecydowano się na taki zabieg - nie wiem. W każdym razie wypadło całkiem, całkiem. Tak sobie myślę, że I Refuse będzie najlepszym kawałkiem na płycie. Tu podoba mi się wszystko. Zero zastrzeżeń. Szkoda, że poprzednie ścieżki nie są tak zrobione. No i ten refren. Po prostu mlask. Mamy tu też mega przebojowe, cholernie melodyjne i bezsprzecznie najlepsze solo na tym CD. No i podoba mi się atmosfera tej kompozycji. Właśnie czegoś takiego oczekiwałem od tego zespołu. Nie rozumiem natomiast, jak to się stało, że tak doświadczony band, który dotąd starannie unikał tematu diabłów, szatanów, piekła, siarki i smoły, serwuje, nie dość, że dziwacznie zatytułowany 666 - The Enemy Within, to jeszcze na dodatek nudny. Takie tam granie dla samego grania. Z całą stanowczością stwierdzam, że to nie są ich rejony i nie powinni się porywać na takie rzeczy. Po co? Niestety ale Hammerfall serwuje zupełnego gniota i nie ratuje go nawet arcyudana solówka. Bo przecież potrafią grać, co udowodnili w Immortalized. Choć to znów jest nowoczesne granie w ich wykonaniu, to utwór daje się polubić. Może specjalnie nie porywa, ale daje się słuchać. Po raz kolejny kapitalnie gra sekcja i znów mamy świetne solo. Daje się też słuchać Let's Get It On, który spokojnie mógłby się znaleźć na którejś z ostatnich płyt tego zespołu. I co najlepsze, zrobiony na modłę Stefka Elmgrena, co stanowi dla mnie o ogromnym uroku tego kawałka. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby okazało się, że maczał on palce w tym nagraniu. Dobry, energetyczny numer, z mocarnym zakończeniem. Ten niestety niezbyt udany i dość średni wypiek zamyka Redemption. Całkiem udany numer z ciekawymi klawiszami, choć tu i tak znów czegoś brakuje. Poza tym - czy tak grających zespołów nie ma na pęczki przypadkiem? No właśnie. W przypadku Hammerfall nie wypada to przekonująco niestety. Wypadło po prostu średnio.
W zasadzie nie przekonuje mnie to wydawnictwo. Co prawda jest lepiej niż na poprzednim wypieku, ale nie bardzo podoba mi się kierunek, jaki ci panowie obrali. Drażni mnie też ta wszechobecna, amerykańska maniera produkcji. No, ale to nic dziwnego, skoro za gałkami siedział James Michael, współpracujący wcześniej między innymi z Mötley Crüe, Scorpions czy Meat Loaf. Co do samego brzmienia zastrzeżeń mieć nie będę, bo nie ma się do czego przyczepić. Brakuje przede wszystkim tego starego ducha, te nawiązania, które tu są, nie wystarczają i traktować je należy jako raczej smutne wspomnienie przeszłości. Ktoś mi powiedział, że ta płyta jest taka jak jej okładka. I cholera, coś w tym jest. Koperta pozbawiona jest praktycznie wszystkiego. Nie przyciąga oka, nie ma w niej inwencji, woli tworzenia. Po prostu jest. Jest też krążek w środku. Niestety taki sam w swej zawartości. To nie jest zła płyta, ale taki rodzaj grania raczej im nie przystoi. Żądam powrotu do rycerzy, bitew, honoru, smoków i dziewic. Tu słyszalne jest, że zespół niestety nie znalazł jeszcze swojej nowej drogi. Szkoda, bo jak się okazuje przez te dwa lata nie zrobiono absolutnie nic, by to zmienić. Szkoda, bo takiemu zespołowi to po prostu nie przystoi. Z powodów powyższych nie dam więcej niż 7/10. Umiarkowanie polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.hammerfall.net
Vincent maj 2011
|