Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

GYPSYHAWK - Patience And Perseverance [2010]
Wydawca: Creator-Destructor Records

  1. Gypsyhawk
  2. Planet Former
  3. Commander Of The High Forest
  4. Eyes Of Ibad
  5. Rebellion On The Western Shore
  6. For Those Who Love The Lizz
  7. The Bokors Procession
  8. Resentment City
  9. Blackhaven
  10. The Rabble And The Ruled
  11. Guidance
  12. Defenders Of Good Times
Patience And Perseverance

Skład: Eric Harris - śpiew, gitara basowa; Andrew Packer - gitary; Joe Fabio - perkusja; Scotty Conant - gitary

Produkcja: Zack Ohren

Gypsyhawk to ekipa znanego ze Skeletonwitch Erica Harrisa (bas/wokal), do którego dołączyli panowie Scotty Conant (gitara), Andrew Packer (gitara) i Joe Fabio (bębny). Co grają? Ano, z grubsza można to określić jako nowe wcielenie Thin Lizzy. Ale nie tylko Lynott i spółka im w głowie, bo znajdziemy tu też coś z Motörhead, Deep Purple oraz Black Sabbath. Zaprawione to sosem sludge i gdzieniegdzie doomowymi riffami. Do tego brzmienie rodem z lat '70. Fajnie, nie? Zespół pochodzi z USA (a jakże), a dokładniej ze słonecznej, kalifornijskiej Pasadeny.

Najfajniejsze na tym krążku jest to, że tym panom udało się połączyć wpływy klasycznego rocka z wpływami heavy metalu w taki sposób, by brzmiało to świeżo i przekonująco. No i odróżnia się ten wypiek od tego, co obecnie ukazuje się na rockowo/metalowym poletku. Pierwsze co przyciąga wzrok, to okładka tej płyty. Przyznam, że nazwa zespołu trochę mnie odstraszyła, ale postanowiłem dać im szansę i nie żałuję. Bo zawartość, wielokrotnie już przesłuchana, niezmiennie od ładnych paru dni cieszy moje ucho. I podoba mi się tu w zasadzie wszystko. Płyta startuje energetycznym Gypsyhawk, który wypisz-wymaluj brzmi jak klon utworów ekipy Kilmistera i spółki. Jasne, że to nie to samo, ale skojarzenie jest bardzo silne. Potęgowane przez iście motorową pracę basu i bębnów. Dalej mamy coś w stylu Thin Lizzy z domieszką Motörhead. Planet Former, bo o nim mowa, zawiera jednak bardzo interesujące zwolnienie, coś co często pojawiało się na płytach Lynotta. No i ten iście sabbathowy riff. Jasne, że to nie riff grany przez Tonka, bo ta moc by tu nie pasowała, ale skojarzenie z Black Sabbath jakoś nie może mi wyjść z głowy. Commander Of The High Forest to już Thin Lizzy pełną gębą. I ta solówka unisono grana przez dwie gitary. I znów bardzo fajne zwolnienie gdzieś w połowie utworu. A potem fajna, iście "lynottowska" radość grania i luz. Jeśli wolno mi to tak nazwać. Ale najfajniejsze dzieje się mniej wiecej od czasu 04:43. Mocne, wolne i bardzo sabbathowe młócenie. Z pewnością jest to jeden z najlepszych utworów na tej płycie. Wolno rozpoczyna się Eyes Of Ibad, by przerodzić się w fajny, nieco stonerowy, ale wciąż z duchem Thin Lizzy, kawałek. Rebellion On The Western Shore jest do niego podobny w nastroju. Trochę stonera, trochę sludge, coś z Thin Lizzy. Nie przeszkadza, ale i nie zachwyca. Chyba nie muszę pisać, jaki jest i po co został umieszczony taki For Those Who Love The Lizz? Muszę? No dobra. Wiec jest to właściwie taki tribute dla wiadomo kogo, bo to może kojarzyć się już po tytule kawałka. Kolejny jasny punkt tego LP. Z kolei następujący po nim The Bokors Processions doskonale pasowałby na któryś z albumów Fireball Ministry. Ta sama motoryka i sposób prowadzenia melodii. No i teraz hit. Długo czekałem na taki utwór jak Resentment City. Świetne, techniczne riffy, które muszą kojarzyć się z klasycznym hard rockiem z lat '80. W niektórych momentach można zaryzykować chyba porównanie do starych kawałków Deep Purple. W każdym razie mi się w taki właśnie sposób to kojarzy. Blackhaven to już techniczne podejście do tematu. Sporo solowego wymiatania. Tak właściwie nie wiem, po co, bo kawałek tak naprawdę jest średni. Choć końcówka może robić wrażenie. The Rabble And The Ruled to już Deep Purple pełną gębą, a skojarzenia biegną gdzieś w okolice słynnego Mistreated. Fajny kawałek zaprawiony bardzo dobrym, rockowym riffem. Może i oklepanym do bólu, ale tu on doskonale pasuje. A teraz najlepsze. Guidance. No, hicior jak cholera. Proszę posłuchać tej gitarki pod potężnym młóceniem basu i perkusji. Znów mamy tu mieszankę stylu Motorów i Thin Lizzy, ale tym razem wypadło to idealnie. Ten utwór zaliczam do bezwzględnej czołówki w tym roku. Podobają mi się także zabiegi z tempem i solówki obu gitarzystów. Na koniec płyty też fajnie. Zespół zostawił tam Defenders Of Good Times, nagranie będące kalką wesołych utworów zacnych panów brodaczy z ZZ Top. Niezobowiązujące, bluesowo-rockowe grzmocenie, choć nie mogło zabraknąć zgrabnych wtrąceń wiadomo w jakim stylu.

I co? Fajna płyta. Zespołowi udało się znaleźć własny styl i udanie połączyć w jedną całość wpływy tego, czego sami zapewne nasłuchali się w ogromnych ilościach. Może i faktycznie to wszystko już było. Jednak należy zauważyć, że dziś trudno o tak grającą grupę. Może to i nudne, bo osadzone w latach dinozaurów. Dla mnie posiada to jednak nieodparty urok. I coś w tym jest skoro do tej pory ten album mi się nie znudził. Polecam.

Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/gypsyhawkusa

Vincent
sierpień 2010