|
Skład: Dean Pressley - śpiew, gitara rytmiczna; Will Hair - gitara prowadząca; Jim Stuppy - gitara basowa; Frank Paul - perkusja
Produkcja: Gynger Lynn i John Hunter
Zacznę nietypowo, bo od dziwnego, ale jakże trafnego porównania. Koniec hair metalowej epoki datowany na początek lat '90 zbiegł się z końcem tak zwanej "złotej ery filmów pornograficznych". Analogia dość ciekawa zważywszy na to, że w okolicach 1989 roku jeden z młodych, ambitnych zespołów na swój szyld wybrał nazwisko jednej z najsławniejszych aktorek porno, a mianowicie Ginger Lynn.
Patrząc po zdjęciach (oczywiście hair metalowych) stwierdzam, że chłopaki na szczęście nie przekroczyli pewnej granicy i nie upodobnili się przesadnie wyglądem do swojej bohaterki. Na zespół złożyli się relatywnie nieznani muzycy, występujący wcześniej w pomniejszych zespołach żyjących przede wszystkim z koncertów. Gynger Lynn pomimo pewnego potencjału czekał dokładnie taki sam los, chłopakom nie udało się wydać płyty w najkorzystniejszym dla takiej muzyki okresie. Próbowali przebić się, kontaktowali się z większymi i mniejszymi wytwórniami, ale bez sukcesu. Na uwagę zasługuje jednak to, że panowie mieli okazję supportować takie sławy jak Doro, Tony MacAlpine, czy też Tuff. Co prawda do pierwszoligowych załóg brakowało im bardzo dużo, to jednak z pewnością umieli rozgrzać publiczność. Czy Gynger Lynn należy uznać za kapelę skrzywdzoną przez los? Moim zdaniem nie, gdyż grana przez zespół muzyka jest dość przeciętna i raczej nie porywa. Owszem, słucha się jej z przyjemnością, ale w warunkach 1989 roku trzeba było grać znacznie lepiej. Muzykę proponowaną przez zespół określiłbym jako radosny, hair metalowy hard rock z dużą ilością melodii, pewnymi podobieństwami do Kix czy też Poison, ale z dość słabą produkcją. Fajnie brzmi rock and rollowy numer My, My Lisa, kiedy formacja zajmuje się głównie zabawą. Dwie pierwsze ballady umieszczone na płycie brzmią bliźniaczo, tak jakby był to jeden utwór, rozdzielony na dwa numery. Zarówno Reasons Why jak i Why Is It Over kojarzą mi się z ostatnimi bujańcami S.E.X. Department czy też Dirty Penny. Świetnie wypada On My Way, kixowo, agresywnie, z odpowiednim zacięciem, które mogło moim zdaniem przynieść drużynie sukces, gdyby tylko kapela poszła w takim kierunku. Pewne podobieństwa do takiego grania można odszukać w kompozycji Dirty, ale nie robi ona na mnie takiego wrażenia jak wspomniane wcześniej On My Way. To chyba kwestia tej nieszczęsnej produkcji i szkoda, że zespół wybrał ten numer na kawałek otwierający krążek. Tell The World jest bardzo melodyjne, miłe w odsłuchu i miało potencjał stać się hitem przy odpowiedniej promocji. Lubię takie numery. In My Heart jest trzecim podejściem do balladowego tematu, ale ponownie jest jedynie "w porządku" i nie sądzę, żebym kiedyś wracał do tych nagrań. Numery dziesięć oraz jedenaście wprawiają mnie w lepszy nastrój, szczególnie w przypadku Arms Around You, które jest najlepszym utworem na płycie. Uwielbiam taki "kaczuchowaty" riff, a melodia idealnie wpisuje się w moje gusta. Rok wcześniej cieszyłem się z Hungryheart, w 2009 pałeczkę co prawda przejęło S.E.X. Department, ale Gynger Lynn też udało się dostarczyć zagrany we wspomnianym stylu, bombastyczny numer. O końcówce płyty, czyli o Faces i Love lepiej nie wspominać. Zostały co prawda nagrane w podobnym czasie co wcześniejszy hit, ale okazują się być balladową klapą.
Dobrze się stało, że Eonian Records odkopują takie starocie. Czasami trafiają się im nieoszlifowane diamenty, które miały wszelkie prawo konkurować ze sławami, a czasami płyty przeciętne, tak jak opisywany debiutancki krążek Gynger Lynn. Płyta byłaby z pewnością lepsza, gdyby dopracowano produkcję i jakość dźwięku, ale moim zdaniem maniacy epoki i tak mogą po nią śmiało sięgnąć.
Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/gyngerlynnrocks
Guciomir marzec 2010
|