|
Skład: Mark Rankin - śpiew; Dante Gizzi - gitara basowa; Scott Shields - perkusja; Giuliano Gizzi - gitara; Alex Dickson - gitara
Produkcja: Kenny MacDonald
Niektóre płyty mają w sobie to coś co powoduje, że po wielu miesiącach wciąż chcemy do nich wracać, a gdy już w końcu znajdą się w odtwarzaczu, to prawie na pewno szybko go nie opuszczą. O takich albumach łatwo się nie zapomina, gdyż za sprawą bardzo dobrego zawartego na nich materiału, cały czas pozostają w pamięci. Pisząc te słowa, mam na myśli między innymi drugą płytę szkockiej formacji Gun.
Trzeba przyznać, że znajdująca się na okładce Gallusa grafika jest specyficzna i że w żaden sposób nie sugeruje, że mamy do czynienia z hard rockowym albumem. Zespół pragnął bowiem oddać hołd Benny Lynchowi - rodakowi, który w kategorii wagi piórkowej zdobył tytuł mistrza świata jako pierwszy Szkot w historii tego kraju (do tego wszystkiego żył bardzo krótko, bo tylko 33 lata). Działo się to grubo ponad pół dekady temu, stąd też strój boksera jest staromodny. W porównaniu z poprzednim albumem, Gun zbliżyli się odrobinę do tego, co grały inne kapele (pokreślę, że mam na myśli tylko nieznaczną zmianę). Ekipa z Glasgow postawiła sobie za cel stworzenie lepszego wydawnictwa od wyśmienitego skądinąd debiutu i do pracy nad nowym albumem przystąpiła bez kompleksów. Gallus stanowi w dużej mierze kontynuację stylu obranego na Taking On The World, przy jednoczesnym poprawieniu brzmienia, połączonego z bardziej widoczną komercjalizacją zawartego materiału. Singiel Steal Your Fire odniósł sukces i stał się jednym z najbardziej znanych kawałków grupy. Był to doskonały wybór, utwór łączy to co najlepsze w starym Gun: czyli wspaniałe, przebojowe refreny i niezłe solówki, wraz z nowszym brzmieniem gitar oraz świetnie wypadającym, melodyjnym wokalem Marka Rankina. Money To Burn z kolei, po trzydziestu paru sekundowym intrze przypominającym z lekka Teslę, wybucha prawdziwym ogniem dźwięków. I właśnie ten fragment świetnie nadawałby się do puszczania go w czasie dużych imprez sportowych (przykładowo: meczów koszykówki). Oczyma wyobraźni widzę już wymachujące pomponami i poruszające się w rytm utworu cheerleaderki. Uosobieniem lekko skomercjalizowanego stylu Gun jest trzeci utwór z płyty, a mianowicie Long Road. Niesamowity riff, "stary" wokal przypominający na początku utworu recytację, do tego cudowna, przeplatająca się przez cały kawałek melodia oraz wyjątkowo ciepła gra gitary z solówka włącznie. Long Road jest z całą pewnością jednym z najlepszych utworów w historii grupy i do tego świetnie prezentuje się jako "wizytówka" Gun. Na szczęście, nie jest to kres możliwości kapeli. Utrzymany w spokojnym tempie singiel (Higher Ground) również nie zawodzi i udowadnia jednocześnie, że Szkoci sprawdzają się również w spokojniejszym repertuarze. W czasie, gdy utwór powoli się rozpędza, bracia Gizzi dają popis swoich umiejętności. Zarówno gra basu jak i gitar są bardzo dobrze ze sobą zharmonizowane, co w połączeniu ze świetnymi refrenami oraz gościnnymi chórkami w wykonaniu Sharleen Spiteri, tworzy bardzo klimatyczny nastrój. Nie ukrywam, że jest to mój kolejny faworyt z płyty. Borrowed Time mógłby zostać spokojnie umieszczony na Taking On The World, przypomina bowiem stare rockery grupy i jest solidnym punktem albumu. Podobnie ma się sprawa z nostalgicznie brzmiącym Freedom. Gun po prostu udowadniają, że refreny w ich wykonaniu, są nie do podrobienia oraz, że tworzona przez nich muzyka jest dokładnia taka jaką chcieliby nagrywać. Zresztą co tu dużo pisać... umiejętność bardzo swobodnego tworzenia chwytliwych melodii była od zawsze mocną stroną Szkotów. Zamieszczona na końcu ballada Watching The World Go By jest kolejnym udanym kawałkiem na płycie. I choć nie można jej porównywać do tytułowego utworu z Taking On The World (ciężko byłoby "pobić" tę balladę), to jednak bardzo przyjemnie się jej słucha. Szczególnie podoba mi się w niej "płaczący" dźwięk gitary pod koniec solówki, a sam tekst utworu, traktujący o życiu przelatującym przez palce oraz o tym, że nadeszła chwila, aby się pożegnać, wprowadza mnie w refleksyjny nastrój. Gdyby nie to, że na krążku można doszukać się pojedynczych zapełniaczy, płyta mogłaby otrzymać maksymalną ocenę. Zespół nie potrafił jednak tego uniknąć i dlatego też, album jest przeze mnie oceniany jako bardzo dobry, lecz nie wybitny.
Wiele osób na pewno zastanawia się, co oznacza nazwa płyty? Odpowiedź jest dość zaskakująca. Chłopaki w niezbyt skromny sposób przemycili tu wywodzące się ze szkockiego slangu określenie "najlepszy i pewny siebie". I choć w zamierzeniach miało się to prawdopodobnie odnosić do Benny'ego Lyncha to uważam jednak, że w dość dobry sposób charakteryzuje ono również cały album. Przez wiele osób uważany jest on za szczytowe dokonanie grupy, a niektórzy porównują Gallusa do płyt Bon Jovi. Według mnie ważne jest jednak to, że Gun potrafili stworzyć swój własny styl, który w mniejszym lub w większym stopniu, był zawsze obecny w ich twórczości. Za to właśnie cenię ten zespół - za bardzo melodyjne i zarazem różniące się od innych kapel kompozycje i brzmienie.
Oficjalna strona zespołu: www.gunofficial.co.uk
Guciomir grudzień 2006
|