Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

GREENHOUZE - Greenhouze [2005]
Wydawca: MTM Music

  1. The Point
  2. Waterline
  3. Here In The Air
  4. Remember
  5. Train Song
  6. Insanity
  7. Tall Grasses
  8. Clouds Instrumental
  9. Rain
  10. Snow On The Roof Instrumental
  11. Everything
  12. Highway In The Sun
Greenhouze

Skład: Solli - śpiew; Lars Levin - gitara, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, chórki
Dodatkowi muzycy: Frank Tostrup - perkusja i instrumenty perkusyjne; Celio de Carvahlo - instrumenty perkusyjne; Leif Johansen - chórki; Mike Sturgis - perkusja

Produkcja: Lars Levin

Mimo, że debiutancki materiał Greenhouze był gotowy już w okolicach 2002 roku, ta skandynawska ekipa musiała poczekać na wydanie swojej pierwszej płyty jeszcze parę lat. Wydawało się chwilami, że moment ten nigdy nie nadejdzie. A jednak stało się. Mario Lehmann z MTM zaoferował im podpisanie kontraktu na nagranie 3 kolejnych płyt i w 2005 roku na rynku pojawił się debiut kapeli. Zespół niestety nie zyskał jednak zbyt dużego rozgłosu. Moim zdaniem zdecydowanie niesłusznie.

Kim właściwie są Greenhouze? Paru muzyków znało się już wcześniej, występowali bowiem w 21 Guns. Wokalista grupy Solli, znany jest również z tego, że udzielał się w Sons of Angels. Postacią, którą miała największy wpływ na album, jest jednak Lars Levin, który oprócz tego, że dzierżył gitarę, był jednocześnie producentem i kompozytorem. Nazwa kapeli wraz z tytułami poszczególnych kawałków sugerują, że muzycy duży nacisk położyli na uwypuklenie piękna i siły przyrody. Otwierający krążek The Point wita nas szumem fal, który przekształca się piękny, napędzany siłą klawiszy oraz niezłą gitarą AORowy kawałek. I taki właśnie jest ten krążek. Pełen ciekawych i oryginalnych aranżacji oraz zagranych z pasją partii klawiszy. Obok wyczynów Larsa Levina nie można przejść obojętnie, nie znałem wcześniej tego gitarzysty i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie mnie on zaskoczył. Gra bardzo płynnie, melodyjnie i ,co najważniejsze, robi to w sposób urozmaicony. Ta muzyka po prostu urzeka. Słuchając jej, mamy wrażenie, że unosi nas rzeka, a my w swojej bezsilności poddajemy się nurtowi. Remember jest tego doskonałym przykładem, po wysłuchaniu czuję, że zniknęło gdzieś moje zmęczenie. Nawiązuje on do Mike And The Mechanics i jeżeli ktoś lubił ten pop rockowy zespół, to będzie zachwycony. Train Song jest zupełnie z innej beczki, ma bardziej agresywne brzmienie gitar. Oczywiście mowa tutaj o AORowej stylistyce i agresywność tą należy traktować właśnie w tych kategoriach. Numer ten można potraktować jako skrzyżowanie Queen z 91 Suite i śmiało można go uznać za jeden z lepszych numerów na płycie. Ba, jest to jedna z najciekawszych AORowych piosenek, jakie słyszałem w ostatnim czasie... Tall Grasses to przejmująca, delikatna ballada, a słowem, które najlepiej ją charakteryzuje jest piękno. Muzycy idealnie odnaleźli się w takiej stylistyce i zaserwowali numer, który potrafi poruszyć. Coś na samotne jesienne wieczory. Rain to mój kolejny faworyt z krążka i jest to ponownie numer, który kojarzy mi się z 91 Suite z czasów ich debiutu, w podobny sposób grali również giganci AORu Stage Dolls. Wspaniałe aranżancje, wspaniałe wyczyny grających w zespole muzyków. Zachwycać może również zamykający debiut Higway In The Sun. Przestrzenne brzmienie jest czymś co go charakteryzuje. Słuchając go wiem, że tak właśnie musi wyglądać jazda autostradą o poranku i że właśnie tak musi nad nią świecić Słońce. Greenhouze wszystko dograli do perfekcji. Nie wspomniałem jeszcze o dwóch numerach instrumentalnych, a mianowicie o Clouds i o Snow On The Roof. Ten drugi jest po prostu niezwykły. Może to lekka przesada, ale słychać w nim Satrianiego. A to na prawdę duży komplement. Clouds z kolei to akustyczna miniaturka, której celem jest stworzenie odpowiedniego klimatu. Zadanie wykonuje w 100%. Na koniec zostawiłem numer, który był moim pierwszym kontaktem z płytą i który od razu przypadł mi do gustu. Mowa tu o Waterline. Riff jest cudowny i przyprawia o przyjemne drżenie. No a do tego dochodzi pełen energii refren.

Jaka zatem jest to płyta? Niesamowita. Zagrana z dużym zaangażowaniem. Powiem nawet więcej: z pasją. Debiut Greenhouze to krążek niezwykły pod wieloma względami. Muzycy tworząc go postawili sobie za cel coś bardzo oryginalnego - chcieli ukazać piękno natury. Udało im się to w dwóch płaszczyznach. Po pierwsze teksty śpiewane przez Solliego niosą w sobie magię, której na innych wydawnictwach po prostu nie ma. Po drugie muzykom udało się stworzyć muzykę, która jest piękna. Wiem, że brzmi to banalnie, ale taki właśnie jest debiut Greenhouze - piękny. Do tego delikatny i melodyjny. Słuchając go można zapomnieć o całym świecie i na chwilę wyłączyć swoją świadomość. Płyta dla osób, które lubują się lżejszych brzmieniach, dla fanów Stinga, Dare i innych wymienionych wcześniej kapel. Dla osób, które oczekują mistrzowskiej wręcz roboty gitarzysty i klawiszowca. No i przede wszystkim jest to pozycja dla wymagających. Polecam. Na prawdę warto.

Brak oficjalnej strony zespołu

Guciomir
lipiec 2007