|
Skład: Jack Russell - śpiew; Mark Kendall - gitara prowadząca i rytmiczna, chórki; Lorne Black - gitara basowa; Audie Desbrow - perkusja
Gościnnie: Michael Lardie - instrumenty klawiszowe, chórki; Jim Lang - instrumenty klawiszowe; Tyana Parr - chórki; Donald Ducksworth - chórki
Produkcja: Wyn Davis i Alan Niven
Po pierwszym prawie heavy metalowym albumie, gdzie niektóre kawałki przypominały kompozycje W.A.S.P., Great White z nowym kontraktem w kieszeni postanowili przygotować coś bardziej komercyjnego. Efekt jednak nie był współmierny do założeń, gdyż album poradził sobie średnio na listach przebojów nieznacznie wyprzedzając w tym względzie debiut. Można jednak śmiało stwierdzić, że wydawnictwo zyskało z czasem.
Mamy tutaj coś, co z jednej strony charakteryzowało ówczesną scenę hair metalową, z drugiej wyraźnie bluesowe inklinacje Russella i spółki. Ale na początek hard rockowy killer She Shakes Me. Zadziorny riff w stylu Cinderelli z tego okresu i melodyjny, zdradzający bluesowe ciągnotki wokal Russella. Modeluje on każdą sylabę, a jego śpiew jest dynamiczny i tak charyzmatyczny, że szczęka opada. Po prostu rasowy rockowy wokalista, jakich teraz mało. Sam wokal sprawia że She Shakes Me to kawał zadziornego rock and rolla i gdyby taki Russell wystąpił w jakimś z naszych głupkowatych programów tele w rodzaju "Jak oni śpiewają", to podejrzewam, że cała zgraja tych zapiewajłów spakowała by manatki i pospiesznie opuściła studio telewizyjne. Na pozycji drugiej What Do You Do? mniej zadziorne i metalowe i tu już więcej bluesa. Stare dobre Bad Company poszło na tapetę. Nie mogę rzec, że to zły numer choć nie tak dobry jak poprzedni i następny. Face The Day to najbardziej znana kompocycja z tego krążka, gdyż to ona go promowała. Zrobiono wideoklip i liczono na wielki hit. Hitem utwór się nie stał, chociaż to akurat jeden z najbardziej rozpoznawalnych numerów zespołu. Bardzo podobne patenty jak w tym utworze wykorzystała grupa Dokken w It's Not Love. Ta bluesowa partia gitary była zresztą klepana przez setki gitarzystów w późniejszym czasie. Nawet nasz Dżem sobie to pożyczył do swojego słynnego Malowanego Ptaka. Mark Kendall udawania, że świetnie poradziłby sobie również w bardziej wirtuozerskiej odmianie hard rocka grając na wysokim techicznie poziomie. Cóż mam dodać. Utwór Face The Day to po prostu ścisła czołówka gatunku. Numer przedni. Gimme Some Lovin' to dla odmiany kawałek z repertuaru Davis Spencer Group, ale przysięgam, że nie znając tego utworu mógłbym przysiąc, że to autorski pomysł Great White. Czyli po prostu hard rock and roll, tym razem wzbogacony kobiecymi chórkami w refrenie. Odgłosem burzy rozpoczyna się piosenka tytułowa, a dalej mamy do czynienia z kawałkiem, który idealnie nadawałby się na Under Lock And Key Dokken, czyli w zasadzie typowe granie jak na tamten okres. Nie ma tutaj bluesa, jest melodyjny hard rock i w takim repertuarze Great White również świetnie wypada. W dalszej części kompozycji postarano się też o delikatny akompaniament klawiszy, które na szczęście nie burzą rockowego charakteru ścieżki. Is Anybody There to też raczej tajemniczo pobrzmiewające nagranie. Też dokkenowskie i w miarę podobne do poprzedniego, niestety nie aż tak udane. Chociaż zapewne bardzo się starano, by wszystko miało odpowiednią nutkę dramaturgii. Run Away skrojone jest według tego samego schematu co dwa poprzednie utwory, aczkolwiek ponoć w wersji pierwotnej było to zupełnie coś innego. Tego nie wiem, gdyż znam tylko wersję CD, a ta jest jaka jest. Całkiem niezła. Co znamienne, grupa upodobała sobie łagodne zwrotki i ostre refreny. I fajnie. Dobrze że tutaj jeszcze było wystarczająco pomysłów. Waiting For Love może zwiastować coś, co zespół z upodobaniem uprawiał później. Czyli swego rodzaju podniosła ballada, choć akurat wolę ich późniejsze pomysły tego typu. Tutaj nie jest to może jakieś straszne, a kawałek ratują te niemal orkiestrowe klawisze. A więc wpadki nie ma, mo nie ma jej też na całym albumie. Umieszczając tylko 8 kawałków na płycie trzeba zadbać, by nie było wypełniaczy. Tutaj ich nie ma. Jest 35 minut hard rocka w dobrym stylu. Niezależnie czy grupa gra bardziej klasycznie, czy bardziej w stylu lat '80. To się na Shot In The Dark sprawdza.
Płytę bardzo lubię i wydaje mi się, że grupa postawiła sobie taki mały pomniczek. Bo zawsze fajnie sięgnąć po wczesny album zespołu walczącego o swój styl. Great White byli wtedy zespołem poszukującym, ale nie wolnym od trendów, jakie wówczas panowały w hard rocku. Cieszę się, że ten album powstał i że tak wygląda. To obok debiutu najbardziej nietypowy album grupy, z tym że znacznie lepiej niż pierwszy krążek zrealizowany. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.mistabone.com
LSDisease kwiecień 2009
|